piątek, 8 kwietnia 2016

Generalska reprymenda

Nieraz człowiek chce dobrze, ale okazuje się, że zrobił źle. Przynajmniej w ocenie innych, którzy sądzą, że człowiek zrobił źle. I ma się potem najgłębsze wyrzuty sumienia, które pogłębiają się wraz ze świadomością, że ktoś znaczący, można z angielskiego rzec, że big fish.

Gdyby uwagę człowiekowi jakiś leszcz albo inna płotka nie byłoby sprawy. Ale jak uwagę zwraca big fish, to trzeba sprawę przemyśleć. I to przemyślenie mnie właśnie dotyczy. Opiszmy jednak najpierw rzecz całą, by Czytelnik miał wgląd w niezręczną sytuację, która mnie spotkała.

31 marca o godz. 830 odbywała się szybka sesja naszej Rady Miejskiej. Nieco na obrady się spóźniłem, ale wchodząc w pośpiechu zobaczyłem witający mnie środkowy paluszek, który kiwał się równomiernie na lewą i prawą stronę. Pomyślałem sobie, że paluszek komuś grozi. Odwróciłem się odruchowo, by zobaczyć komu tez grozi paluszek, bo przecież nie mi. Jak mógłby gro iż mi jakiś paluszek? Za co!? Przecież ja z samej łagodności i miłosierdzia zbudowany jestem. Wie to każdy.

Odwróciłem się, by zobaczyć jakiemu to huncwotowi grozi paluszek, który wciąż rytmicznie kiwał się z ze strony prawej na lewą. Za sobą zobaczyłem tylko solidne poniemieckie drzwi.

Kiwający się rytmicznie niczym wahadło pana Foucaulta paluszek jednak nadal się kiwał! Pojąłem, że tenże paluszek mi grozi! W okamgnieniu przyprowadziłem gruntowny remanent sumienia swojego, by odnaleźć w nim grzech jakowyś, który mógłbym popełnić. I z głębi sumienia swojego nie mogłam wydobyć nawet krztyny grzechu. Od boleści niespodziewanej, która spadła na mnie bez ostrzeżeń i gróźb, nawet nie wiem jak grzeszyć. Z trudem wyszedł człowiek z zaawansowanego syfilisu, nieprzyjemnej kiły i dość wrednej odmiany HIV. I jak tu grzeszyć?! Sami Państwo przyznają, że czysty jestem jak łza. Przynajmniej na razie.

Z kiwającego się paluszka przesunąłem wzrok w poszukiwaniu jego właściciela. Jakież było moje zdumienie, gdy kiwający się paluszek okazał się własnością Generała Gaśnicy, czyli znanego wszystkim szefa sikawkowych, ogniomistrzów, aspirantów, i innych specjalistów walczących z czerwonym kurem pod egidą św. Floriana.


Zdębiałem! Generał Gaśnica mi grozi! Ponownie przeszukałem otchłani swojego sumienia. Nie znalazłem nic! Zeskanowałem w ułamek sekundy otchłanie swojej pamięci. Znalazłem! Ma człowiek trochę wiedzy o tym i tamtym. Ale przecież nie pisałem np., że pan Generał Gaśnica wszedł w buty projektanta nowej strażnicy, i zaprojektował obok swojego gabinetu osobistą łazienkę, której w planie nie było. A jak w planie nie było, to w kosztorysie tez nie.

Zresztą po co komu wiedza o osobistej łazience naszego Generała Gaśnicy i kulisach jej budowy? Ważne, że czysty jest nasz miejscowy Generał Gaśnica. Przecież o tym nie pisałem – zadumałem się. Skąd więc wahadłowy palec?!

I przypomniałem sobie! Dzień wcześniej zadzwoniłem na numer alarmowy 112 i zgłosiłem, że kłęby dymu zasnuwają ulicę Szkolną. Sympatyczna pani dopytywała się czy widzę ogień. Zgodnie z prawdą odrzekłem, że nie widzę ognia, bo jego miejsce, z którego wydobywają się kłęby dymu przysłaniał mi budynek naszego ogólniaka, którego świetność już dawno przeminęła.

Po zgłoszeniu dymu, pokuśtykałem korzystając z pomocy mojej oddanej mi przyjaciółki madame de Culi dalej. Na skrzyżowaniu ulicy Szkolnej z Armii Polskiej dojrzałem źródło dymu. Kłęby dymu buchały po niebo z okolic położonych przy ulicy Leśnej i Przylesia.

Ze zgrozą skonstatowałem, że właśnie w tej okolicy mieszka nasz Generał Gaśnica, na którego widok – jak wieść gminna niesie – pożary same gasną. Pomyślałem, że być może ofiarą czerwonego kura może być – nie daj Boże! – nasz waleczny Generał. Przez moment oczami swojej niczym niepohamowanej wyobraźni ujrzałem Generała Gaśnicę w czeluściach wszech pożerającego ognia. A jest z niego kawał chłopa, to i skwarka byłaby przednia. Oblizałem się mimochodem a w brzuchu mi zaburczało. Uspokoiłem swoje stargane nerwy dopiero wówczas, gdy najkrótszą drogą od siedziby naszych strażaków, czyli od wieży ciśnień nadjechał majestatyczne wóz strażacki. Jego wielkość i majestat szczególnie podkreślał szybkość z jaką się poruszał. Pędził niczym oszalały ślimak.

Skończyła się sesja gminna a ja udałem się w kierunku dostojnego, czystego Generała Gaśnicy, by upewnić się o co mu chodzi. Okazało się, że dobrze kombinowałem. Nie chodziło o osobistą łazienkę, której w pierwotnych planach budowy strażnicy nie było, ale o moje zgłoszenie z dnia poprzedniego.

Nasz nieustraszony pogromca pożarów miał do mnie pretensję, że zadzwoniłem pod nr 112 zamiast pod nr lokalny, który mi przypomniał – 998. Drga zgłoszona pretensja dotyczyła zepsutej – wg niego przeze mnie – statystyki. A wiadomo, że statystyka rzecz święta, która prawdę nam powie. Trzecia pretensja dotyczyła tego, że nie polazłem w miejsce skąd wydobywał się dym. Generał Gaśnica wyjaśnił mi, że źródłem wszechogarniającego dymu było ognisko, przy którym nawet pieczono kiełbaski. Stwierdziłem, ze w naszym mieście jest zakaz palenia ognisk i dopytywałem się czy na miłośnika pieczonych kiełbasek nałożono mandat. Najdzielniejszy z dzielnych stwierdził, że jego straż nie jest od nakładania mandatów i odesłał mnie do nie mniej niż on straży miejskiej.


Ta ostania pretensja ubodła mnie osobiście. Stwierdziłem, że: „nie ma dymu bez ognia”, co Generał Gaśnica przyznał (chociaż z dużą niechęcią) oraz że szalona prędkość, z którą obecnie się poruszam, raczej takie wycieczki wyklucza, bo nasze chodniki przyjazne ludziom chodzącym pod rękę z madame de Cula, nie należą. Generał Gaśnica był jednak odmiennego zdania i pouczał mnie – na przyszłość – że mam ustalać źródło dymu. Wiedząc, że z Generałem Gaśnicą żartów nie ma zobowiązałem się, że nie tylko będę ustalał źródło dymu, ale dodatkowo – w ramach skruchy – będę nosił z sobą gaśnicę. Ku mojej niewysłowionej uldze Generał Gaśnica z najwyższą radością przyjął moje zapewnienia. A ja w skrytości ducha swojego pomyślałem: „Jak ja będę nosił z sobą gaśnicę to po jaki (wiadomo co) Generał Gaśnica? A może długotrwałe szefowanie strażakom wpłynęło u Generała Gaśnicy na pojawienie się sodówki? 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Objawienie geniusza

Burza rzęsistych oklasków przywitała – podobno – powszechnie uwielbianego starostę powiatu górowskiego – Piotra Wołowicza, zwanego wśród urzędników starostwa „Cielęciną”.

Powodem owacji na stojąc, huraganu oklasków był fakt zamknięcia w dniu dzisiejszym ostatniego oddziału szpitalnego – pediatrii. Wiadomym jest bowiem powszechnie, że zgodnie ze świętą umową o sprzedaży szpitala, za każdy zamknięty oddział szpitalny, nabywca szpitala Polskie Centrum Zdrowia, zobowiązał się do wpłaty 1 miliona złotych na konto starostwa.

Co prawda lekarze pediatrzy, którzy pracowali na tym oddziale już 1 kwietnia złożyli gremialnie wypowiedzenie z pracy, ale decyzję o zamknięciu ostatniego oddziału obwieszczono dzisiaj, przed południem. Lekarze, którzy tam pracowali nie otrzymywali wynagrodzenia za pracę już od stycznia br. Wielkie mi mecyje! Robić im się za darmo nie chciało. Ten wrzód przeciął właściciel szpitala, wychodząc z założenia, że zawód lekarski to misja. A idzie wiosna i za chwilę w ogrodach zacznie rosnąc kapusta, sałata, obrodzą papierówki, marchewka, i da się jakoś wyżyć. Warzywa są zdrowe i aż dziwne, że lekarze tego prostego faktu nie rozumieją.

Wiadomo jest powszechnie, że dotąd nabywca szpitala zamknął 3 oddziały i z tego tytułu na konto starostwa wpłynęły 3 mln zł. Co prawda nie wprowadzono tej kwoty jeszcze do budżetu naszego powiatu, ale – podobno – wynikło to z tego, iż oczekiwano od grudnia 2013 r., gdy „sprzedano” szpital na pełną kwotę, tj. 4 mln zł. Jak Państwo widzicie nasz ukochany i uwielbiany starosta okazał się człowiekiem ze wszech miar przewidującym, dalekowzrocznym. Można rzec nawet, że otarł się o geniusz.

Mylił się za to mój najdroższy przyjaciel, radość żywota mojego, krynica mądrości, pierwszy biznesmen powiatu mgr inż. Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki, który w grudniu 2013 wieścił pielęgniarką górowskiego szpitala nieustający rozwój placówki, wyższe płace, wzrost poziomu usług zdrowotnych i rozszerzenie działalności świadczonych usług medycznych.

Wszystkim dech zapierał rozmach, z jakim nabywca szpitala Polskie Centrum Zdrowia, reorganizował niegdyś nasz szpital. Zwalniano ludzi z pracy (pewnie nierobów), przechodzono z umów o pracę na umowy opiewające na 1/23 etatu, ¼ etatu (pewnie, żeby personelowi we łbach się nie poprzewracało), zamontowano kamery (żeby pracownicy wiedzieli, że nowy właściciel czuwa dniem i nocą), podniesiono opłaty za zakład opiekuńcze leczniczy, zdjęcia rtg i inne usługi (by chorzy przekonali się na własnej skórze, że warto dbać o zdrowie).

