środa, 25 lutego 2015

Ocean Cierpliwości

Kierowany niepojętą bezczelnością zadałem sekretarzowi naszego UMiG garść pytań dotyczących problemu bezpańskich zwierząt na naszym terenie. Nasz nieoceniony sekretarz UMiG, skarb prawdziwy postarał się (solidnie!) i udzielił mi na nie odpowiedzi.

fot.gora.com.pl
Wielce Szanownemu Panu Sekretarzowi zadałem pytanie dotyczące ilości bezdomnych psów umieszczonych przez UMiG w głogowskim schronisku dla zwierząt. Szanowny Pan Sekretarz (oby dni Jego rozświetlały promienie słoneczne), w sposób wyczerpujący odpowiedział mi na postawione przez mnie pytanie. Dzięki nieskończonej łaskawości Pana Sekretarza, ja i Państwo dowiadujemy się, że w roku 2013 nasz UMiG umieścił w tymże schronisku 12 pasów a w roku 2014 – 6 psów.

W swojej bezczelności zadałem kolejne pytanie dotyczące kosztów utrzymania tychże psów oddanych do głogowskiego schroniska. Skrupulatny, dokładniejszy od kalkulatora, Sekretarz naszego UMiG również udzielił mi odpowiedzi na zadane pytanie. Okazuje się, że latach 2013 – 2014 z budżetu naszej gminy wyasygnowano łącznie 80.607,60 zł.

Kierowany nienasyconą wolą posiadania każdej wiedzy, która jest dostępna, w swojej bezgranicznej bezczelności zapytałem o karmicieli/karmicielki bezpańskich kotów na terenie naszej gminy. Dostojna i wyważona odpowiedź Pana Sekretarza wyjaśniła i ten wątek. Pan sekretarz (ocean cierpliwości i łagodności), raczył mnie, a więc i Państwa poinformować, że w 2013 r. nie mieliśmy żadnego karmiciela/karmicielki kotów, ale sytuacja zmieniła się obecnie na lepsze, bo w 2014 r. dwie osoby pełne serca i dobrej woli, zawarły z gminą umowę na dokarmianie bezdomnych kociąt.

Ponieważ wciąż dręczyła mnie gorączka pożądania wiedzy wszelakiej, posunąłem się do tego stopnia bezczelności, iż zadałem Panu Sekretarzowi, jako źródle tejże wiedzy, czwarte pytanie, które dotyczyło kosztów dokarmiania kotów. Nasz Ocean Cierpliwości (Sekretarz) wyjaśnił mi, że w 2014 r. na dokarmianie kotów nasza gmina wydała 987 zł.

Powodowany niepohamowaną ciekawością, balansując na krawędzi śmierci, zdecydowałem się na zdanie kolejnego (piątego!) pytania naszemu Oceanowi Cierpliwości. Szło mi o kwestie opieki zdrowotnej nad bezdomnymi zwierzaczkami.
Bezmiar Wyrozumiałości, tj. Pan Sekretarz Tadeusz Otto (oby ptaszęta śpiewały mu do snu i pobudki), raczył poinformować mnie, a więc i Państwa, że nasza kochana gmina udziela wsparcia ukierunkowanego na zdrowotność bezdomnych zwierząt. Osoby, które przygarnęły bezdomne zwierzęta nie płacą za wizytę czworonożnych przyjaciół u weterynarza. W latach 2013 – 2014 gmina wypłaciła za opiekę weterynaryjną łącznie 2618 zł.

Dzięki wielce łaskawej odpowiedzi Pana Sekretarza, wzorca cierpliwości, dawcy łaskawości, udało się też dowiedzieć, że w naszej gminnej ewidencji jest obecnie zarejestrowanych 1874 psów. Pan Sekretarz zastrzegł w Swojej odpowiedzi, że: „jest to przybliżona liczba, gdyż w chwili obecnej nie ma już obowiązku rejestracji psów w tut. Urzędzie.”

Z kolei z wielkim rozczarowaniem przeczytałem odpowiedź Pana Sekretarza dotyczącą ilości dziko żyjących kotów. Ocean Cierpliwości, tj. Pan Sekretarz z żalem (co widać po charakterze pisma)zawiadomił mnie, że: „Urząd nie prowadzi ewidencji wolno żyjących kotów.” Trochę mnie to zdziwiło, bo ewidencję ludności Urząd prowadzi, a przecież ludzie – podobnie jak koty – też są wolni. Trzeba będzie to zmienić, bo dlaczego ludzi się ewidencjonuje a koty nie?!

Ostoja UMiG w Górze w swojej wielkoduszności i miłosierdziu, raczyła poinformować mnie również, że: „Zgodnie z ustawą o ochronie zwierząt gminy mają obowiązek wyłapania bezpańskiego psa po zapewnieniu mu miejsca w schronisku. Jednakże w przypadku gdy koniecznej jest niezwłoczne wyłapanie zwierzęcia, a nie ma miejsca w schronisku, czynność wyłapania oraz przewiezienia psa do miejsca wskazanego przez gminę zostaje zlecona podmiotowi prowadzącemu działalność w tym zakresie.” Dzięki Oceanowi Cierpliwości dowiadujemy się, że: „Bezpańskie zwierzęta od momentu zwolnienia się miejsca w schronisku bądź zgłoszenia się nowego opiekuna, przebywają w miejscu wyznaczonym przez gminę.” Szło mi o miejsce za naszym UMiG, skąd tak często –m zbyt często! - dobiega rozpaczliwy skowyt psów.

Pan Sekretarz przyniósł też „dobrą nowinę.” Okazało się bowiem, że na 24 bezpańskie psy, które przetrzymywano w miejscu tymczasowego pobytu (za UMiG) w latach 2013 – 2014, aż 18 czworonogów znalazło nowych opiekunów. I to jest piękne! I to jest wewnętrznie budujące!


Oceanowi Cierpliwości, tj. Panu Sekretarzowi Tadeuszowi Otcie, bardzo dziękuję za udzielenie mi wyczerpujących odpowiedzi na skierowane przeze mnie pytania. Dobrze, że Pan nam się nie zmarnował zostając np. koalicyjnym radnym, w którymś tam rozdaniu wyświechtanych i zgranych kart. 

Dyżurny temat


Bardzo dziękuję Pani z maila. Sprawa nie jest nowa i mi nieznana. Już dużo wcześniej publikowałem zdjęcia na ten temat.

Z przykrością musze stwierdzić, iż problem ten jest nie do rozwiązania na obecnym etapie zrządzania powiatem. Wie Pani, kto jest starostą, któremu podlega ta szkoła. Wielce Czcigodna Pomyłka – Piotr Wołowicz – a jego osoba gwarantuje, że nic w tej dziedzinie nie ulegnie zmianie na lepsze. Wicestarosta – Paweł Niedźwiedź też nic nie zrobi, bo zarówno on, jaki jego szef nie bardzo wiedzą co robić. Takie są realia i z tym należy się pogodzić.

