piątek, 4 lipca 2014

Były czasy!

Bywają książki zwane „zbójeckimi”, które przechodzą do historii literatury, bo w jakiś tam sposób odcisnęły piętno na poglądach i zachowaniu ludzi. Są też książki, które leżakują sobie na półkach, zalegają magazyny i od lat nikt do nich nie sięgał.

Do takich książek należy niewątpliwie radzieckiego pisarza D. Nagiszkina pt: „Serce Boniwura”. Powieść ta wydana została w języku polskim w roku 1955 i na pierwszy rzut oka może wydawać się typowym przykładem literatury socrealistycznej, czyli tzw literackiej ramoty. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Gdy trafiłem na stronę 157 powieści zrozumiałem, że jest to powieść ponadczasowa, uniwersalna i z kluczem. Poniżej mają Państwo fotografię strony 157 i fragmentu strony 158. Te fragmenty najpełniej oddają uniwersalizm powieści i jej ponadczasową wymowę (przynajmniej w naszych krajowych warunkach). Po zdjęciach znajda Państwo nieomal ten sam tekst, ale uwspółcześniony przeze mnie. Zmiany są wybitnie kosmetyczne i nie stanowią więcej niż 10% tekstu zamieszczonego w książce.
Tekst oryginalny

Wyobraźmy sobie jesienny wieczór Anno Domini 2020 
(tekst poniżej stanowi jakby uwerturę, by unowocześniona wersja miała wstęp. Wiadomo, bez wstępu jakoś tak głupio)

Za oknami pada deszcz, z drzew spadają ostatnie liście. Babcia Małgorzata właśnie z trudem rozcina ostatnią oponę, którą dostała na przydział. Ucięte kawałki gumy wkłada do pieca zastanawiając się, czym będzie paliła w piecu wykonanego po beczce po oleju napędowym do końca roku, gdyż dopiero w styczniu dostanie nowe kartki na opał. Zima - jak mówią rządowi synoptycy, ma być prawie bez mrozu, więc rząd już zapowiedział, że na kartki opałowe będą przysługiwały tylko dętki i zużyte prezerwatywy. Babcia Małgorzata westchnęła głęboko, sięgnęła po banknot o nominale 1 miliarda złotych, zwany powszechnie „belkownikiem”, podpaliła go i przytknęła do umieszczonego w beczce kawałka przydziałowej opony. „Jeszcze wczoraj można było kupić za to 3 zapałki a w promocji dostać draskę. Dzisiaj rano już jednej zapałki ten pieniądz nie jest wart” – pomyślała z goryczą.

Na kanapie dał się słyszeć kaszel. Babcia Małgorzta odwróciła się niespokojnie i z czułością popatrzyła na dziewczynkę, której śliczna buzia, otoczona blond włosami, wyjrzała spod sterty kołder, którymi była przykryta. Dziewczynka raz jeszcze zakaszlała, co wzbudziło niepokój u babci. Szybkim krokiem udała się w kąt pokoju i ze stoliczka wzięła w dłoń buteleczkę.

- Już, już Bianeczko, oczko moje, słodyczy mojego życia. Już dam ci lekarstwo, to ci zaraz przejdzie nieco kaszel.

Postawiła buteleczkę na stoliku nocnym i sięgnęła po łyżeczkę. Wprawne oko postronnego obserwatora natychmiast dojrzałoby i odczytało obrazek umieszczony na etykiecie butelki. A etykietka była wspaniała! Widniała na niej kunsztowna fotografia Trójcy Zbawców Ojczyzny: od lewej widać było podobiznę świętego Rydza, w środku świętego Donalda, a od prawej świętego Kacza. Nad ich podobiznami widniał wypukły, złocony napis: „Arłukówka” a poniżej przeczytać można było tekst: „Uniwersalny lek na wszystko” i niżej, nieco mniejszymi literami: „Lekarstwo to powstaje na bazie wody, w której myją się codziennie nasi Zbawcy Ojczyzny”.

Babcia otworzyła buteleczkę, sięgnęła po łyżeczkę i nalała na nią kilka kropli lekarstwa. Wnętrze pokoju wypełniło się duszącym zapachem palonej siarki i szmat. Ciecz była oleista i czarna niczym piekielne czeluście. Zbliżyła łyżeczkę do ust dziewczynki, która połknęła jej zawartość.

- Pamiętaj Bianko, że trzeba po spożyciu „Arłukówki” zmówić trzy pacierze za Ojców Ojczyzny, bo inaczej lekarstwo może nie zadziałać. Dziewczynka posłusznie wykonała polecenie babci recytując płynie: „Ojcowie Ojczyzny, którzy dzisiaj na Kajmanach bawicie, oby wam konta w bankach cypryjskich rosły, niech po brodach tłuszcz wam spływa, tego życzy Wam chora dziecina.” Dziewczynka zakończyła modlitwę i zwróciła się do babci:

- Babciu, opowiedz mi jeszcze raz o tacie, co jest teraz na Kleczkowskiej, o starych dobrych czasach, platformie…

Babcia Małgorzata nie dała się długo prosić.

A teraz tekst uwspółcześniony:

Bianko, twój ojciec był członkiem Platformy Obywatelskiej w Górze. To nie byle co było niegdyś być członkiem Platformy Obywatelskiej. Do Platformy, dziecko, nie każdego przyjmowali. Trzeba się było dobrze przyjrzeć człowiekowi, trzeba było być pewnym, że będzie uczciwym bojownikiem za sprawę platformerską, że wytrzyma próbę … 

Bo platformersi musieli nieraz wytrzymywać takie próby, o jakich nie śniło się nikomu. Niejeden tracił swoich bliskich, imienia swego się wyrzekał, zostawał mu tylko pseudonim, w każdej godzinie swojego życia musiał się trzymać w karbach, a nawet we śnie nie mógł całkowicie się odprężyć, żeby czasami nie wydać swoich towarzyszy. Niekiedy musiał pójść do jaskini wroga i upodobnić się do niego, aby i tam moc służyć Platformie. 

Dziennikarze, kelnerzy, blogerzy, podsłuchy – wszystko było przeciw niemu, a on ani słowem, ani spojrzeniem, ani myślą się nie zdradził. Każdego musiał przejrzeć na wylot, aby swego rozpoznać, a wroga się domyślić. Bywało i tak, że wielu towarzyszy z Platformy wyrzucili, ale on samotnej walki nie zaniechał, ale innych jeszcze, nowych, do walki podrywał w miejsce tych, których wyrzucili. 

Ileż to razy Platforma ponosiła ogromne straty, ale z każdej próby wychodziła zawsze mocniejsza, gdyż siłę swą czerpała z diet poselskich i samorządowych. Podatnik ją karmił, podtrzymywał, oddawał swoich najbardziej nieudacznych synów o dwóch lewych rękach i pustych, rubasznych czerepach, którzy „ni to do tańca – ni do różańca”, wierzył w Platformę, szedł za nią…

Bianka:

„I co było dalej babciu? Gdzie podatnik zaszedł?”

Babcia:

„A rozeszli się za lepszym życiem i chlebem. Jedni poszli na śmietniki, a inni poszli pod kościoły. Z torbami!”.