Pamiętam, jak ówczesny przewodniczący Rady Powiatu – Edward Szendryk, zachwalał nabywcę szpitala. Kreślił promieniste perspektywy rozwoju górowskiej lecznicy, w której nieco później zaczął pracować, by osobiście wziąć udział w szpitalnej rewolucji. Popierał w ten sposób swojego przyszłego zięcia – „Bananowego Uśmiecha”.

W celu dalszego dynamicznego rozwoju górowskiego szpitala zlikwidowano tomograf komputerowy w nadziei, że wysoki poziom kadry medycznej ściągniętej do górowskiego szpitala będzie miała przeszywający pacjenta na wskroś wzrok, co spowoduje, że tomograf stanie się zbytecznym. Ci, których całe rzesze ściągniętych z całego województwa specjalistów o przeszywającym na wskroś pacjenta wzroku, pomimo tych umiejętności nie potrafiono zdiagnozować, wożono do Rawicza. W ten sposób rzesze chorych miały okazję podziwiać z okien karetek transportu sanitarnego nasz polski krajobraz. Może rzec, że wycieczki te miały wymiar edukacyjny, który zakłócany był jazdą karetki po dziurach.

A nasz ukochany przywódca, zwany pieszczotliwie „Cielęciną” siedział w zaciszu gabinetu i cicho liczył: zamknięty wewnętrzny = 1 mln zł, zamknięta chirurgia = 1 mln zł, zamknięty położniczy = 1 mln zł., zamknięty dziecięcy = 1 mln zł. Później z mozołem, marszczą swoje niskie czoło, żmudnie na palcach sumował mityczne kary. Raz wychodziło mu 5 mln, innym razem 3, ale bywało też, że po umaczaniu palca atramentem na znak, iż konkretny milion został wliczony w rachunek niewątpliwego zysku, udawało mu się otrzymać właściwą sumę, co napawało go taką dumą, że z tylnej kiszeni swoich workowatych spodni wyciągał grzebień, który dostał na pryma aprilis od Słońca Góry, naszego Majestatu. Z uczuciem dumy czytał napis na grzebieniu: „Na mądrej głowie włosy nie rosną”.

Zaprawdę, powiadam Państwu, że wielkim człowiekiem jest nasz słusznie przez wszystkich powiatowy przywódca. Drżą przed nim włodarze ościennych gmin, którzy z bojaźni przed jego wielkością nie pojawiają się na sesjach Rady Powiatu. Owszem, zaszczyca swoją obecnością sesje Rady Powiatu nasz Majestat, ale wymyka się podczas przerwy widząc, że jej jasność bleknie w obliczu intelektualnej jasności ukochanego przez masy pracujące miast i wsi, inteligentów, którzy wszystkiego co w życiu potrzebne nauczyli się już w przedszkolu, a więc dla nich dalsza nauka nie miała już sensu, wodza naszego powiatu, pieszczotliwie zwanego „Cielęciną”. To słowo wymawiać należy z czcią, najgłębszą miłością i wdzięcznością za dokonanie transakcji XXI stulecia.

Tylko geniusz mógł bowiem oddać wszystkie udziały naszego szpitala za dwie raty należności za szpital. Ktoś powiedzieć może, że to niegospodarność, brak troski o mienie nas wszystkich. Ktoś niegrzeczny, z lukami w kulturze osobistej mógłby wysnuć błędny wniosek, iż nasz najdroższy wódz powiatu jest psychiczny. W tym miejscu pragnę Państwu rzec, że wg psychiatrów wszyscy jesteśmy psychicznie, tylko jeszcze nie zdiagnozowani.

We wtorek dyrektorską funkcję straciła Danuta Perek, która niegdyś była szefową wszystkich pielęgniarek i przewodniczącą zakładowej „Solidarności”. Ta wybitna menadżerka o podwójnym obliczu (była jednocześnie za i przeciw podarowaniu szpitala a jej postawa zależała od tego z kim rozmawiała). Pracownicy szpitala twierdza, że całym sercem i duszą była za rewolucyjnymi zmianami w naszym byłym szpitalu, aż do jego zamknięcia.

Geniusz naszego ojca powiatu, dobrodzieja, siewcy dobra, wielce Czcigodnego „Cielęciny” jest niewyczerpany. Podobno za 4 mln odszkodowania z tytułu zamknięcia 4 oddziałów, chce przeznaczyć na odbudowę zamkniętej opieki leczniczej. Podobno ma być to lecznica mobilna. Podobno planuje się zakup niepotrzebnych już „Bronkobusów”. Na razie jednego z przeznaczeniem na prosektorium. „Prosektorium pod Bronkiem”. Przyznają Państwo, że brzmi nieźle. Bądźmy zdrowi.


piątek, 25 marca 2016

Poroniony żart

Jest przysłowiowe „5 minut” do świąt Wielkiej Nocy, ale jaj mamy już dzisiaj. Bezpłatne jaja zafundowała nam nasza najdroższa pani burmistrz, murowana kandydatka na carową naszej gminy – Irena I Czernińska. Są to darmowe, wielkanocne, gminne jaja.

Mowa tu o ulotce, którą nasz Ukochany Majestat skierował do rodziców mających radość z posiadania dzieci. Ulotka dotyczy rządowego programu „500+".

Na internetowej stronie gminy można przeczytać informację, iż 22 marca odbyło się spotkanie z dyrektorami szkól i przedszkoli, podczas którego dyrektorzy – jak czytamy – wyrazili nieodparte pragnienie, by taka ulotka powstała i była kolportowana wśród rodziców. Przypomnę raz jeszcze, że spotkanie z dyrektorami placówek oświatowych miało miejsce 22 marca a już nazajutrz ulotka była gotowa. Tak wychodzi się naprzeciw oczekiwaniom!

Na internetowej stronie naszej gminy czytamy, że w kolportowanej i przeznaczonej dla osób uprawnionych do pobierania tego świadczenia, znaleźć się miały: „(…) podstawowe informacje o programie, najczęściej zadawane pytania dotyczące wypłaty świadczenia w ramach programu oraz odpowiedzi na te pytania, a także przykłady możliwych sytuacji rodzinnych wraz z rozstrzygnięciem, komu i w jakiej wysokości świadczenie zostanie wypłacone.”

+

Gdzie mają Państwo na ulotce informacje, o których mowa na oficjalnej stronie dworu naszego Majestatu? Nie ma. Jest za to zdjęcie Majestatu. I już nie wiem, czy ta ulotka przypadkowo nie jest niewczesnym, poronionym żartem prima aprilisowym.

Bezsprzecznie nic nowego zawartość ulotki nie wnosi do wiedzy rodziców na temat świadczenia. A szkoda, że właściwie nie wykorzystano okazji. Wszak to nie burmistrz Irena Krzyszkiewicz będzie odpowiedzialna za wypłacanie środków z tego programu, ale Ośrodek Pomocy Społecznej pod wodzą kierowniczki – Edyty Lisieckiej oraz jej pracowników. A nasza pani burmistrz wykorzystała ulotkę do reklamowania własnej podobizny za pieniądze podatników.

Proszę zauważyć, że w ulotce nie podano nawet adresu OPS – u, numerów kontaktowych pracowników, którzy znają tajniki tego programu, adresu do strony, z której można pobrać druki, przeczytać instrukcję dotycząca sposobu ich wypełnienia, informacje na temat niezbędnych dokumentów niezbędnych przy składaniu wniosku.

Mój znajomy nawet uwierzył w to, że wszystkie te informacje są w ulotce. Stwierdził, że na pewno zdjęcia Majestatu uzbrojone jest w chip, który odpowiada na zadawane głośno pytania i wyjaśnia wszelki wątpliwości. Ulotka - wg niego - ma być wyrazem otwarcia się Majestatu na nowoczesność a nawet ponowoczesność. Gadał do obrazka on, dziatwa jego, żona, teściowa, szwagier i szwagierka i nic! Zniechęcony brakiem odzewu spuścił manto synowi chodzącemu do 3 klasy gimnazjum, pod zarzutem, że uszkodził on gadającą "słit" fotkę ukochanego po gardło Majeststu.


Jednym słowem mamy do czynienia nie z informacją skierowaną do potencjalnych świadczeniobiorców, ale z chamskim i głupie reklamowaniem własnej osoby. Można rzec, że konia kuli a ropuszka łapkę wdzięcznie podstawiła. No to ropuszkę podkułem. A co mi tam! Dobrych uczynków nigdy zbyt wiele! Kochajmy nasz Majestat, bo czyniąc podobne brewerie może odejść w polityczny niebyt

Żywcem pogrzebani



Tragedia wydarzyła się dwa dni temu (22 marca). Wprost niebywała. Prawie antyczna. Platformę, rzekomo Obywatelską, rozwiązano na Dolnym Śląsku. Schetyna spuścił Protasiewicza (zwanego też „chuliganem z frankfurckiego lotniska”) z funkcji barona regionalnego i mianował na jego miejsce europarlamentarzystę Bogdana Zdrojewskiego. Pamiętać należy, że górowska Platforma, rzekomo Obywatelska, popierała „Chuligana z frankfurckiego lotniska”.

B. Zdrojewski mianowany został komisarzem Platformy, rzekomo Obywatelskiej, na Dolny Śląsk. Rozwiązaniu uległy wszystkie partyjne struktury, tym też i kadłubowa Platforma, rzekomo Obywatelska na terenie naszej gminy Tak się bowiem jakoś złożyło, że w innych gminach wchodzących w skład naszego powiatu chętnych do tej obciachowej partii nie było.

Tak że w głębokim smutku pogrążył Schetyna również górowski, lilipuci oddziałek platfusowi dziatwy. Można rzec – bez przerysowania - że „szef szefów” Platformy, rzekomo Obywatelskiej żywcem pogrzebał swoich podkomendnych, którzy na tak dawno zgłosowali na „Chuligana z frankfurckiego lotniska”, próbując w ten sposób wykończyć Don Schetynę. W odwecie Don Grzegorz walnął potężnie z najgrubszej dostępnej mu rury kanalizacyjnej.

Muszą Państwo widzieć, że w lilipuciej do lokalnej struktury Platformy, rzekomo Obywatelskiej, należy np. najbardziej nieudolna w historii powiatu Wielce Czcigodna Pomyłka czyli Piotr Wołowicz, nasz ukochany Majestat (w tym oczywistym z oczywistych przypadków imienia i nazwiska przypominać Szanownym Czytankom nie trzeba, oryginalny w każdym milimetrze i calu, mój idol, źrenica moich oczu , radny „Bananowy Uśmiech” (sława Jego sięga rogatek naszego miasta, i nie tylko). Odnajdziemy też na skrawku papieru, na którym spisano nielicznych chętnych do bycia „platfusem”, nazwisko krótkie niczym błysk - Iskra. W tym byłym radnym tylko nazwisko wzbudza ciekawość. Zbędną zresztą niczym śnieg w lipcu. Członkiem tego lilipuciego tworu jest również wiceburmistrz naszej gminy, którego sensu tkwienia na tym stanowisku nie widzi ta wielu górowian. Ale oni chyba mają poważną wadę wzroku.