Jeżeli chodzi o nauczycieli ZS, to nie powinna mieć Pani do nich pretensji, że mają zadbane toalety, papier do bruzdy, mydło do rąk. Oni wciąż tkwią w najświętszym przekonaniu, że szkoła jest po to, by dawać im zatrudnienie as uczniowie to tylko kłopotliwa przystawka do ich pensji. Wartości i wychowawcze ZS pomijam miłosiernym milczeniem, bo jeżeli jest tak, jak Pani napisała, to nie ma w tej szkole wychowawców, czyli nauczycieli żyjących problemami swoich wychowanków. Sprawa toalet najlepiej pokazuje rzeczywistość: piękne sprawozdania, nieudolna dyrekcja i absurdalna rzeczywistość, o której się nie mówi, bo nie wypada. Jednym słowem – ogólne zakłamani i moralna zgnilizna. I żal mi uczniów, którzy chodzą do ZS, której nieudolna dyrekcja nie potrafi uporać (od lat) się z problemem toalet szkolnych, by te spełniały jakikolwiek standard.


Jedyna rada na dzisiaj. Niech rodzice sprawdzą na co idą ich pieniądze z Komitetu Rodzicielskiego. Płacą i maja do tego prawo. A jest trochę tej kasy, której sposobów wykorzystania nikt nie kontroluje i próżno szukać w sprawozdaniach w tej i wszystkich szkołach na terenie naszej gminy. Może by tak od 1 września tę kasę rodzice wpłacali, ale na określony cel. W przypadku ZS na remont toalet, papier i środki higieny. To i tak jest nadużycie, bo już płacą Państwo podatki, z których m.in. szkoła (Zespół Szkół w Górze także), otrzymują subwencję oświatową na naukę Państwa dziecka. Proszę tez pamiętać, że subwencja jest na ucznia a nie na nieudolne dyrekcje (w tym ZS w Górze). Z uczniowskiej subwencji mają pensje nauczyciele. Płacicie więc macie prawo i obowiązek wymagać. Święte krowy są W Indiach, a my jesteśmy w innym kręgu kulturowym. 

Zaproszenie


Bezpłatne porady prawne dla górowian. Nieodpłatne spotkanie z prawnikiem jutro (czwartek) w godzinach od 15 do 17 w kancelarii prawnej na rynku w Górze.

wtorek, 24 lutego 2015

Odpust zupełny



W związku z minięciem terminu odpowiedzi, której powinien pan udzielić na mocy prawa na moje pismo, pragnę pana poinformować, że w strzelistym akcie łaski przed wielkanocnej, grzech braku odpowiedzi odpuszczam panu mocą swego majestatu. Ostatnie wydarzenia związane z wejściem w posiadanie przeze mnie dokumentów dotyczących TW i agentury ubecko-esbeckiej skłaniają mnie do okazania litości wielu osobom. Rozumiejąc, że ludzie są tylko ludźmi i nie każdy z nich jest lotny (bo większość stanowią nieloty, czyli kury) mocą swego miłosierdzia odpuszczam panu grzech braku odpowiedzi. Jednocześnie intelektualnym napomnieniem ojca starszego w rozumie zwracam panu uwagę, byś pan zachowywał się na komisjach.

Komisja nie służy, by pan prezentował swój intelektualny nielot, ale po to, by wysłuchiwać pilnie opinii innych, którzy intelektualnie - co dane jest im przez Boga - górują nad panem. Proszę tu wnosić pretensji do mnie w kwestii  Pańskiego tzw. intelektu, albowiem to nie ja pana rzeźbiłem i nie z moich lędźwi się pan począł. Także drogi panie były kierowniku placowy w byłej cukrowni S.A., panie Borawski Ryszardzie, chwal pan imię moje w rama dziękczynienie za okazaną i niepojęta łaskę, której ocean zalał pana niczym buraki plac buraczany w okresie kampanii.
Udzielam panu rozgrzeszenia i trzy razy młoteczkiem pukam w pana czółko, ale wirtualnie, bo odgłos towarzyszący tym uderzeniom mógłby spowodować katastrofę akustyczną.


Proszę nie dziękować mi, albowiem wrodzona miękkość serca i znakomity stan wątroby, powodują, że pokłady mojej łaski są niewyczerpalne niczym Pańska ogólna wiedza, intelekt i doświadczenie samorządowe, którym się pan bezpodstawnie chwali. 

Nagi instynkt radnej





Droga radna Rady Miejskiej, szanowna Katarzyno, 

oglądając Twoje zdjęcia na Facebooku przeżyłem wstrząs. Jesteś dziewczyną odważną, nowoczesną kobietą, za którą Rubens oddał by życie, a nawet umieściłby Cię na płótnie o wymiarach 60 x 60 metrów, by każdy mógł delektować się poszczególną częścią Twego boskiego ciała, pieszcząc swój wzrok i swoje zmysły.

Jako radna jesteś pod względem urody, kształtów i seksapilu numerem uno w Radzie Miejskiej. Gdzie tam do Ciebie taki suchy Maniek Dziewic, który - jak zauważyłem - spogląda na Ciebie jak głodny student do lodówki, w której świeci się tylko światło. Nie wspomnę tu o takim radnym Adamie Chmielu, który - jak zauważyłem podczas jednej z komisji  - ślinił się na Twój widok, ale Ty wpatrzona w Jerzego "Chochoła" Kubickiego, nie zwróciłaś uwagi na ten ważny uczuciowy szczegół. A musisz wiedzieć droga Katarzyno, że Jerzy "Chochoł" Kubicki zawsze zza pazuchy może wyciągnąć "lizaka" i wtedy Twoje ponętne spojrzenie może przelecieć jedynie to plastykowe gówno. Kubicki Jerzy nie jest wart Twoich emocji - powiem Ci to jako człowiek, który widział nie jeden wytrysk.

Radziłbym Ci zwrócić uwagę na bardzo ponętne oblicze radnego Drozdowskiego Henryka, który jednocześnie jest sołtysem matecznika, z którego wywodzi się burmistrz mgr Irena Krzyszkiewicz. Ów Henryk godny jest zainteresowania, bo wydaje mi się, że szuka on w życiu odmiany. Oprócz tego, że chce być nadsołtysem zapewne pociągają go też kobiety o rubensowskich kształtach. Tak mniemam. Ponadto Drozdowski Henryk jako gazowy, skrzyniowy i hamulcowy w karetce daje sobie świetnie radę prowadząc to skomplikowane urządzenie po dziurawych drogach gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Nie ma takiej dziury, której Drozdowski Henryk nie ominie.

Spójrz też łaskawym swym okiem na głównodowodzącego sikawkowymi , czyli Arkadiusza Szupera. "Generał Gaśnica" jest bez wątpienia człowiekiem pociągającym dla wszystkich kobiet, których  okres dojrzewania przypadł na schyłkowe lata Gomułki. Gość jest wspaniały i doskonały w każdym calu, jak każda gaśnica wyprodukowana w tym kraju. Nie przejmuj się, że nie każda gaśnica po odkręceniu tryska pianą, bo z tego co widzę "Generał" jest pod tym względem niezawodny.