Wciąż pamiętać musimy – i to wszyscy, których dobry Bóg obdarował rozumem – że to ta lilipucia na naszym terenie formacja, jej ludzie, sprezentowali szpital dla gangu z Wrocławia.

Widziano dzisiaj członka tej lilipuciej gromadki „Bananowego Uśmiecha”. Podobno szedł smutny, przybity co wyrażało się ciałem zgiętym pod kątem 90 stopni ku ziemi, płakał głucho szlochając i potykając się co krok o gluty wypływające z jego własnego nosa. W takiej to boleści i czarnej rozpaczy był mój najdroższy na wieki wieków serdeczny przyjaciel.

I korzystając z danej sobie samej przy pisaniu powyższego posta okazji, pragnę gniewnie i stanowczo zaprzeczyć, jakoby mój najserdeczniejszy przyjaciel „Bananowy Uśmiech” szlochał i miał ciało zgięte w pól z powodu poszukiwań 5 groszy, które tego feralnego dla niego dnia zgubił. Mój wielce uczony i ogólnie poważany przyjaciel zachowuje się tak dopiero wówczas, gdy zgubi 10 groszy.

Wracając jednak do głównego tematu rozważań, należy stwierdzić, że najgorsze jeszcze przed członkami Platformy, rzekomo Obywatelskiej. Ich „capo de tutti capi” zapowiedział, że członków Platformy, rzekomo Obywatelskiej czeka weryfikacja! To już jest po prostu wendeta ze strony Don Schetyny. To jest niewyobrażalny prostacki odwet.

A co będzie, ja się uprzejmie pytam, jak podczas weryfikacji członków górowskiej Platformy, rzekomo Obywatelskiej, będą badali IQ albo każą rozwiązywać test na inteligencję? Odpowiedź jest prosta. Może w gminie nie być lilipuciej partii.


wtorek, 22 marca 2016

Zdegradowana gmina

18 marca odbyły się pierwsze warsztaty dotyczące „Gminnego Programu Rewitalizacji Gminy na lata 2016 – 2020”. Program ten = ma być realizowany w oparciu o metodę partycypacji społecznej, czyli przy udziale mieszkańców naszej gminy. Pierwsze spotkanie nie należało do udanych pod względem frekwencji. Przybył nasz gminny Majestat wraz z członkami dworu, garść wasalnych księżniczek i książątek, którzy lenna swe otrzymali z kapryśnych rąk Majestatu. Frekwencji na pewno nie podniosła godzina spotkania: 830.Tak więc od strony lokalnej społeczności inauguracja wypadła pod zdechłym psem. Majestat wie co robi. Po co gmin, pospólstwo ma jej się szwendać po dobrach?

W sali nr 1 istniejącego – niezupełnie wiadomo po co – starostwa powiatowego, zasiadło również trzech zamówionych przez gminę fachowców do opracowania naukowych podstaw nowej w formie i zakresie rewitalizacji naszego miasta. I AK dowidzieliśmy się, że:
„Określenie wizji obszaru rewitalizowanego, celów strategicznych i wreszcie formułowanie kluczowych zadań, realizowane będzie w oparciu o partnerstwo lokalne przy zaangażowaniu przedstawicieli życia społecznego, gospodarczego oraz politycznego gminy Góra”. To założenie legło w gruzach już podczas pierwszego spotkania. Majestat udawał jednak, że w sali nr 1 dogorywającego starostwa powiatowego, tak nieudolnie kierowanego przez partyjnego towarzysza Ireny I Czernińskiej (jeszcze niepomazanej) bezbarwnego członka odsuniętej od żłoba Platformy, rzekomo Obywatelskiej, co jednak w niczym nie zmąciło radosnego nastroju naszego Najdroższego Majestatu ze wsi Czernina Dolna.

Fachowcy stwierdzili też, że celem nowej rewitalizacji będzie wyprowadzenie ze stanu kryzysowego obszarów zdegradowanych w gminie, poprzez działania całościowe, które mają za zadanie likwidację negatywnych zjawisk


Uprzedzając, trzeba powiedzieć wyraźnie, że fachowcy orzekli iż, : ,, gmina jest zupełnie zdegradowana”. Osłupiałe.! Dziewięć lat rządów Majestatu szlag trafił w ciągu kilku sekund. Jaki dorobek jaki pijar, kilkakrotnie przewyższający rzeczywiste osiągnięcia. Żal mi zrobiło się szczerze naszej Ireny I Czernińskiej (jeszcze bez korony). Łzy me gorące, szczere, polały się na podłogę padając z hałasem jak wycinane przez gminę drzewa, co następuję przy okazji każdej nieomal inwestycji.

Spojrzałem w kierunku Tej, która wielbię dniami i nocami, we śnie, na jawię i w różnych sytuacjach intymnych też. Jej kształtne piersi falowały gwałtownie, miotane falą sprzecznych uczuć. Najdroższe oczęta mrugały, uszy zrobiły się większe niż naturalnie, a z zadartego wiecznie noska buchały kłęby pary. Myślałem, że Majestat przyłoży referentom, którzy wywlekli na światło dzienne suche fakty, poparte twardą statystyką, która okazała się zabójczą bronią rujnującą w pył i kurz pijar. Przypomnę tylko, że ów pijar polegał na wmawianiu publice, iż Irena I Czernińska jest w każdym calu doskonała, nieomal boska, cudowna, przemądra i wyprzedza swoją epoką co najmniej o trzy stulecia, gdyż za jej myślami nikt nie nadąża, nawet sam Pan Bóg.

Fachowcy od rewitalizacji okazali się czarnymi niewdzięcznikami, którzy bez uprzednich konsultacji z Majestatem rozpuścili wieści o zdegenerowanym stanie gminy.
Dokonali tego w obecności Majestatu, w sposób bezczelny i prowokacyjny działając na szkodę tej znakomitej gospodyni, której ciasto samo w rękach rośnie. Jestem szczerze i dogłębnie oburzony.


W przypadku naszej gminy badano poziom koncentracji negatywnych zjawisk społecznych. Do takich zaliczono: bezrobocie, ubóstwo, niski poziom edukacji, niewystarczający poziom uczestnictwa w życiu lokalnym i kulturalnym.

Dodatkowo jeżeli na obszarze danej gminy występuje co najmniej jedno negatywnych zjawisk:
- gospodarczych (w szczególności niskiego stopnia przedsiębiorczości, słabej kondycji lokalnych przedsiębiorstw),
- środowiskowych (przekroczenie standardów jakości środowiska, obecność odpadów stwarzających zagrożenie dla życia, zdrowia ludzi lub stanu środowiska),
- przestrzenno – funkcjonalną (niewystarczające wyposażenie w infrastrukturę techniczną i społeczną, braku dostępu do podstawowych usług lub ich niskiej jakości, niska jakość terenów publicznych)
- technicznych (degradacja stanu technicznego obiektów budowlanych, w tym o przeznaczeniu mieszkaniowym),

Zastrzeżono, że obszar rewitalizacji nie może być większy niż 20% powierzchni gminy a na nim nie może mieszkać więcej niż 30% mieszkańców gminy. Cel rewitalizacji – wyprowadzenie obszarów zdegradowanych z kryzysu.

Fachowcy przedstawili na slajdach interesujące dane. Suche dane, z którymi trudno jest polemizować, bo z faktami polemizuje tylko idiota.

I tak w naszej kochanej gminie mamy do czynienia z depopulacją. Nie jest to zjawisko nowe, bo od 2004 r. mamy stałą tendencję spadku liczby mieszkańców naszej gminy. W 2004 r. nasza gmina liczyła 20.919 mieszkańców, by na koniec 2014 r. zamieszkiwało ją 20.554. To są właśnie te „perspektywy”, które widzi, Ta, Która Wszystko Widzi za wyjątkiem realnych problemów naszej gminy.

Ciekawe są też dane dotyczące kolejnego wskaźnika. Idzie o urodzenia. W 2014 r. odnotowano 10,9 żywych urodzeń na 1000 mieszkańców naszej gminy. W tymże samym roku wskaźnik zgonów na 1000 mieszkańców wyniósł 8,96. Przybyło nam więc więcej mieszkańców niż ich zmarło. I wszystko byłyby pięknie, gdyby nie fakt, że saldo migracji na 1000 osób wyniosło aż – 7,0. Oznacza to, że mieszkańcy naszej gminy widząc przed sobą opiewane przez kandydatkę na monarchinię tzw. „perspektywy”. Wieją z „perspektywicznej” gminy do miast i gmin, gdzie oczy ich nie będą mogły napawać się Majestatem, słyszeć boskich dźwięków wydawanych przez Słońce Góry, co kąpać się w jej łaskawym spojrzeniu. Nie wiedzą co tracą nieszczęśni!

Pomimo, iż w roku 2014 mogliśmy pochwalić się dodatnim przyrostem naturalnym, to migracja ten dobry na przyszłość wynik całkowicie zniszczyła. Na pocieszenie dodam, że w 2011 r. pozom migracji był jeszcze większy i wskaźnik wyniósł wówczas -7,4. Był to 4 rok rządów Ireny I Czernińskiej a więc czas dynamicznego rozwoju naszej gminy, czas mów i uroczystego przecinania wstęg. A migracja rosła.

Przytoczone w trakcie spotkania dane jasno dowodzą, że społeczeństwo naszej gminy gwałtownie się starzeje. W roku 2004 w gminie Góra zamieszkiwało 1686 osób, które miały 70. i więcej lat. Dziesięć lat później (2014 r) było ich już 1838.

Gwałtownie skoczyła też liczba osób w przedziale wiekowym 65 do 69 lat. W roku 2004 odnotowano w tej grupie wiekowej 673 osoby, a w roku 2014 takich osób było już 1059.

Odnotować należy, że w 2004 r. w przedziale wiekowym 0 – 19 lat mieszkało w naszej gminie 5827 osób, W roku 2014 w tym przedziale wiekowym było 4465 osób, czyli o 1362 mniej. To jest prawdziwa miara dramatu jaki przeżywa nasza gmina.

Fachowcy wielokrotnie podczas swoich wystąpień podkreślali, że kluczowym wnioskiem w sferze społecznej jest niekorzystna struktura wiekowa mieszkańców naszej gminy. W naszej gminie kurczy się liczba osób w wieku produkcyjnym (2014 r. – 63,2%) oraz liczba osób w wieku przedprodukcyjnym (w roku 2004 – 20,8% as w roku 2014 – 18,9%) na rzecz osób w wieku poprodukcyjnym. Odsetek ludności w naszej gminie, która osiągnęła wiek poprodukcyjny wzrósł z 14,7%w roku 2004 do 17,9% w roku 2014.

Przeraził, przynajmniej powinien, wskaźnik dotyczący sfery ubóstwa w naszej gminie. W 2010 roku z pomocy społecznej korzystało 1232 gospodarstwa domowe. W roku 2013 gospodarstw korzystających z pomocy społecznej było 1329. W roku 2014 liczba gospodarstw domowych korzystających z pomocy społecznej wyniosła 1236. Odsetek osób zmuszonych do korzystania z pomocy społecznej wyniósł w roku 2014 – 14,4%. Dla naszego powiatu był on jeszcze wyższy i wynosił w roku 2014 – 14,5%. W województwie dolnośląskim współczynnik ten wynosił w 2014 r. – 5,8% a w Polsce – 7,7%. Takie są niestety niepijarowskie suche fakty statystyczne.

Przerażające są też dane dotyczące bezrobocia. Co prawda w okresie pomiędzy grudniem roku 2010 (1904 bezrobotnych) a grudniem 2014 r. (1408 bezrobotnych) doszło do znaczącego spadku bezrobocia na terenie naszej gminy, to jednak przybywało w naszej gminie bezrobotnych, którzy nie mieli prawa do zasiłku. Na koniec 2014 r. odsetek bezrobotnych bez prawa do zasiłku wyniósł w naszej gminie 83,4%.

Niska na terenie naszej gminy jest przedsiębiorczość. Na 10 tys. mieszkańców naszej gminy przypadało w 2010 roku 851 zarejestrowanych podmiotów gospodarczych a w roku 2014 – 863. Jest to jednak mniej niż w roku 2013, gdy na 10 tys. mieszkańców naszej gminy przypadały 872 podmioty gospodarcze.

Zresztą, przedsiębiorczość nie jest silną cechą mieszkańców naszej gminy. Na 100 osób w wieku produkcyjnym tylko 9,0 osób prowadzi taką działalność. Statystyczna średnia dla naszego kraju wynosi 12,2, województwa dolnośląskiego 12,7.

Specjaliści przyglądnęli się też terenom zielonym. Na koniec 2014 r. udział terenów zielonych w naszej gminie w stosunku do ogółu powierzchni gminy wyniósł 0,1%. W naszej gminie największy udział w terenach zielonych mają cmentarze (14,7 ha), zieleń osiedlowa (12,6 ha), parki (7,3 ha), zieleńce (2 ha). Fakt. Mało tej zieleni na głowę mieszkańca gminy. Jeden mój znajomy stwierdził, że za to mamy rekordową ilość zielonych radnych. I toksycznych – dodał. Spytałem go o źródło takich informacji i usłyszałem, że pewne i sprawdzone wieści na ten temat ma nieznany mi bliżej Poliszynel. Z ubolewaniem stwierdziłem, że nie znam.

C.d.n. 

środa, 16 marca 2016

Majestat zaprasza

UMiG w Górze rozesłał zaproszenia na pewne spotkanie. Dotyczyć ma ono : „Opracowania Gminnego Programu Rewitalizacji na lata 2015 – 2020”. W zaproszeniu, które osobiście podpisała w akcie niezwykłej łaskawości nasza uwielbiana powszechnie kandydatka na carową naszej gminy, wyrażona  i wyłożona jest dobitnie taka oto myśl: „Pragniemy, (znaczy Majestat pragnie – przyp. moje) aby w procesie tym wzięli udział reprezentanci wszystkich aktywnych na terenie gminy środowisk”. Spotkanie odbyć się ma 18 marca  2016 r., o godz. 830 w sali nr 1 (parter budynku starostwa powiatowego).

Osobiście zgodnie z prawdą ja za takowego zaproszenia nie otrzymałem, gdyż Majestat w swojej nieskończonej łaskawości na pstrej chabecie kłusującej, uznał, iż aktyny nie jestem. Pies Majestatowi buźkę lizał. Nie to nie. I tak przyjdę, bo taka ma wola.

Interesujące jest to, że informacji o spotkaniu Niue znajdziecie Państwo na tablicy informacyjnej w rynku, ani też na tablicy ogłoszeń UMiG w tymże miejscu.

Najwyraźniej ukochana przez wszystkich kandydatka na carycę gminy Góra – Irena I Czernińska, wyszła z założenia, iż nie cały gmin zasługuje na to, by poznać założenia programu rewitalizacji. Gmin nie ma tu nic do gadania, gmin będzie mieszkał tak, jak zadecyduje Majestat oraz ci, których tenże Majestat uznał za godnych zaproszenia.


Tu uwaga: w wyborach do samorządu, które odbędą się w 2018 może wziąć udział pominięty w zaproszeniu gmin. Dobrze byłoby, by dzisiaj lekceważony gmin zagłosował wówczas na Majestat.

wtorek, 15 marca 2016

Cuda na patyku

Wprost zafascynowało mnie lutowe wydanie „Przeglądu Górowskiego”. Rzuciłem się na nie niczym spragniony wody samotny wędrowiec po Saharze lub głodomór po spożyciu kilograma śledzi prosto z morza. Apetyt mój był spotęgowany, gdyż już na pierwszej stronie zauważyłem zdjęcie naszej jeszcze nie ukoronowanej carycy Ireny I Czernińskiej. A takie fotki nieodmiennie i od lat wzruszają mnie po czubek głowy, albo jak mówi się pospolicie: „do gardła”.

Osobiście uważam, że prekursorką „słit foci” jest nasza głowa jeszcze nie ukoronowana. Nikt tak jak jej carowa nie potrafi ustawić się do „słit” fotki, wyczuć momentu, skonstruować szybki uśmiech nr 1, 5 lub 7 lubo innej, wyżej numeracji. Numer uśmiechu zależy od okoliczności i żaden z uśmiechów nie jest przypadkowy. Nasz przyszła carowa nic nie czyni przypadkowo.

Przejdźmy jednak do „Przeglądu Górowskiego”, który nazywany jest przez niektórych „tubą propagandową burmistrzyni”. Ja znam motywy ich negatywnego nastawienia do rzekomej „tuby propagandowej burmistrzyni”.

Przypuszczam, że w okresie palenia w piecach mają oni trudność z dotarciem do „Przeglądu Górowskiego”, który wbrew założeniom ideologicznym, by siać wieści tylko dobre, a jak takich nie ma to mało istotne (albo też stwarzające pozory informacji), służy wbrew woli mocodawców, jako ciesząca się nieposzlakowaną renomą ekskluzywna podpałka do pieców. Jej ekskluzywność polega na wychodzeniu w nakładzie 1000 egzemplarzy miesięcznie. Wobec ogromnej liczby pieców na terenie naszej gminy oraz dostawy tego deficytowego towaru raz na miesiąc (zimą palić trzeba co dzień). W tej sytuacji, w okresie zimowym, zawarte w tym szanownym miesięczniku artykuły i informacje o niepohamowanym niczym burzliwym rozwoju naszej gminy nie docierają do ogromnej rzeszy potencjalnych czytelników, którzy nie widząc rozwoju, chcieliby o nim chociaż poczytać.

A tu cały trud Redakcji idzie w komin. Złote myśli kandydatki na carową furt i już lecą kominem. Urocze „słit” fotki też kominem. A co będzie, jak taka „słit” fotka przedstawiająca nasza przyszłą blond głowę koronowaną, niespopielona do cna, kominem wyleci i jakaś dziatwa  dojrzy oblicze miłościwie nam panującej, gorzejące na niebie. Co dziatwa może pomyśleć?

Czarownica!!! I wieść się rozejdzie, że Najjaśniejsza Pani w powietrzu bez miotły lata! Ciemnoty u nas niestety jeszcze jest zbyt dużo i do Miłościwej Pani może przylgnąć przydomek „wiedźma”. I po co taki szkaradny przydomek?

Powróćmy jednak do gazety, podobno samorządowej. Na drugiej stronie tegoż cuda moją uwagę przyciąga artykuł zatytułowany „Uwaga – utrudnienia w ruchu drogowym.” Ucieszyłem się, że w końcu dostrzeżone zostały przez Cudny Majestat problem fatalnego stanu dróg gminnych. Nie będę Państwu tegoż godnego politowania stanu opisywał, bo to i tak nic nie da. Byłoby to wołanie na puszczę, by ta mleka dała. Ale wciąż pamiętajmy, że w naszej gminie, rządzonej najlepiej jak tylko możliwe, w sposób o jakich najtęższe umysły od zarządzania pojęcia nie miały, wszystko jest naj. Nawet zdezelowane drogi są naj!

Rozczarowałem się niestety zawartością artykułu, gdyż opisywał on utrudnienia spowodowane remontami chodników. Remonty owe przeprowadza Wojewódzki Zarząd Dróg i Kolei we Wrocławiu a „Przegląd Górowski” jedynie podczepia się pod tę wojewódzką inwestycję, by splendoru nadać miejscowemu dworowi i Irenie I Czernińskiej.

Dziwne jednak, że lokalna gazeta kierowana do pieców i mieszkańców, nie raczy nas informować o złym stanie gminnych dróg i chodników. Jeżeli chodzi o chodniki to muszę powiedzie, że ich fatalny stan dostrzegłem dopiero wówczas, gdy przestałem być szybszy od wiatru a dwa razy szybszy od Strusia Pędziwiatra. Toż to pomyłka totalna! Stan chodników woła o pomstę do nieba. Nierówne, dziurawe, dziwacznie sprofilowane, krzywe – to tylko niektóre z ich wad, których jest cała plejada. Oczywiście, nasza Jaśnie Pani swoimi bucikami górowskich bruków na codzie nie szlifuje. Jej to nie wadzi. Problem oczywiście dostrzega.

Uwagę szczęśliwca, który dopadł „Przegląd Górowski” przed jego unicestwieniem w palenisku zachłannego pieca, przyciąga artykuł zatytułowany „Góra miasto z perspektywą”. Ozdobiony zdjęciem kandydatki do tronu, na której zagościł uśmiech nr 11, czyli „domniemanie szczerości” niesie z sobą zapowiedź owych wymarzonych przez tak wielu górowian „perspektyw”.

Łapczywie rzuciłem się na artykuł łaknąc poznać owe „perspektywy”, których nie widzi tak wielu mieszkańców naszej gminy, ale które istnieją, co dobitnie poświadcza nasza Złota Pani Burmistrz . Chyba nie me powodu nie wierzyć Słońcu Góry i Gminy.

Początek artykułu jest nawet niezły. Mową tam o „transparentności”. W tym miejscu trzeba przyznać, że nasza Ά i Ω  wiele uczyniła w znojnym dziele uskuteczniani owej „transparentności”. Moi liczni znajomi i Czytelnicy wiedzą np. kto dostanie posadę na dworze zanim tzw. „konkurs” zostanie rozstrzygnięty. Proszę jaka transparentność.