Zerknij też swym wspaniałomyślnym okiem na wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej, naszego drogie Zygmunta I. Drogi Zygmunt - jak zauważyłaś - chodzi smutny, zamyślony, oddalony od realiów samorządowych niczym Merkury od tlenu. Trzeba drogiemu Zygmuntowi, człowiekowi niezwykle sympatycznemu, podnieść poziom jego szacunku dla samego siebie. Być może, droga Katarzyno, gdybyś spojrzała na zaniedbanego emocjonalnie Zygmunta, zmieniłby się na lepsze, przestał być  ponury, zniknąłby mu z twarzy smutek, a jego uśmiech miałby 360 stopni, bo z braku włosów nie miałby się na czym zatrzymać. Drogiego Zygmunta polecam jak najbardziej. To mój faworyt numer jeden. Aaa! Zapomniałbym dodać. On wie, gdzie orgazm piszczy (przynajmniej teoretycznie). 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Na zdrowie

W najbliższy piątek odbędzie się sesja Rady Miejskiej w Górze. Podczas obrad radni będą głosowali nad podwyżkami. Podwyżki owe dotyczą: odpłatności zza zaopatrzenie mieszkańców naszej gminy w wodę i odprowadzenie ścieków. Planowane jest również głosowanie nad uchwałą mieniącą uchwałę w sprawie metody ustalenia opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi, ustalenia wysokości tej opłaty oraz stawki za pojemnik o określonej pojemności. Trzeci projekt uchwały o charakterze „podwyżkowym” dotyczy zmiany cen za parkowanie na terenie naszego miasta.

Zacznijmy od wody. Jej cena wzrośnie. Do końca marca płacą Państwo za 1 m sześcienny wody 3,79 zł netto. Nowa cena ma wynieść 3,85 zł netto (plus 8%VAT).

O tyle samo wzrośnie cena wody przemysłowej, czyli z 3,79 zł netto za 1 m sześcienny do 3,85 zł netto (plus 8% VAT).

Wzrosną też koszty odprowadzania ścieków. Do końca marca za ścieki bytowe płacili Państwo 4,47 zł/ m sześcienny netto a wg propozycji burmistrz Ireny Krzyszkiewicz będą Państwo płacili od 1.04. br. 4,94 zł netto (5,335 zł brutto).

Będzie również nowa cena ścieków przemysłowych. I tak – wg propozycji burmistrz Ireny Krzyszkiewicz ich cena ma wzrosnąć z obowiązującej obecnie kwoty 5,87 zł netto do 6,11 zł netto (brutto 6,598 zł).

Nie ulegają zmianie ceny za wody opadowe i roztopowe, która płacona jest od wielkości powierzchni utwardzonej dróg i placów. Stawka obecna wynosi netto 0,17 zł/m kwadratowy i taka ma pozostać. Opłata abonamentowa wzrośnie o 1 grosz miesięcznie i będzie wynosiła 6,96 zł netto.

Kolejne proponowane przez burmistrz Irenę Krzyszkiewicz podwyżki dotyczą nowych cen za odpady komunalne. Wykaz zmian poniżej.



Przed podwyżkami nie uchronią się również opłaty za parkowanie w płatnych strefach. Nowe stawki poniżej.




Wszystkie te podwyżki podyktowane są – rzecz jasna! – troską burmistrz Ireny Krzyszkiewicz o dalszy wzrost stopy życiowej mieszkańców naszej gminy, nieustające podnoszenie dobrobytu jej mieszkańców, lepsze samopoczucie podatników, którzy płacąc więcej czują się bardziej dowartościowani ze względu na ich domniemaną zamożność, najgłębszą troskę o standard życiowy rodzin wielodzietnych. Oczywiście, wszystko to by żyło się podatnikom lżej, bo jak wiadomo nadmiar pieniędzy powoduje niepotrzebne troski i zmartwienia. A tak wyższe podateczki się zapłaci i główka już nie będzie bolała od zastanawiania się co zrobić z kasą. Te podwyżki służą zdrowotności podatników. 

Marne widoki




Marne widoki szanowny Panie. U nas jest tak, że raczej nie należy liczyć na radnych, bo ci liczą na panią burmistrz. Na inicjatywę radnych, to Pan raczej nie licz, bo się Pan okrutnie przeliczysz. Oni w większości widza diety a nie problemu mieszkańców. Realia takie, szanowny Panie.  

Mówiąc brutalnie: jak w tym miejscu coś bardzo złego się stanie, to może ruszą wożone w samochodach dupy. Prędzej raczej to nam nie grozi. 

sobota, 21 lutego 2015

Uwag kilka


W końcu mamy przyjaznego policjanta! Ów policjant i samorządowiec (a to kurwa ciekawe!) parkuje sobie gdzie głupi umysł mu podpowie. Durne to jest - bez dwóch zdań.



Samochód, który Państwo widzicie na fotografii należy do Jerzego "Chochoła" Kubickiego, pupilka burmistrz Ireny Krzyszkiewicz, samozwańczego cenzora podczas obrad Rady Miejskiej, człowieka mało sympatycznego, którego sam widok już mnie wkurwia. Ja widząc Jerzego "Chochoła" Kubickiego już mam dość, bo rzygowiny podnoszą mi się do grdyki, a wódki żal.

Widzą Państwo zdjęcie bezczelnego policjanta, który uważa się, że jest poza prawem, ponad prawem i stanowiącym prawo. Ta szumowina zaparkowała sobie samochód pod Galerią Leszno świecąc leszczynianom po oczach rejestracją DGR. Co myślą o nas leszczynianie, jeżeli tak zwany "samorządowiec", przewodniczący Rady Miejskiej robi takie numery?

Co to na pani burmistrz Irena Krzyszkiewicz, która z takim zachwytem wpatruje się we wzrok do Jerzego "Chochoła" Kubickiego, na którym to śladzie wzroku można jajka smażyć?  Co na to komendant Komendy Powiatowej Policji w Górze?

Ciekawe są też okoliczności, w których Jerzy "Chochoł" Kubicki przestał być szefem "drogówki". Ja wiem, ale czekam na moment w którym Jerzy "Chochoł" Kubicki udostępni te tajne akta radnym gminnym, by ci wiedzieli z kim tańczą.

Np. taki Jerzy "Chochoł" Kubicki powinien sam wystawić sobie mandat za parkowanie na skwerze zieleni. Kwotę mandatu pozostawiam do uznania, ale karą dodatkową powinno być 10 pasków na gołą dupcię zadanych osobiście przez panią burmistrz (za bardzo tego nie odczuje, bo jest w koalicji, bo koalicjanta się pieści, a z tych pieszczot...).

Ciekaw jestem też kiedy pani burmistrz przestanie kochać Jerzego "Chochoła" Kubickiego, bo przecież Jerzego "Chochoła" Kubickiego można zastąpić takimi "osobistościami" jak: Bronisław Barna, Ryszard Borawski, Adam Chmiel i Mariusz Dziewic. Każda z tych kandydatur intelektualnie jest zrównana jak górowski bruk po rewitalizacji i zasługuje na najwyższe uznanie. 

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Przewodniczącym Rady Miejskiej zostaje Mariusz Dziewic, a jego godnym zastępcą Bronisław Barna. Rozpoczynają się obrady. Wytyczne przed sesją zostały wyjaśnione w gabinecie 101 ("kowalstwo ręczne" - mgr Irena Krzyszkiewicz). Z wydanymi wytycznymi obaj przewodniczący udają się do sali konferencyjnej starając się nic nie uronić z otrzymanych dyrektyw. Zaczyna się sesja. Przewodniczący Maniek, który jest tak bardzo niezależny, że próg gabinetu burmistrza przekracza z najwyższą niechęcią i tylko pięć razy w tygodniu (weekend wolny) dryguje radą. Łoj Maniek!