W miarę czytania artykułu mina mi nieco rzedła. Okazało się bowiem, że artykuł ów zawiera pisaną dość toporną polszczyzną i składnią nieskomplikowaną i nużącą wyliczankę inwestycji, tych które już zrobiono jak i tych, które mają powstać.

Ja osobiście cieszę się z każdej inwestycji na terenie naszej gminy i cieszę się, że Najjaśniejsza i jej dwór inwestują w gminę. O! Nawet tabelkę zamieszczono, w której wyszczególniono nakłady na inwestycje. Lata 2014 – 2016 przymierzono do roku 2007. Dlaczego akurat tego? Nie wiem, ale je bym wyszedł od daty założenia naszego miasta. Jakie słupki obrazujące wzrost inwestycji byłyby za lata 2014 – 2016! Nawet Szymon Słupnik na takim słupie inwestycyjnego boomu nie siedział.

Z punktu widzenia tej, której wszyscy zawdzięczamy wszystko, perspektywy są ogromne. Czy wiedzą Państwo ile to wstęg będzie trzeba przeciąć?! Ile mów wygłosić?! Ile okazji do niesienia kaganka oświaty i wiary w niczym nieskrępowany postęp naszej gminy, co podważają ludzie małej wiary. Ileż okazji, by uścisnąć dłonie gminu, zbliżyć się do wyborców i porazić go swym majestatem, na którego opisanie nie ma odpowiednich słów w znanych mi słownikach naszego języka.

Tak więc są perspektywy, przynajmniej dla Ireny I Czernińskiej. A lud ma perspektywy, by bywać na tych uroczystych okazjach, paść swoje niegodne oczy widokiem Niebiańskiej Burmistrzyni, napawać się dźwiękiem jej anielskich trel, którymi wygłasza swoje przepełnione leguminą mowy, których słuchanie ma również charakter terapeutyczny, gdyż wysłuchanie kilku takich mów pozwala na spokojne słuchanie nawet Antka Macierewicza.

Jest też w „Przeglądzie Górowskim” felieton ks. magistra. Bernarda Twardowskiego. Czytałem i żałuję tego, bom czyniąc to zgrzeszyłem. Bóg nie obdarzył księdza Bernarda pisarskim talentem. Niech ksiądz Bernard chrzci, oddaje ostatnią przysługę, żeni (może nawet rozwodzić!), ale na Boga niech nie pisze! Bo takim pisaniem grzeszy ciężko i od wiary maluczkich odwieść może łacno. Szatan mu chyba dyktuje te drętwe teksty.

I nic już dodać, ani też odjąć, nie trzeba. Kilkoma rzutami moich od dawna nieprzekrwionych oczu, spojrzałem na szpalty „Przeglądu Górowskiego”. I jakiż żal mnie ogarnął! Jakże bez polotu i talentu opisywana jest nasza ukochana i najdroższa

I tylko ja, niczym Don Kichot, opiewam uroki i rozliczne zalet naszej drogiej Dulcynei z Czerniny Dolnej. Tylko ja wielbię naszą Panią słowem, opisuję jej rozliczne zasługi, kreślę talentem mym miły i przyjazny jej wizerunek. Tylko ja kocham ją platoniczni jak stuletnie wojskowe suchary. Patrzę na nią niczym Homer. Słucham jej niczym Bethoven u schyłku życia swoich symfonii.


poniedziałek, 14 marca 2016

Oblana próba wody

Nic nie stoi w miejscu, ani woda, ani czas, ani ludzie” – wyczytałem na internetowej stronie Dolnośląskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych we Wrocławiu. Słowa to głęboko słuszne a ich prawdziwość wymownie i jednoznacznie ukazują zdjęcie dostarczone mi przez Czytelnika, pan T., któremu za ten głęboko patriotyczny czyn serdecznie dziękuję.

I faktycznie w Ryczeniu, przy tamie, nic nie stoi w miejscu. Jeszcze do niedawna można było podziwiać dwa pięknie oszalowane brzegi, by dzisiaj podziwiać niezwykłą rozbiórkową moc naszej rzeki. A może to była budowlana niemoc budowlańców? Któż to wie?

Być może spece od melioracji, a mniej od budownictwa wodnego, czego dowodem niniejsze zdjęcia, zwalą winę na ustawicznie spiskujące dniem i nocą bobry, których niecne knowania doprowadziły do katastrofy.


Tylko czy ktoś się da jeszcze nabrać na taki kit? Czy tu nie wychodzi ulubione kryterium wszelkiej władzy przy przetargu? Osławione -100% cena. A gówna bata nie ukręcisz, bo rzeka prawdę ci powie.




czwartek, 10 marca 2016

Majaki ex-alkoholika

Przyznaję się, że wypiłem dzisiaj sześć setek. Taka ilość pepsi jest zabójcza dla organizmu, ale stanowi ersatz alkoholu, a co za tym idzie niesie z sobą natchnienie.

Z resztą natchnienie przyszło do mnie tej nocy w postaci snu. Miałem bowiem sen, że jestem strażnikiem więzienny. Tzw. klawiszem. A sen był piękny z tego powodu, że jego treść była następująca. Waliłem kluczem o żelazną ramę pryczy i krzyczałem „Wołowicz! Niedźwiedź! Biernacki! WSTAWAAAAAAAĆĆC!”. A oni zdziwieni: „Za jakie grzechy?”. No to ja im na to „Za szpital! Za szpital!”.

Piękny sen i mam nadzieję, że wkrótce się ziści.

Spożywając pepsi w szerszym towarzystwie usłyszałem dzisiaj, że jeden z gminnych radnych ma złote nasienie. Zaciekawiony nadstawiłem ucho i dowiedziałem się, iż posiadaczem podobno skąpanych w blasku złota drogocennych plemników jest radny Henryk Drozdowski. Henryk z Czerniny, zamieszkały o półtora rzutu beretem od całorocznej rezydencji przyszłej carycy Ireny I Czernińskiej.

Ów że Henryk z Czerniny (radny i sołtys w jednej osobie) posiada bowiem – perorował mówca – ponadprzeciętnie inteligentne córki, które wygrały konkursy na stanowiska w gminie. Genialnemu ojcu gratulujemy inteligentnych córek, komisjom konkursowym właściwego wyboru, a przyszłej carycy pozyskania kolejnych sprzymierzeńców. Dodać należy, że tymi nieprzeciętnie zdolnymi potomkami radnego Henryka z Czerniny zaszczycone zostały stanowiska kierownika „Świat Malucha” i referat gospodarki komunalnej w Urzędzie Miasta i Gminy w Górze.

Z innego towarzystwa usłyszałem z kolei głosy, że przewodniczący Rady Miejskiej – Jerzy „Chochoł” Kubicki podobno stara się o zaciągnięcie kredytu, by wpłacić do budżetu gminy tytułem zwrotu wszystkie pieniądze, które pobrał za „jazdy lokalne”. Przypomnę, że przewodniczący w swojej łaskawości pozwalał sobie wypłacać ok. 300 zł miesięcznie z tytułu ryczałtu za używanie prywatnego samochodu w celach służbowych. Okazało się jednak, że pobieranie tego ryczałtu nie znajdowało żadnego oparcia w prawie i na skutek mojej interwencji korytko warte ok. 300 zł zostało odsunięte od wiadomej części ciała przewodniczącego.

Podobno mój najserdeczniejszy i oddany kolega, który trzyma moją fotografię na nocnym stoliku, radny powiatowy Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki jest bardzo szczęśliwy z okazji zbliżającej się wiosny i w związku z tym z perspektywą zazielenienia się łąk. Podobno radny, wielki zwolennik ekologiczne życia, zamierza się na tych łąkach pasać. Życzę smacznego. Ciekawe co udoi dojarka?

Dowiedziałem się również, że radny gminny Bronisław Barna zwany w kręgach przyjaciół „Bronisław bardzo Be”, łamacz damskich serc, Casanova z ulicy Słowackiego, człowiek o zabójczej aparycji, chadzający w wytwornej odzieży zamierza sprzedać swój pojazd, którym dokonał wielu podbojów miłosnych. Wiadomo, że auto nie było bite (przynajmniej w Polsce), pierwszy właściciel (przynajmniej w Polsce), oryginalny przebieg (przynajmniej w Polsce). Auto mało jeżdżone, pan Bronisław wsiadał za kierownicę, aby posłuchać tylko muzyki. Teraz rady Barna rzekomo marzy o zakupie karocy, by wozić nią przyszłą carycę Irenę I Czernińską.

Siedzący przy stoliku w „Magnolii” emerytowani pracownicy górowskie cukrowni ze łzami w oczach wspominali kierownika placu buraczanego Ryszarda Borawskiego, który obecnie pełni funkcję – niestety – radnego. Emeryci przypominali sobie liczne zasługi kierownika placu buraczanego, który na przykład potrafił z buraków, bez ich wcześniejszego przerobu, wycisnąć cukier w kostkach, a z kija od nieodłącznej miotły wydoić mleczka do kawy.

Zebrani wyrazili też zdziwienie, że nie widują też na ulicach miasta przemiłego i serdecznego doktora Zygmunta Icieka. Rozmówcy obawiali się, że wraz z zamknięciem szpitala doktor Zygmunt Iciek został bezrobotnym. Wspominali pochwały, jakimi darzyły i darzą do dnia dzisiejszego ich małżonki. Co niektórzy z dumą twierdzą, że ich synowi są łudząco podobni do doktora Zygmusia (jak pieszczotliwie o nim mówili) i nie wnoszą o to pretensji, bo nie chcieliby by podobne były do przewodniczącego rady miejskiej.


Towarzystwo też dość radykalnie wypowiadało się o powtórnym przyjęciu w poczet gminnej rodzinki urzędniczej Radosława Stolarczyka, który jak wiem po dziurki w nosie miał psiej służby w Straży Miejskiej. Nawet jeśli była to suto opłacana funkcja komendanta. Sączący drinki rozważali przydatność byłego komendanta na nowym stanowisku pracy pracownika odpowiedzialnego za utrzymanie dróg gminnych. Zastanawiano się czy nowo-stary dworzanin przyszłej carycy Ireny I Czernińskiej ma odpowiedni zasób wiedzy na temat dróg gminnych. Po krótkiej dyskusji wszyscy orzekli, że i owszem, bo – tu cytat: „bo wracając niejednokrotnie z imprezy musiał nadłożyć drogi ze względu na ich zły stan nawierzchni”. Dla mnie to wystarczająca rekomendacja. 

środa, 9 marca 2016

W poszukiwaniu prawdy

Pismo tej treści wystosowałam dzisiaj do przewodniczącego komisji rewizyjnej Rady Powiatu. Ludziska głośno mówią i strasznie k... na zamknięty szpital. Opinia publiczna twierdzi, że sprzedaż szpitala i jego zamknięcie są niejasne. Tak więc rzecz cała trzeba wyjaśnić. Ostrzegam jednak, by rewelacji po komisji rewizyjnej nie oczekiwać

Drogowskaz wstydu

Otrzymałem maila od Czytelnika o takiej oto  treści:






Do maila dołączono też zdjęcie.

Szanowny Panie,
cieszę się niezmiernie  z faktu, iż nie do mnie kieruje Pan pytanie o zaprzestaniu mówienia i chwalenia się bez podstaw, że oto Góra, miasto powiatowe, "Góra miasto z perspektywą" - jak meldowała to nielicznym Czytelnikom nadworna gazeta zwana na wyrost "Przeglądem Górowskim", nie ma szpitala. Jest to rzeczywiście powód do zadumy i wstydu dla górowian, ze dopuścili do oddania za bezcen szpitala w obce ręce.

Pamiętać jednak należy, kto doprowadził do sprzedaży szpitala za marne grosze. A doprowadził do tego platformerski starosta i jego kumple z tej sitwy, przy milczącej aprobacie burmistrz Ireny Krzyszkiewicz oraz bezwolnych radnych miejskich kadencji 2010 - 2014.

Autorowi maila serdeczni dziękuję.

wtorek, 8 marca 2016

Skończmy z pozorami

Cwaniactwo nie jedno ma imię. W polityce cwaniactwo jest podobno bardzo cenione i mistrzowi cwaniactwa zachodzą bardzo daleko. Na naszym zadupiu, prowincji w końcu, trudno na co dzień o przykłady cwaniactwa.

Toteż z największą przyjemnością przeczytałem tekst na stronie internetowej „elki” dotyczący podwyżek cen za wodę i ścieki. To znaczy podwyżka nie jest zbyt przyjemną rzeczą dla kogoś komu się nie przelewa. Osobnik taki wykazuje w obliczu wydzierania mu z chudego portfela pewną nerwowość przechodzącą w poirytowane, które często zamieniana się we wściekłość. I w efekcie tego leją się później żale w Internecie.

Dla niewielu osobników podwyżka wisi. Najczęściej są to osobnicy dobrze sytuowani, którym podwyżka dziury w pugilaresie nie wyrwie. I tak np, nasza ukochana szefowa gminy, Słońca Góry, aby upływ czasu nie przysporzył jej zmarszczek a biodra nie nabrały nazbyt rubensowskich kształtów, takiej podwyżki nawet nie zauważy. Ma wypasioną pensję.

Ta dobra pod każdym względem kobieta, słynąca z samarytanizmu kobieta, skromna, walczyła z podwyżkami wody i ścieków czego liczni komentatorzy złorzeczący niewątpliwej następczyni św. Teresy z Kalkuty, nie wzięli pod uwagę komentując jej wypowiedzi dotyczące podwyżek w sposób wysoce niezasadny.

To nie szczęście nasze powszechne, czyli burmistrz Irena Krzyszkiewicz, chciała podwyżek. Domagał się ich prezes „Tekomu”, którego nazwisko nie pada w wypowiedzi naszej władczyni samorządowej. Proszę zważyć, że negocjacje w sprawie czterech podwyżek trwały aż dwa dni! Tak długo nie trwały nawet negocjacje w sprawie tak kluczowej, jak kolejne podwyżki dla naszego powszechnego szczęścia. Przy uchwalaniu kolejnych podwyżek odbywało się to błyskawicznie i bez zbędnych ceregieli ze strony radnych, jak też samej pani burmistrz, która z powodu jakoś nie cierpiała na wyrzuty sumienia i brała podwyżki bez zbędnych ceregieli.

A tu proszę aż dwa dni walczyła z prezesem „Tekomu” o skalę podwyżek. Dodać należy, że prezes ów podlega naszemu Słońcu Góry, gdyż to jej blaski znamienity i porażający, powołuje i odwołuje prezesa. „Tekom” jest bowiem spółką gminną. Tak więc widzą Państwo, jaką ciężką walkę stoczyła nasza nadzwyczajnie uzdolniona burmistrz. I to z własnym pracownikiem. Którego imienia i nazwiska w wypowiedziach dla „elki” nasza prawdomówna szefowa gminy nie wypowiada. Idą śladami tej, bez której nie wiem, jak nam żyć przyjdzie, ja również wzdragam się podać dane personalne tego czarnego niewdzięcznika.

Proszę zauważyć też jaka to była bitwa!

Czarny niewdzięcznik chciał, by metr sześcienny wody kosztował aż 3,94 zł! Jest to skandal niebywały! Czernińska amazonka dzielnie odparła nikczemną propozycję Czarnego Niewdzięcznika i wytargował (od podległego jej pracownika) stawką 3,85 zł za metr sześcienny. Jak opisać wzruszenie, które przeżywałem, gdy czytałem wyznania naszej niewzruszonej bojowniczki o jak najniższe opłaty za wodę. Szlochałem rzewnie, łzy me niczym ziarna niezwykle dojrzałego grochu padały nieustannie na takie oto zdanie wypowiedziane przez naszą anielskość: „Do tego interesu spółka musi niestety dokładać.”

Mój Boże! Pomimo podwyżek nadal spółka będzie musiała dokładać. Ale ile dokłada spółka cudowna pani burmistrz już nam nie powiedziała. Jakoś tak oszczędnie gospodarowała cyframi. A czasami bywa taka szczegółowa! W uzasadnieniu do uchwały też nie ma cyfry, która cokolwiek by na temat wysokości mówiła.

Trzy kolejne propozycje podwyżek nasza dzielna obrończyni naszych pustawych portfeli, gdyż nie każdy jest na samorządowej wypasionej pensji, również ograniczyła i Czarny Niewdzięcznik musiał obejść się niespełnionym apetytem i niezaspokojonym w bieżącym roku głodem.

Czytając opinie na portalu „elki” jest mi mocno żal, że tak wielu nas nie dostrzega ogromnej dobroci miłościwie nam panującej pani burmistrz, której dni niech upływają w oszałamiającym rytmie latynoskiej samby, której czynne uprawianie zapobiega zmarszczkom i rubensowskim kształtom.

W artykule możemy też przeczytać, że : „Radni przegłosowali uchwałę dotyczącą tych zmian, choć ich stanowisko było formalnością.” Powiedziałbym więcej: nie tylko przegłosowanie uchwały było formalnością, bo znaczna część radnych jest nimi tylko formalnie. Tak sobie radnych wychowała nasza pani burmistrz, która przed objęciem po raz pierwszy funkcji burmistrza, była emerytowaną nauczycielką. Potrafi sobie pani nauczycielka dziatki wychować. Chociaż trochę mnie to dziwi, bo niektórzy radni, plotą trzy po trzy albo milczą jakby nie  łapali o co chodzi. Ręce podnoszą karnie wszyscy. I to za wszystkim.

Można śmiało rzec, że w naszej gminie o wszystkim decyduje pani burmistrz oraz Rada Miejska, która zawsze jest za tym, za czym jest nasza ukochana pani burmistrz. Nigdy nie jest odwrotnie. Musimy zapamiętać, że pani burmistrz jest gwarantem naszej wszelkiej pomyślności w życiu zawodowym, osobistym, naukowym, pożyciu małżeńskim i poza małżeńskim, pomyślności w zbiorach i udoju, wydajności z hektara, gwarantem kolejnych podwyżek, podobno też posiada właściwości lecznicze. Podobno rozmowa z nią likwiduje najbardziej uporczywe i długotrwałe zaparcia.

W tej sytuacji zastanawiam czy nie skończyć z fikcją demokracji w naszej gminie, która to demokracja ma charakter fasadowy. Zatrudnić cwanych prawników, by ci znaleźli taką lukę w prawie, która pozwoliłaby w naszej gminie zaprowadzić monarchię. W roli dożywotniej np. carycy obsadziłoby się nasza najukochańszą i godną korony burmistrz Irenę Krzyszkiewicz. Przecież tej kobiecie to się najzwyczajniej należy. Nieodzowną dla każdej monarchii instytucję już mamy: dwór bezkrytycznych pochlebców.


piątek, 26 lutego 2016

Patologia

Śmiało można rzec, że rozpoczął się zmierzch powiatu górowskiego. Wczoraj tj. 25 lutego odbyło się posiedzenie Komisji Budżetu, Finansów i Gospodarki, które związane było z uchwałą Regionalnej Izby Obrachunkowej we Wrocławiu podjętą 3 lutego br.

Kolegium RIO zauważyło, że: „W uchwale Rady Powiatu Górowskiego (…) w sprawie budżetu powiatu górowskiego na 2016 rok wskazuje się istotne naruszenie art. 243 ustawy (…) o finansach publicznych wobec niezrealizowania uchwalonego programu postępowania naprawczego, a w związku z tym utraty prawa do uchwalenia budżetu z naruszeniem relacji określonej tym przepisem.
RIO nakazało też, by owo naruszenie nieprawidłowości nastąpiło do dnia 26 lutego br.

Podczas posiedzenia Komisji Budżetu, Finansów, któremu to gremium przewodniczy znakomity i pracowity niczym szatan radny oraz mój szczery i oddany jak zawsze (jak mniemam) przyjaciel Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki, radni dyskutowali właśnie o tej sprawie.

Nieszczęście powiatu, czyli starosta Piotr „Cielęcina” Wołowicz poinformował radnych, że Zarząd Powiatu 22 lutego podjął decyzję o całkowitej i bezwarunkowej kapitulacji w obliczu żądań RIO. Innymi słowy członkowie Zarządu postanowili, że sami nie dadzą rady usunąć nieprawidłowości i poprosili o to RIO.

Wytłumaczenie powyżej zacytowanego zdania znajdujemy w Uzasadnieniu uchwały RIO:

(…) tylko w okresie realizacji pozytywnie zaopiniowanego programu postępowania naprawczego możliwe jest uchwalenie relacji, o której mowa w art. 243 ustęp 1 ustawy o finansach publicznych. Program postępowania naprawczego z dnia 29 stycznia 2015 r. nie był przez powiat realizowany (brak spłat dotyczących przedsięwzięcia Restrukturyzacja zadłużenia własnego powiatu). W związku z powyższym budżet uchwalony na 2016 rok powinien spełnić relację określoną w art. 243 uat.1 u. f. p.”

W uzasadnieniu RIO czytamy:

Obliczona w oparciu ww. wielkości relacja spłat kredytów oraz odsetek od kredytów do dochodów ogółem (…) wynosi 1,76% przy dopuszczalnym poziomie 1,46% (…).

Najprościej historia wygląda tak. RIO zauważyło, że zapisy w Wieloletniej Prognozie Finansowej dla naszego powiatu nie pokrywają się z zapisami przyjętego na żądanie tegoż RIO programu postępowania naprawczego. I tak np. odszkodowane za śmietnisko miało być spłacane z rat wpływających na konto starostwa z tytuł tzw. sprzedaży szpitala. Jak jednak dowiodło życie nabywca szpitala wcale nie zamierza spłacać żadnych rat, bo w międzyczasie nabywca ogłosił klapę na całej linii.