Oczywiście to żart, chociaż niekoniecznie, bo różne dziadostwo może nas dotknąć. Pan radny Maniek da się kupić pani Irenie pod jednym warunkiem: dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 1 w Górze podpisze umowę o pracę z jego szanowną małżonką na czas nieokreślony.

A teraz słuchaj Maniek. Piszę do Ciebie ja  - Robert Mazulewicz. Jest tak. W mojej ocenie są ludzie i kurwy . Akurat wykaz kurew z archiwum IPN mam przed sobą. I chce mi się rzygać. Czy Ty Maniek obiecywałeś wyborcom, że Twoim celem jest uzyskanie ciepłej posadki dla żony czy też praca na rzecz mieszkańców gminy? Co Ty odpierdalasz?

Kończąc ten wątek i przechodzimy do kolejnego, który ma wymiar moralny. Miałem ostatnio okazję zapoznać się z projektem uchwały likwidacji Straży Miejskiej w Górze. Projekt uchwały jest bez zarzutu. Przemawia za nim jeden decydujący argument: do Straży Miejskiej musimy dopłacać. Mamy biedne i głodne dzieci, brak zinstytucjonalizowanej opieki zdrowotnej nad dziećmi, brak żłobków, niewystarczającą ilość miejsc w przedszkolach, stawkę żywieniową 7 złotych na dziecko w przedszkolu, a utrzymanie bezpańskiego psa w schronisku kosztuje nas 17,22 zł za dobę. Tych potrzeb władze gminy niezaspakajaną. Ale zaspakajają potrzeby Straży Miejskiej w kwocie ponad 200 tysięcy złotych rocznie. A jak podkreśla pani burmistrz: tylko ekonomia się liczy. Więc tak - niech dzieci będą głodne, zaniedbane zdrowotnie, bo gmina musi łożyć na Straż Miejską.

Liczę, że Państwo jako podatnicy nie pozwolą na marnotrawienie grosza publicznego, Waszego grosza! I nie pozwolicie na kontynuowanie tej rozrzutności.  Ja wiem, że pani burmistrz zarabia tyle, że stać ją prywatnych lekarze i w ogóle niepotrzebny wiceburmistrz też zarabia tyle, że mają oni w dupie problemy zwykłego człowieka. Ich stać na prywatną wizytę u kardiologa, neurologa czy okulisty za 100 czy nawet 300 złotych. Oni będą przyjęci od ręki, bo decyduje kasa.

Kończąc ten post chciałbym Państwa uczulić na następujący problem: gminna władza uważa, że wszystko jest cacy-cacy, a tak naprawdę jest syf-syf, a gówno lepi się do butów. Jak władza taka jakość gówna.

piątek, 20 lutego 2015

Śmierdząca historia

30 sierpnia 1962 r., ok. godz. 9.00 przed budynek Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Górze zajechał samochód marki „Warszawa 200” na wrocławskich numerach rejestracyjnych. Z samochodu wysiadło dwóch niczym nie wyróżniających się, ubranych w cywilne ubrania mężczyzn. Mężczyźni po chwili zniknęli w środku budynku komendy.

Tylko kilka osób w komendzie wiedziało kim są ci dwaj mężczyźni. Jednym z nich był z całą pewnością por. Antoni Słabisz, bo wrocławscy goście przyjechali właśnie do niego. Por. Antoni Słabisz był wówczas „szychą” w powicie górowskim. Jako I zastępca KP MO miał co prawda nad sobą zwierzchnika – Komendanta Powiatowego Milicji Obywatelskiej – ale ten mógł mu „skoczyć i zatoczyć”. Powód tego stanu rzeczy był bardzo prozaiczny. Por. Antoni Słabisz był I zastępcą Komendanta Powiatowego MO ds. Służby Bezpieczeństwa.

Antoni Słabisz przybył do naszego miasta z Włoszczowej, która obecnie znajduje się w woj. świętokrzyskim. Ten wówczas 38.letni mężczyzna mając 21 lat związał się bezpieką. We Włoszczowej był w 1945 r. wartownikiem ochrony Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Gdy Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zaczęło tworzyć Grupę Operacyjną, którą zamierzano skierować na zajęty przez sowietów Dolny Śląsk, znalazł się w niej również Antoni Słabisz, który w maju 1945 r. był już funkcjonariuszem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach.

Już 24 października 1945 r. Antoni Słabisz jest pracownikiem Biura Przepustek Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Górze, który znajdował się wówczas przy ul Kościuszki (naprzeciwko przedszkola), następnie wartownikiem plutonu ochrony PUBP w naszym mieście. Młody adept bezpieki pnie się w górę. Młodszy referent operacyjny, referent, referent terenowy, starszy referent terenowy, starszy referent operacyjny. W 1955 r. w celu podniesienia kwalifikacji zawodowych zostaje słuchaczem Dwuletniej Szkoły Podwyższania Kwalifikacji Kierowników Sekcji w Szkole Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego nr 2 w Gdańsku.

Po objęciu władzy przez Władysława Gomułkę, z którym zawsze mis się kojarzy obecny starosta górowski, Antoni Słabisz awansuje na z – cę Komendanta Powiatowego MO ds. Bezpieczeństwa. Swoją błyskotliwą karierę w organach bezpieczeństwa Antoni Słabisz kończy 28.02.1970 r. kiedy to zostaje zwolniony ze służby. Ma wówczas stopień kapitana MO.

Jako esbek zajmuje się Antoni Słabisz w 1962 r. „aktywnością kleru katolickiego” na terenie naszego powiatu.

Dwaj przybyli mężczyźni nie przyjechali do esbeka Anotniego Słabisza z przyjaźni. Antoni Słabisz (w 1962 r był w stopniu podporucznika MO) mógł tylko marzyć o szarżach, które nosili wrocławscy goście.

Ppłk. Edward Jara miał wówczas 39 lat a we wrocławskiej Służbie Bezpieczeństwa był w tym czasie starszym inspektorem Inspektoratu kierownictwa SB.  Jego towarzysz tez był z górnej esbeckiej półki. Mjr mgr Władysław Kurnik od 30 dni był świeżo upieczonym Kierownikiem Grupy VI i Ia Wydziału IV KW MO we Wrocławiu. Oczywiście był esbekiem.

Por. Antoni Słabisz w towarzystwie swoich współpracowników: por. Mariana Błaszczyka (zajmował się w górowskim SB „prawicą społeczną”, „nacjonalizmem ukraińskim”, „paszportami” oraz „wyjazdami do krajów kapitalistycznych”, Kazimierzem Ruszczyńskim, który zatrudniony był w górowskiej SB w charakterze męskiej sekretarki, wyprężeni niczym struna przyjęli dostojnych gości z województwa.

Po co obaj tak wysokiej szarży esbecy przybyli do naszego miasta? Obaj „gentelmani” wątpliwej reputacji przyjechali do Góry, by dokonać przeglądu swoich kadr. Nie chodziło im jednak o etatowych pracowników SB. Panowie przyjechali dokonać weryfikacji kadr tajnych czyli swoich tajnych współpracowników działających na terenie całego powiatu górowskiego w jego ówczesnym kształcie administracyjnym.
„Październikowa odwilż” z 1956 r. przykróciła w dość dużym stopniu wszechwładzę Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. W dużym stopniu posypała się tez sieć tajnych współpracowników tej bandyckiej instytucji. Ludzie przestali się bać i nie donosili już pod wpływem strachu na innych. A bez TW nowo utworzona Służba Bezpieczeństwa była ślepa i głucha.

Początek lat 60. i zawód jaki dużej części społeczeństwa sprawiły rządy Władysława Gomułki (którego jak widzę i słyszę to zaraz przypomina mi się obecny starosta, i nie wiem skąd mam takie skojarzenie!), był też początkiem przykręcania śruby społeczeństwu. Władza widząc to postanowiła aktywizować pracę SB, by trzymać swoje brudne łapska na pulsie.

Przystąpiono do odbudowy sieci TW. Aby jednak sieć ta była wydajna należało wyeliminować słabe ogniwa. A takimi byli tajni współpracownicy, którzy na fali „odwilży” olali organy tzw. bezpieczeństwa.

I w tym celu przybyli do Góry dwaj wysokiej rangi funkcjonariusze SB z Wrocławia. Przeglądano teczki osobowe TW i analizowano ich zawartość. Analiza miała na celu określenie przydatności niegdyś zwerbowanego TW do jego dalszej współpracy z SB.

Wkręcono papier pomiędzy wałki maszyny do pisania. Wykonano tabelkę, której nagłówek widzą Państwo poniżej.



Rozpoczął się żmudny proces analizy teczek. Na początek wzięto pod lupę TW z terenu naszego miasta. Nie wiemy – i pewnie nigdy nie dowiemy się – czym kierowali się esbecy skreślając jednych z listy TW a zostawiając innych. Faktem jest, że 30 sierpnia 1962 r. liczna TW Służby Bezpieczeństwa na terenie naszego miasta zmniejszyła się o 68 nazwisk.

Przeglądając 3 kartki formatu A4, na których zawarto imiona i nazwiska skupiłem swoją uwagę na rubryce: „Przyczyny wyeliminowania”. Powtarzają się tam takie zwroty: „nieprzydatny”, „odmowa współpracy” (bardzo nieliczny wpis), „niechętny (także sporadycznie), „zdekonspirowany (częściej niż określenie „niechętny”), „brak możliwości”, „niewykorzystany”, „członek PZPR”. W tym ostatnim przypadku TW skreślano niejako z urzędu, bo Władysław Gomułka zakazał kaptować członków PZPR na TW.

Tabela sporządzona przez pracowitych funkcjonariuszy SB zawiera też miejsce ich ówczesnego zamieszkania. Dla Państwa ciekawości powiem, że najwięcej wyeliminowanych TW w Górze mieszkało przy ul. B. Bieruta (obecnie Piłsudskiego). Z listy TW skreślono ich 20 sierpnia 1962 aż 11! Ciekawe ilu ocalało?

Drugą ulicą zagęszczoną esbeckimi TW była ul Stalina (obecna Wrocławska), gdzie z ewidencji zdjęto jej 8 mieszkańców. Na Marchlewskiego (obecnie Podwale) mieszkało 5 TW.

A jak sytuacja z TW wyglądała powiecie? 30 sierpnia 1962 r. esbeccy weryfikatorzy skreślili 152 TW, których uważali za bezużytecznych. Łącznie więc 30 sierpnia 1962 r. 220 mieszkańców ówczesnego powiatu górowskiego mogło poczuć ulgę, chociaż zapewne o tym nie wiedzieli.

Widziałem te listy nazwisk. Są na tych listach nazwiska osób znanych. Więcej! Bardzo znanych. Odczytując te nazwiska doznałem szoku. Każdy, kto ma mniej więcej tyle lat, co ja, też by przeżył to bardzo nieprzyjemnie. Są tam nazwiska osób, których nigdy byśmy o bycie TW nie podejrzewali.


Pamiętać należy o tym, że w czasach stalinowskich werbowano ludzi szantażem a nawet torturami. Nie żyłem w tamtych czasach, tak więc nie mi oceniać byłych TW.

czwartek, 19 lutego 2015

Psi problem





Pieski polubiły naszą gminę. Pojawiają się jak spod ziemi. Tylko nikt nie wie skąd się biorą. Problem wydaje się nierozwiązywalny, ale czy na pewno?

środa, 18 lutego 2015

Obywatelski bez obywateli?

Utworzono w naszej gminie budżet obywatelski w wysokości 200 tys. zł. na rok 2015. Statystycznie wysokość środków przeznaczonych na budżet obywatelski wynosi ok. 9,8 zł na głowę mieszkańca. Szału więc nie ma.

Na internetowej stronie naszej gminy znaleźć można zdjęcia z obrad powołanej przez burmistrz Irenę Krzyszkiewicz komisji do spraw weryfikacji projektów zgłoszonych do budżetu obywatelskiego gminy Góra na rok 2015. Zdjęć jest zatrzęsienie, ale informacji o przebiegu obrad tego gremium mniej niż kot napłakał. Wykazano tu iście hollywoodzki rozmach w graficznym ukazaniu prac komisji, ale z pominięciem fonii. Istne nieme kino w XXI w. To trzeba potrafić!

Burmistrz Irena Krzyszkiewicz powołała ową komisję na podstawie wydanego przez siebie Zarządzenia z 13 lutego 2015 r. W nagłówku Zarządzenia powołano się na art. 30 ust. 2 p. 4 ustawy o samorządzie gminnym. Przeczytałem przywołany w Zarządzeniu burmistrza artykuł i ze zdumieniem stwierdziłem, że nie ma tam jednego zdania dotyczącego powołania komisji. Wskazany w Zarządzeniu artykuł mówi:

ust 2 Wójt wykonuje uchwały rady gminy i zadania gminy określone przepisami prawa. p. 4) wykonywanie budżetu.”

Moim skromnym zdaniem przywołany w Zarządzeniu burmistrz Ireny Krzyszkiewicz artykuł trafia w sedno sprawy niczym kula w płot. Zarządzenie szefowej gminy dotyczy bowiem powołania komisji. I na dodatek nie jest to komisja stała, ale doraźna, gdyż w tymże Zarządzeniu, w § 2 mowa jest o tym, że owa komisja ulega rozwiązaniu po weryfikacji projektów zgłoszonych do budżetu.

Przeglądnąłem zasoby internetowe i znalazłem właściwą podstawę prawną powołania komisji. Jest nią art. 21 ust. 1 ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym, który brzmi:

Art. 21. 1. Rada gminy ze swojego grona może powoływać stałe i doraźne komisje do określonych zadań, ustalając przedmiot działania oraz skład osobowy.

Oczywiście jest to w naszych realiach mało istotny szczegół, bo jak powszechnie wiadomo większość radnych nie odważy się podskoczyć pani burmistrz, bo żeby podskakiwać trzeba coś wiedzieć. A tu na sesjach przewagę ma słoma i siano. Realia powyborcze takie, które Państwo sami sobie zafundowaliście. Tak że proszę mi nie zgrzytać teraz zębami i nie narzekać. „Wiedziały gały co wybrały!”

Drobny problem polega na tym, że od powoływania komisji doraźnych jest Rada Miejska a nie burmistrz. Oczywiście jest to nieistotny szczegół w naszym wielce praworządnym krajobrazie samorządowym. U nas prawo sobie a sobiepaństwo sobie. To drugie zawsze na wierzchu.