Jest jednak światełko nadziei, że pieniądze za szpital wpłyną jednak na konto starostwa. Podobno trójka radnych, która głosowała za sprzedażą szpitala, i obecnie nadal zasiada w Radzie Powiatu chce zastawić własne dobra (domy, samochody, precjoza), by wziąć kredyt w jakimś banku i wpłacić go na konto starostwa tytułem choćby częściowego pokrycia niczym niepowetowanej straty jakiej się dopuścili. Radni ci, to: Marek „Bananowy Uśmiech „Biernacki”, Paweł „Misiu” Niedźwiedź, Piotr „Cielęcina” Wołowicz. Mówi się, że cała trójka traktuje tę sprawę honorowo. Nie chcą przejść do historii powiatu jako jego grabarze. Trzeba jednak przyznać, że chyba są poza konkurencją.

Wróćmy do uchwały RIO, które dało starostwu czas, by sporządziło ono praktycznie nowy budżet, który spełni wymogi określone w art. 243 u. f. p. Podczas posiedzenia komisji starosta Piotr „Cielęcina” Wołowicz poinformował osobiście mnie i radnych, że przepracowanie budżetu do relacji pomiędzy wysokością spłat rat kredytów oraz odsetek od kredytów do wysokości dochodów ogółem do współczynnik 1,46 jest dla obecnego Zarządu Powiatu niemożliwe. Wobec powyższego taki poprawiony budżet, by spełniał on sławny art. 243 u. f. p. przygotuje nam RIO.

Pamiętam, radny Jan Przybylski odkąd jest radnym dopominał się o realizację przyjętego przez powiat programu naprawczego, ale rządzący ignorowali jego uwagi. Przy okazji uwag radnego Jana Przybylskiego  na temat bezrządu, jakim stało i stoi starostwo, jego uwag o pracy na jałowym biegu Zarządu Powiatu, nawet wręcz o jego nieróbstwie, wychodzi dzisiaj, że radny Jan Przybylski miał rację. Wyszło na jego i jakoś wczoraj nie triumfował z powodu łatwo odniesionego zwycięstwa.  A mógł. Mógł, ale ich oszczędził, bo to żadni przeciwnicy dla niego.

Jednego tylko wybaczyć radnemu Janowi Przybylskiemu nie mogę. A mianowicie tego, że zachęcał starostę i wicestarostę do pracy. Praktyka i doświadczenie wybitnie wskazują, iż jakakolwiek aktywność obu kandydatów na grabarzy powiatu źle się kończy. Aktywni byli przy sprzedaży szpitala i nic dobrego dla nas z tego nie wynikło, jak wszyscy wiedzą. Realizowali też program naprawczy powiatu i skończyło się to pozbawieniem samorządu powiatowego władzy nad konstrukcją budżetu.

Tak, że starosta i wicestarosta mają pensje na tym samym poziomie a roboty znacznie mniej. To patologia i nic ponadto.

Nienormalna

W ubiegłym tygodniu górowski samorząd szczebla gminnego zafundował sobie sesję. Sesję ową na żądanie burmistrz Ireny Krzyszkiewicz obwieścił radnym, i nikomu poza nimi, przewodniczący Rady Miejskiej -  Jerzy "Chochoł" Kubicki.

O zwołaniu sesji próżno było jednak szukać informacji na internetowej stronie naszej gminy. Nie raczono poinformować płatników podatków, z których opłacani są zarówno radni, jak i szanowna burmistrz, i wyborców w jednej osobie o tym, że 17 lutego 2016 r. w sali nr 110 UMiG odbędzie się sesja, której rozpoczęcie wyznaczono na godz. 1430.

Do wyborów samorządowych jeszcze tyle czasu, po ch … fatygować ludzi na sesję?! Można wyjść i z takiego założenia, ale prawo mówi swoje. A prawo czyli ustawa o samorządzie gminnym art. 37a, 11b mówi, że informację o zwołaniu sesji nadzwyczajnej należy podać również do wiadomości mieszkańców sesji a ci mają niezbywalne prawo do uczestniczenia w sesji.

W tym przypadku pani burmistrz i przewodniczący Rady Miejskiej w czterech literkach mieli prawo i mieszkańców gminy. Najwyraźniej po równo. Wszak do wyborów samorządowych jeszcze kilka hektarów czasu. Wyborcy zapomną, bo pamięć krótką mają. I znowu radnymi zostaną klakierzy pani burmistrz i ludzie nie mający bladego pojęcia czego najdoskonalszym przykładem jest przewodniczący Rady Miejskiej Jerzy „Chochoł” Kubicki.

Trzeba wstydu nie mieć i szacunku dla mieszkańców gminy, by nie dać im szansy na uczestniczenie w obradach. Taka tajna sesja niezgodna jest nie tylko z przywoływaną już wcześniej ustawą o samorządzie gminnym, ale też z Konstytucją RP, art. 4 ust. 2 oraz art. 61.

Proszę mi powiedzieć, jak przewodniczącym Rady Miejskiej może być człowiek, który ma w dupie prawo? Wyjaśnienie tej sytuacji przekracza moje możliwości intelektualne. Po pijanemu jakoś bym ten problem rozgryzł, ale po trzeźwemu tematu nie ogarniam. Zresztą zauważyłem, że będąc od dłuższego czasu w przeraźliwej i godnej najwyższego współczucia trzeźwości, zaczyna mi się w naszym mieście coraz więcej nie podobać. Ale o tym kiedy indziej.

Powróćmy jednak do sesji. Na obrady przybyło 18 z 21 radnych. Nie było zwyczajowego hejnału, o który dopominali się radni Wacław Grzebieluch i Jerzy Maćkowski. Padł pomysł, by przewodniczący Rady Miejskiej go zanucił, ale okazało się na szczęście żartem. Później poleciło jak zwykle. Prawie jak zwykle.

Zabrała głos burmistrz Irena Krzyszkiewicz, która poinformowała radnych o powodach zwołania sesji nadzwyczajnej. Chodziło o przyjęcie zmian w budżecie, które poległy na wpisaniu do niego bezzwrotnej dotacji jaką nasza gmina otrzymała z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska kwoty 107.650 zł. Dotacja ta ma być przeznaczona na założenie instalacji świetlnej w rejonie dróg Wrocławska - Cicha. Do realizacji tego przedsięwzięcia nasza gmina dodatkowo zaciągnie pożyczkę również w kwocie 107.650 zł, która również przeznaczona zostanie na instalację oświetlenia tym w rejonie ulic. Pożyczkę spłacona zostanie w 2016 r. z dochodów gminy. Oprocentowania pożyczki wyniesie ok. 3% w skali roku.

Radni zostali poinformowani również o innych sprawach I tak przebudowa drogi na Armii Polskiej kosztować ma gminę 849 tys. zł. W końcu mieszkańcy Starej Góry doczekają się drogi wewnątrz wsi, o którą dobijali się od tylu lat u samorządowych władz. Przebudowa tej drogi ma kosztować 105.700 zł. Za 360 tys. wybudowany zostania parking na Jagiellonów. Koszt drogi stanowiącej łącznik pomiędzy Os. K. Wielkiego a Os. Mieszka I ma zamknąć się kwotą 1.064.500 zł. W tym roku wydane zostanie 54.500 zł na opracowanie dokumentacji projektowej.

Inna ciekawa rzecz ma się z internatem, który nasza gmina przejęła od powiatu. Jak wiadomo powiat jest bankrutem. Internat był wystawiany na sprzedaż, ale na szczęście dla górowian nie znalazł się nikt kto wyraziłby nieodpartą niczym ochotę jego nabycia. Koniec końców przekazany został nieodpłatnie gminie. Mając na uwadze finansowe bankructwo powiatu można się temu dziwić. Ale mając w pamięci fakt sprezentowania się naszego szpitala obcym cieszyć należy się, że chociaż to dobro materialne pozostało w naszych rękach.

Burmistrz Irena Krzyszkiewicz zapowiedziała, że w byłym internacie planuje się zorganizowanie mieszkań chronionych. W roku 2016 planuje się pozyskać środki na dofinansowanie tego zamiaru a realizacja ma nastąpić w latach 2017/18.

Miejmy nadzieję, że nie skończy się to na pięknych opowieściach. Pamiętam, że jak budowano 12 mieszkań socjalnych to mowa była o budowie w kolejnym roku następnych 12 i w kolejnym dalszych 12. A ile ich wybudowano? 12! A podobno dokumentację wykonano dla 36. Tak, ze w tym miejscu pożyjemy i zobaczymy. W tym przypadku dmuchać będziemy na zimno. Tym bardziej, że mówiąc o staraniach o dofinansowanie burmistrz dużo mówiła też o braku tych środków w sejmiku dolnośląskim. Wyglądało na to, że się ubezpiecza na wypadek gdyby coś nie wypaliło w tym temacie.

Dużo mówiła burmistrz Irena Krzyszkiewicz. A jak się dużo mówi, to można stracić chwilowo ciągłość oddechu. Następuje wówczas tzw. Zapowietrzenie, którego efektem jest przerwa w tzw. Trajlowaniu. Ten defekt dopadł również szefową gminy. Wykorzystał to radny Adam Chmiel, który zadał pytanie: „Pani burmistrz po co my tu siedzimy? Na internetowej stronie gminy właśnie ukazała się informacja, że sesja się skończyła!”

A sesja proszę Państwa trwała w najlepsze! Godzina Była godzina 15 11 .Myślałem, że skręcę w korkociąg się ze śmiechu. Niektórzy radni też nie kryli uciechy. Bardziej bojaźliwi udawali, że nie wiedzą o co chodzi, ale też jednoznacznie się uśmiechali.

A wytłumaczenie sprawy było prozaiczne i wprost banalne. Pracownik gminy obsługujący tajną sesję był po prostu obyty z samorządem gminnym. Wiedział z wieloletniego doświadczenia, że tego typu sesje trwają maksymalnie pól godziny. Nie wziął jednak pod uwagę gadatliwości pani burmistrz, które akurat tego popołudnia chciała sobie pogadać oraz faktu, że radny Wacław Grzebieluch będzie miał pytania.

I w ten sposób sesja uległa znaczącemu przedłużeniu czego nie mógł przewidzieć pracownik samorządu przyzwyczajony do rutyny naszych radnych, z których wielu nimi być nie powinno. I tak naprawdę to wina za tę wpadkę ciąży na radnych, którzy swoją uniżonością wobec pani burmistrz spowodowali, że za wyjątkiem wystąpień szefowej gminy i kilku radnych, sesje są nieciekawe jak oni sami.