Przejdźmy do osobowego składu tej komisji doraźnej. Burmistrz Irena Krzyszkiewicz – zastępując Radę Miejską - powołała do tego gremium, na podstawie dość kontrowersyjnej podstawy prawnej, 8 osób. Z tej ósemki czworo członków jest radnymi a pozostała czwórka pracownikami UMiG. Przewodniczącym komisji został radny Jerzy Maćkowski, który ma duże doświadczenie życiowe, jest znany i miejmy nadzieję, że zna górowskie realia z życia i bezpośrednich rozmów z ludźmi.

Członkiem komisji został świeżo upieczony (niepotrzebnie!) radny Adam Chmiel. Doświadczenia zero, wiedzy o funkcjonowaniu samorządu nie stwierdziłem. Zapamiętałem tylko radnego, że na pewnej komisji wpadł na bardzo durny pomysł, by stworzyć „czarną listę” mieszkańców gminy, którzy z czymś tam zalegają gminie. I to był chyba górny pułap jego możliwości intelektualnych.
Kolejny członek komisji, to radny Jerzy Ciech. Jeszcze go nie słyszałem podczas sesji czy obrad komisji. To samo dotyczy radnej Katarzyny Jabłońskiej.

W komisji mamy też skarbnika gminy Marka Balowskiego, pracownika urzędu Ryszarda Szlafkę, który zapewne będzie pisał protokoły posiedzeń tego gremium i odwalał całą robotę administracyjną. Jest też Piotr Głowacki, który odpowiada w gminie za inwestycje oraz naczelnik wydziału gospodarki komunalnej w urzędzie – Leszek Sznedryk.

Ta ósemka decydowała będzie o losach projektów do budżetu obywatelskiego, których wpłynęło 31. Wnioski, które wpłynęły będą weryfikowana przez komisję do 28 lutego.

Szkoda tylko, że owe 31 wniosków, które wpłynęły do UMiG nie zostały opublikowane na stronie internetowej urzędu w zakładce „Budżet obywatelski”. Mielibyśmy jasność i przegląd ambicji i oczekiwań członków naszej społeczności lokalnej. Ale to taka polityka informacyjna zwana „z cichą pęk”, co oznacza wiedzę dla wybranych.

Oglądając zdjęcia z posiedzenia komisji doraźnej ze zdumieniem skonstatowałem, że na sali obrad nie ma nikogo więcej. Tylko członkowie komisji! A gdzie wnioskodawcy?! Wszak istotą budżetu obywatelskiego jest dialog pomiędzy mieszkańcami a urzędnikami i radnymi. Gdzie są organizacje pozarządowe, tzw. „ruchy miejskie” i nieformalne grupy społeczne?

Przytoczmy tu opinię z pierwszego w Polsce miasta, które wprowadziło budżet obywatelski:


Doświadczenia z Sopotu pokazują, że w tworzeniu zasad funkcjonowania budżetu obywatelskiego nie powinni brać udziału wyłącznie radni i urzędnicy. Dobrze jest, jeżeli w przygotowania są od samego początku zaangażowani mieszkańcy, którym może bardziej zależeć na racjonalności procedury niż niektórym radnym szukającym w budżecie obywatelskim korzyści politycznych. Opracowywanie zasad budżetu obywatelskiego może odbywać się także w formule komisji dialogu społecznego, w której do udziału zaprasza się organizacje pozarządowe.

wtorek, 17 lutego 2015

Miłosierdzie


Czytelnik przesłał sumę swoich obserwacji na temat wyższej użyteczności naszej Straży Miejskiej w godzinach jej pracy. Opis zaistniałej i opisanej przez Czytelnika sytuacji może być wielu osobom nie w smak. 

Zaobserwowana scenka  dowodzi bowiem niezbicie, iż Straż Miejska w naszej gminie jest niezbędna, jej istnienie konieczne niczym obecność w życiu śmiertelników grzechu pierworodnego a jej istnienie daje dużo ogromnej satysfakcji jej pracownikom.

Postawmy pytanie kardynalne: jak ciężko dzisiaj znaleźć robotę, która daje tyle satysfakcji z jej wykonywania tym, którzy ją wykonują?

Takiej roboty można szukać z równym skutkiem, jak uczciwego polityka. 

Dlatego po głębokiej analizie i gigantycznym zastanowieniu się nad ciężką dolą gminnej Straży Miejskiej, opłacanej z Państwa podatków, uważam, że:

1. Straż Miejska powinna istnieć, bo daje poczucie szczęścia i spełnienia zawodowego jej funkcjonariuszom. 

2. Jako, że w utrzymaniu, prowadzeniu jest to "zabawka" dość droga, to jednak trzeba się z tym faktem pogodzić, bo szczęście ludzkie nie zna ceny, a uśmiechnięty od ucha do ucha strażnik miejski jest widokiem bezcennym. 

3. Proszę też nie zapominać, iż  obecność przystojnych, wzorowanych na James Bondach strażnikach miejskich dodaje splendoru Jaśnie nam panującej władzy, gdyż podkreśla tej władzy boskie nieomal pochodzenie. Mówiąc inaczej: berło i tron zawsze szło w towarzystwie mundurów, bo trudno by w okolicach trony kręciły się świnie, chociaż w historii tez tak bywało. 

4. Patrzmy perspektywicznie na przyszłość naszej Straży Miejskiej, bo strażnicy też chcą mieć emeryturę, i też niesterani życiem i pracą chcieliby dorobić do głodowych emerytur, a czasy już nie te, bo naród zwredniał i smarować serdecznie wyciągniętej dłoni nie chce.
  
5. Kontestowanie istnienia Straży Miejskiej należy wypleniać drogą powszechnej edukacji już od okresu wczesnej edukacji przedszkolnej. 

Dlatego pozwolę sobie zasugerować, by już w przedszkolach publicznych podległych naszej Pani Burmistrz, która jest wymownym symbolem naszej gminy, jej pełną i najdoskonalszą emanacją, bytem doskonałym i skończonym, początkiem wszelkiego dobrobytu, alfą i omegą, sprawczynią wschodów i zachodów Słońca i księżyca, dawczynią zdrowia i pogody ducha, wyrozumiałą matką dla pewnych cymbałów, nauczać dziatwę takiego oto wierszyka:

"Hymn do strażnika miejskiego gminy Góra

"Strażniku miejski, stróżu mój,
Ty zawsze przy mnie stój, 
Rano, w wieczór, we dnie w nocy
Bądź Irenie do pomocy.

Strzeż jej duszy, strzeż jej ciała,
By się szybko nie starzała,
Mnie i rodzinę moją strzeż
I na fotoradar zawsze nas bierz."

poniedziałek, 16 lutego 2015

Dwa oblicza barbarzyństwa

List od Czytelnika:

Barbarzyństwa i okrucieństwa nie sposób komentować. Bo nie ma takich słów, które mogłyby oddać ludzkie myśli i uczucia na powyższy widok.

Przypatrzmy się jak sprawa bezdomnych zwierząt uregulowana jest w naszej gminie.

Obecnie wciąż obowiązuje uchwała Rady Miejskiej Góry w 28 marca 2014 r., która stanowi podstawę do opieki nad bezdomnymi zwierzętami. W uchwale tej sprecyzowano tryb postępowania z bezdomnymi zwierzętami.

Znajduje się tam zapowiedź wyłapywania bezdomnych zwierząt, ale po uprzednim sprawdzeniu czy są one rzeczywiście bezdomne. Zwierzęta uznane za bezdomne podlegają stałemu wyłapywaniu przez schronisko dla zwierząt prowadzone przez Głogowskie Stowarzyszenie Pomocy Zwierzętom „Amicus” lub przedsiębiorcę prowadzącego działalność gospodarczą w tym zakresie. Znajdujemy też w uchwale zapowiedź, że działania zmierzające do odłowienia bezdomnego zwierzęcia ma nastąpić maksymalnie w ciągu 48 godzin od zgłoszenia o pojawieniu się tegoż zwierzęcia.

Uchwała dopuszcza również sterylizację lub kastrację zwierząt, usypianiu ślepych miotów, które to zabiegi wykonywane będą przez lekarzy weterynarii współpracujących ze schroniskiem dla bezdomnych zwierząt, prowadzonym przez Głogowskie Stowarzyszenie Pomocy Zwierzętom „Amicus” lub przez lekarza weterynarii działającego na podstawie zlecenia udzielonego przez gminę Góra. Takim zabiegom nie podlegają zwierzęta w okresie 14 dni od umieszczenia ich w schronisku, z uwagi na możliwość zgłoszenia się właściciela.

Sprecyzowano również zasady opieki nad wolno żyjącymi kotami. Polega ona na ustaleniu  miejsc ich przebywania, dokarmiania kotów wolno żyjących ze środków finansowych pochodzących z budżetu naszej gminy tym współpracę mieszkańcami (karmicielami), którzy podejmą się opieki nad wolno żyjącymi kotami. W takiej sytuacji spisane zostanie porozumienie pomiędzy gminą Góra, a karmicielem określającego przekazywanie karmy dla kotów wolno żyjących. Zakłada się też poszukiwanie miejsc schronienia dla wolno żyjących kotów.

Wskazano też miejsce czasowego pobytu zwierząt gospodarskich, które znajduje się w gospodarstwie rolnym (Rogów Górowski nr 20).

Na realizację tych zadań w roku 2014 przeznaczono określone środki finansowe. W roku 2014 wyniosły one 30.000 zł. W szczegółach wygląda to następująco:
- koszty leczenia weterynaryjnego – 2.500 zł;
- koszty wyłapywania bezdomnych zwierząt – 3.000 zł;
- koszty zakupu karmy - 2.500 zł;
- koszty związane z umieszczeniem zwierzęcia w schronisku – 22.000 zł.

W celu realizacji uchwały gmina Góra zawarła 7 czerwca 2014 r. porozumienie z gminą Głogów, która prowadzi Miejskie Schronisko dla bezdomnych zwierząt w Głogowie. Na mocy umowy gmina Głogów ma przyjmować bezdomne psy z naszej gminy w ilości do 15 sztuk rocznie. W zamian nasza gmina ponosi związane z tym koszty.

I tak. Musimy wpłacić 2000 zł + VAT za: „gotowość przyjęcia psów do schroniska." Jest to opłata jednorazowa. Za przyjęcie każdego psa do schroniska obowiązuje również jednorazowa opłata w kwocie 85 zł + VAT, a za każdy dzień pobytu psa w schronisku gmina musi zapłacić 14 zł + VAT. Gdyby psina rozchorowała się w schronisku, to wówczas dojdzie naszej gminie dodatkowa opłata za jego leczenie, która wyniesie tyle, ile udokumentowane koszty leczenia psiaczka.

A teraz sobie policzmy. Azorek znalazł się w schronisku. Już na wjeździe do schroniska za Azorka gmina musi wyłożyć 85 zł + 23%VAT = 104,55 zł. Azorek mieszka w schronisku 30 dni, co gminę kosztuje 516 zł z 23% VAT. Czyli przyjęcie Azorka i jego 30 dniowy pobyt w schronisku dla bezdomnych zwierząt kosztuje naszą gminę (podatników!) 620,55 zł. Dodać jeszcze należy opłatę za „gotowość” schroniska do przyjęcia Azorka. Ponieważ założono w umowie, że rocznie schronisko przyjmie do 15 psów, więc kwotę 2000 zł + VAT należy podzielić przez 15 piesków potencjalnych pensjonariuszy, co daje 164 zł na jednego Azorka (z VAT). Więc w sumie, umieszczenia jednego bezpańskiego pieska na 30 dni w schronisku kosztuje gminę (podatników!) 784,55 zł z VAT.

A to jeszcze nie koniec kosztów związanych z bezpańskim Azorkiem. Azorka trzeba wyłapać i dowieźć do schroniska. Takie czynności wykonuje dla naszej gminy Głogowskie Stowarzyszenie Pomocy Zwierzętom „Amicus”. Zawarta z tym stowarzyszeniem umowa przewiduje, iż wyłapanie bezdomnego psa i jego przewiezienie do Głogowa będzie kosztowało naszą gminę (podatników!) 600 zł + 23% VAT = 738 zł.

Tak więc 30 dniowy pobyt Azorka zamknie się łącznie kwotą 1522,55 zł. A i na tym może się nie skończyć, bo jak Azorek w schronisku zachoruje to osobną fakturę gmina dostanie za jego leczenie. A to nie są tanie rzeczy, jak sami Państwo wiedzą!

Dla porównania tylko podam, że renta socjalna wypłacana przez ZUS lub KRUS od 1 marca będzie wynosiła 739,58 zł brutto.Porównując dalej wiedzmy, że podstawowy zasiłek dla bezrobotnych (100%) w okresie pierwszych trzech miesięcy wynosi - 823,60 zł brutto (711,48 netto) a w okresie kolejnych miesięcy posiadania prawa do zasiłku - 646,70 zł brutto (568,50 netto). Jednym słowem nasze kochane Państwo zgadza się na taką sytuację, że utrzymanie bezdomnego psa w schronisku kosztuje nieco mniej miesięcznie niż człowieka bezrobotnego. Inny przykład. Wysokość zasiłku otrzymywanego za opiekę nad osobą niepełnosprawną wynosi 153 zł miesięcznie, czyli jest to koszt za niecałe 9 dni utrzymania Azorka w schronisku (17,22 zł dziennie bez kosztów dodatkowych). 

Ostatni przykład. Zasiłek okresowy wypłacany przez Ośrodek Pomocy Społecznej w przypadku osoby samotnie gospodarującej nie może być wyższy niż 418 zł i niższy niż 20 zł miesięcznie. Zauważcie Państwo, że Azorka w schronisku nie da się za tę kwotę utrzymać, ale człowieka to i owszem.

Kochajmy więc naszych polityków za ich miłość do piesków w pierwszym rzędzie a do ludzi na szarym końcu.

wtorek, 10 lutego 2015

Niekompetentny do bólu



Osrany rynek, totalny burdel i nikt nie wie co jest grane. Mam dość takiej sytuacji, w której spotykają mnie ludzie:

- Panie Mazulewicz! Widziałeś Pan osrany rynek?! Widziałeś Pan tamto?!