Reakcja pani burmistrz na uwagę radnego Adama Chmiela też zasługuje na uwagę. Radny dostał porządne joby za ujawnienie fasadowości samorządu gminnego i jego podporządkowania woli szefowej gminy. Wystąpienie pani burmistrz było wysoce niesmaczne i wzbudziła moje najgłębsze zażenowanie. Jak możną opieprzać radnego za wyjawienie prawdy? Ponownie stwierdzam, że ja tego na trzeźwo nie pojmę. Do potępieńczych słów pani burmistrz dołączył też radny Jerzy „Chochoł” Kubicki, który stwierdził, że: Internet nie jest prawem”. Odezwała się akurat ten co na prawie samorządowym zna się tak doskonale, jak małpa na smaku kubańskich cygar
.
Bardzo mi się spodobało stwierdzenie pani burmistrz¸ niektórzy radni podczas sesji chcą niektórzy radni podczas sesji chcą tylko podnieść rękę i wyjść. Zaiste! Jakaż odkrywcza myśl! Tyle tylko, że najczęściej dotyczy to radnych, którzy całkowicie i bezkrytycznie oddani są szefowej gminy, przypisując jej nadzwyczajne zdolności, o których posiadaniu nawet biedaczka nie wie. Na szczęście dla nas.

Inna ważna informacja przekazana przez panią burmistrz dotyczyła naboru sześciolatków do pierwszej klasy szkoły podstawowej w związku ze zmianami w ustawie o oświacie. I tak np. w Czerninie do pierwszej klasy od 1 września pójdą wszystkie sześciolatki. Brawo! W Glince sytuacja nie przedstawia się tak różowo jak w Czerninie i tam do pierwszej klasy ma pójść czworo sześciolatków. W Witoszycach 7 do 8 sześciolatków. Jak więc widać wesoło nie jest. Jeżeli ziści się czarny scenariusz, to gmina straci ok 1,5 mln zł. Warto bowiem wiedzieć, że dotacja na sześcioletniego przedszkolaka jaką gmina otrzymuje wynosi 1320 zł i jest czterokrotnie niższa od dotacji przysługującej na sześcioletniego ucznia.

O głos poprosił radny Wacław Grzebieluch, który po raz kolejny pytał o los granitowych krawężników, które demontowane są podczas przebudów górowskich ulic zastępowane są betonową tandetą. Burmistrz zapewniła wysoce zaniepokojonego radnego, że krawężniki ze szlachetnego granitu są pod dozorem „Tekomu” i nic im złego nie grozi. Gdy jest potrzeba, stwierdziła burmistrz, granity te są wykorzystywane.

Radnego Wacława Grzebielucha interesowała kolorystyka kładzionej kostki. Pytał czy koniecznie kostka musi być w barwie szarej. Burmistrz stwierdziła, że są pewne wymogi konserwatorskie, które musimy wypełnić. Jeżeli jest możliwość to dokłada się jeszcze kostki o barwie grafitowej i, jak stwierdziła szefowa gminy połączenie szarości i grafit jest eleganckie.
Nadzwyczajna tajna sesja dobiegła końca. Część radnych z wyraźną ulgą i niepospolitą ochotą poderwała naznaczone nagniotkami pośladki z umęczonych krzeseł. Wielu nieszczęśników musiało jednak nadal cierpieć katusze, gdyż poproszono ich o pozostanie na sali z bliżej nieznanych mi powodów.


I jeszcze taka oto ciekawostka. Wg Wieloletniej Prognozy Finansowej dla naszej gminy zadłużenie naszej gminy na koniec 2016 r. ma wynosić 31. 053.277,22 zł.

środa, 17 lutego 2016

Na straży prawa

Przyznam się Państwu, że pisanie na trzeźwo jest ogromną mordęgą. Na takie katusze i wyrzeczenia skazali mnie lekarze. Ale pisać trzeba. Dziś otrzymaliśmy, ja i Pani burmistrz (ta ostatnia za moim pośrednictwem, tzn. bloga), film przedstawiający jazdę nowego auta górowskiej Straży Miejskiej w cenie ponad 50 tysięcy złotych z silnikiem diesla. Ten samochód zakupiono dzięki hojności podatników, którzy dniami i nocami nie marzą o niczym innym niż o wykładaniu kasy na Straż Miejską.

W ten sposób Pani burmistrz ziściła marzenia przygniatającej większości podatników z naszej gminy, którzy bardzo jej w tym miejscu dziękują. Korzystając z okazji, że od 107 dni jestem trzeźwy, "co mnie osobiście ubliża", prezentuję Państwu wdzięczność  strażników miejskich i ich uczelnie na przestrzeganie przepisów ruchu drogowego.

Nadesłany przez zawiedzionego postawą strażników podatnika przedstawia sytuację z godziny 13.40 dnia wczorajszego na trasie Glinka - Sławęcice, po której to trasie poruszał się świeżo upieczony przez Irenę Krzyszkiewicz na komisyjnym pseudo-grillu radny powiatowy i strażnik miejski w jednej osobie - jego dostojność Sir Andrzej Wałęga. Należy dodać, że burmistrz Irena Krzyszkiewicz ma zaszczyt pochodzić z tej samej miejscowości co Sir Andrzej Wałęga tj. z Czerniny Dolnej, gdzie jak wieść gminna niesie ptaki zawracają w popłochu sądząc, że to koniec świata.

Poniższy film, ja i burmistrz Irena Krzszkiewicz, "w ramach jawności i transparentności działania" urzędników Urzędu Miasta i Gminy prezentujemy publice i ku przestrodze. I nauce.

video

Należy dodać, że na tej trasie obowiązuje ograniczenie do 40 km/h. Dopuszcza się też taką możliwość, że Sir Andrzej Wałęga kierując hojnym darem podatników oszczędzał paliwo i do miejscowości Sławęcice wtoczył się jadąc z górki na jałowym biegu. Świadczyć o tym może znaleziona wkrótce później podeszwa z buta, co wskazywałoby na to, że próbował hamować, a hamulce nie były do końca sprawne. To tylko domniemanie.  Równie dobrze podeszwę mógł zgubić Jerzy "Chochoł" Kubicki podczas pieszego obchodu lokalnego naszej gminy, bo od czasu ujawnienia przeze mnie, że na tzw. "krzywy ryj" pobierał z kasy gminy ok. 300 zł miesięcznie na paliwo do prywatnego samochodu, co było niezgodne z literą prawa (jak lubi mawiać I. Krzyszkiewicz), musi gminę obchodzić pieszo.

Kończąc już trzeba powiedzieć, że Pani burmistrz jako stare i zasłużone ciało pedagogiczne (cytat z Gombrowicza) w dniu dzisiejszym zapewne zastosuje starą pedagogiczną metodę pełną humanitaryzmu i naderwie prawe oraz lewe ucho Sir Andrzejowi Wałędze i wpisze mu do dzienniczka ucznia z jej nadwornego obozu politycznego uwagę, którą w domu będą musieli podpisać rodzice. Ewentualnie usprawiedliwienie może wypisać radny Marek "Bananowy Uśmiech" Biernacki, który ma ten szatański dar, że częstując cię gorącą smołą wciśnie ci, że to czekolada.

Podsumowując. Potrzebne są pewne roszady personale. Sir Andrzej Wałęga na sołtysa Czerniny Dolnej, Pani burmistrz do Straży Miejskiej a "Bananowy Uśmiech" na burmistrza, co będzie spełnieniem jego skrytych marzeń, których niezrealizowanie spowoduje u niego świra. No, to popisaliśmy sobie. A teraz patataj, patataj i do Magnolii!

środa, 27 stycznia 2016

Miłośnik trudnej prawdy

Od 1995 r. odbywają się konkursy na najlepszą pracę magisterską na temat ziemi górowskiej. W tym roku na konkurs wpłynęły trzy prace, nad treścią których pochylili się członkowie Komisji Kultury, Oświaty i Spraw Socjalnych, pod przewodnictwem radnego Mariusza Dziewica, nauczyciela tutejszego LO w stanie agonii.

Swoje magisterskie „krwawice” zgłosili:
  1. Angelika Kłosak z pracą zatytułowaną „Wpływ Europejskiego Funduszu Rolnego na Rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich w gminie Góra w latach 2007 – 2014.
  2. Joanna Obiegła zgłosiła pracę: „Współczesne zagrożenia uzależnieniami od narkotyków oraz ich profilaktyka na terenie szkół gminy Góra”.
  3.  Kamil Kutny pod ocenę wystawił pracę pod tytułem „Solidarność na Ziemi Górowskiej”.
 By zaspokoić Państwa ciekawość informuję Państwa, że tegorocznym laureatem w konkursie na najlepszą pracę magisterską została Angelina Kłosak (a nie Angelika jak to mylnie podano na stronie gminy). Gorące gratulacje.

Na uwagę zasługuje praca Kamila Kutnego, która wzbudziła liczne kontrowersje wśród członków komisji. Rzecz bowiem dotyczy "Solidarności", która działała na naszym terenie  w latach 1980 - 1981. Niektórzy z radnych byli oburzeni zbyt duża dociekliwością autora. Uważali, że o pewnych sprawach nie wolno pisać, szczególnie gdy autor jest człowiekiem stosunkowo młodym. Takim ludziom – wg nich - wara od wnikania w szczegóły historii. Radni ci najwyraźniej nie cenią sobie prawdy historycznej, jedynie kierują się własnymi wyobrażeniami na temat przeszłości i błądzą na manowcach. A przecież tylko prawda jest ciekawa!


Poniżej prezentuję Państwu fragment tej niezwykle ambitnej i ciekawej pracy. Czynię to za zgodą pana Kamila Kutnego. Pragnę nadmienić, że praca ta oparta jest na solidnej i żmudnej kwerendzie archiwalnej, co wymagało bardzo dużo czasu i wiele pracy. 


PUP w konspiracji

Oto komentarz Czytelnika dotyczący "naboru na wolne stanowisko pracy". Jak widać coś w tym jest, że aż tak wielu mieszkańców naszego miasta wprost mówi o ustawianiu konkursów pod konkretne nazwiska. Czyżby nasz UMiG był cichą konkurencją dla Powiatowego Urzędu Pracy? Ciekawe kto stoi na czele gminnego konspiracyjnego PUP - u?


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Społeczne przekonanie

Poniżej treść skargi, którą złożył jeden z obywateli naszego miasta. Jest demokracja i ma on prawo do składania skarg, czy to się komu podoba czy też nie podoba. Ta skarga rozpatrzona została 13 stycznia br. przez radnych komisji prawa Rady Miejskiej negatywnie.

Nie wnikając w meritum sprawy po czyjej stronie w sporze jest racja, wpisuje się ona - zgodnie z powszechnie panującym w Górze przekonaniem, iż konkursy są przez gminę „ustawiane”- w to powszechne przekonanie. Taki odbiór niosą – niestety! - wyniki naborów na teoretycznie „wolne stanowisko pracy”, które w rzeczywistość jest już „zaklepane” dla znajomka. Takie w naszej gminie  panuje powszechne przekonania, z którym często nie sposób.