Toż kurwa mać! Ja nie jestem na etacie w gminie, bo są "godniejsi". Niemniej nerw mnie ruszył i zadzwoniłem do wiceburmistrza (durny pomysł!) by poinformować go o pewnych faktach. Była rozmowa to z cyklu "przemawiał dziad do obrazu, a obraz ani razu". Taką mamy władzę, taką sobie wybraliśmy. O! Przypomniało mi się tylko, że rodzinny klan Rogali nie zdobył zaufania społecznego i nie może pochwalić się tym, że ma mandat zaufania.
Burmistrz na urlopie, wiceburmistrz fizycznie obecne, intelektualnie nieobecny, rozpiździaj w gminie. No i jest jak jest. Mamy kolorowy syf. W to wszystko jeszcze węża wpuścić, bo nasrane już jest.


Poniżej prezentuję rozmowę telefoniczną, a raczej mój monolog z Andrzejem Rogalą - jeszcze - wiceburmistrzem, który twierdzi, że też po mieście chodzi, ale w gówno nie wdepnął. Tu z wiceburmistrzem się nie zgodzę, bo w gówno wdepnął. A ono - w mojej ocenie - ma na imię Platforma Obywatelska, którą gardzę. 


Do sprawy wrócimy jutro.









piątek, 6 lutego 2015

Sesyjna (tania)jatka - II

Powróćmy ostatniej sesji Rady Powiatu i dyskusji nad utworzeniem Zespołu Szkół, w którym to znaleźć mają się mają Liceum Ogólnokształcące oraz dwujęzyczne Gimnazjum.


Pod koniec czerwca 2014 r., Rada Pedagogiczna LO podjęła uchwałę o utworzenie takiej szkoły. Rzecz jasna nauczyciele z LO nie działali z własnej inicjatywy, bo pomysł posiadał wówczas poparcie członków Zarządu Powiatu. Zarząd Powiatu podjął odpowiednią uchwałę, co było warunkiem niezbędnym do przekucia pomysłu w czyn. Startująca w wyborach samorządowych Platforma, rzekomo Obywatelska również chwaliła się tym pomysłem.

Jednak podczas ostatniej sesji starosta, czyli Wielce Czcigodna Pomyłka, zaczął utyskiwać, że pomysł może nie wypalić i wymyślać przeróżne przyczyny, dla których należy wstrzymać się z realizacją pomysłu. Biedaczek utyskiwał na to, że każdy z przedmiotów, które mają być wykładane w języku angielskim (chemia i biologia) w zwiększonej liczbie godzin, ma tylko jednego nauczyciela. W tej sytuacji starosta zapytywał co będzie, gdy uczący w języku angielskim zachoruje lub zajdzie jakiś inny wypadek losowy. Ponadto starosta obawiał się, że nie zdąży się z naborem, że nie wiadomo czy młodzież zechce zapisać się do gimnazjum. Jednym słowem szukał wygodnego pretekstu, by nie tworzyć nowej oferty edukacyjnej.

Słowom starosty zaprzeczyła nauczycielka LO – Edyta Bretsznaider, która odważnie wyszła na mównicę i powiedziała jak sprawy wyglądają rzeczywiście.

Po pierwsze. Dwa przedmioty nauczane w języku angielskim to w myśl przepisów jest minimum dla tego typu szkół. Z biegiem czasu ofertę można wzbogacić, ale od czegoś trzeba zacząć. Po drugie. Jest rozeznanie wśród uczniów i można mówić o dużym zainteresowaniu tę ofertą edukacyjną. „Dzieciom trzeba dać więcej” – stwierdziła Edyta Bretsznaider. Po trzecie. Do tego gimnazjum trafi młodzież wyselekcjonowana. Nie ma takiej możliwości, by ktoś kto w stopniu niskim znał język angielski stał się uczniem tej placówki.  Wszyscy dowiedzieli się też, że dyrekcja i nauczyciele LO nie zasypywali też „gruszek w popiele”, bo utworzono specjalny zespół, który zajmuje się utworzeniem gimnazjum dwujęzycznego oraz przygotowane są ankiety dla uczniów klas szóstych, w których zawarte jest pytanie o ich gotowość do nauki w gimnazjum dwujęzycznym.

Wypowiedź pani nauczycielki mocna rozświetliła w głowach wszystkim tym, którzy co nieco rozumieją, czyli tak ok. 30% radnych. A ci co nie skumali o co chodzi i tak kiwali głowami na znak, że nie rozumiejąc – coś kumają.

Głos zabrał radny Andrzej Wałęga, który stwierdził: „Zabieramy uczniów gminie Góra a ta sobie na to nie pozwoli. Całe przedsięwzięcie musi być poparte liczbami, ile dzieci, itp.”

Nawet Wielce Czcigodna Pomyła raczyła stwierdzić: „Generalnie ze wszystkim się zgadzam.”

Pomysł poparła radna Mariola Szurynowska: „Pomysł wspaniały. Niech to gimnazjum zacznie funkcjonować.” Zadała tez pytanie: Co z testami poziomującymi?” Radnej – nauczycielce z Sicin chodziło to, by dziecko znało na odpowiednim poziomie język angielski. Odpowiedź jaka otrzymała w pełni ją usatysfakcjonowała.

Zastrzeżenie ponownie zgłosił radny Andrzej Wałęga, którego zainteresowała postawa gminy wobec decyzji ucznia o podjęciu nauki w gimnazjum dwujęzycznym podlegającym powiatowi a nie gminie. Niesie to za sobą utratę subwencji oświatowej, która jest przypisana do każdego ucznia a więc perspektywę zubożenia każdej gminy o spore pieniądze.

Pytanie to spotkało się z odpowiedzią ze strony radnego Mirosława Żłobińskiego, który bardzo zdziwiony zapytał: „Co gminy mają do tego gdzie dziecko będzie się uczyło? To suwerenna decyzja ucznia i jego rodziców. Gminy do tego nic nie mają!

Głos zabrała dyrektorka górowskiego LO – Małgorzata Patrzykąt: „Na posiedzeniu Zarządu przedstawiłam sprawę gimnazjum. Być może Państwo nie wszystko zrozumieli. Trzeba sprawdzić jak to wypadnie. 26 czerwca 2014 r. skierowaliśmy pismo do Zarządu w tej sprawie. Odpowiedź otrzymaliśmy w styczniu 2015 r., tuż przed feriami zimowymi.” To był piękny strzał w Zarząd. Rzec można, ze nastąpił nokaut.

Radny Grzegorz Aleksander Trojanek stwierdził: „Nic nie stoi na przeszkodzie, by gimnazjum powstało.

Radny Mirosław Żłobiński zaproponował, by na kolejne posiedzenie komisji oświaty lub sesję, gdy będzie omawiana sprawa powstania gimnazjum zaprosić przedstawicieli Rady Pedagogiczne z LO. Przewodniczący Jan Rewers zapowiedział, że tak się stanie.

Na tym dyskusję na temat utworzenie gimnazjum zakończona i czeka nas wszystkich ciąg dalszy.

Pięknie po nosku dwa razy oberwał podczas sesji radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki. A oto okoliczności, w których doszło do tego potężnego i ze wszech miar pożądanego centralnego pstryczka w nos zbyt zadarty i samozadowolony.

Sytuacja pierwsza.

Siedzi sobie radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki, siedzi, siedzi i słucha obrad sesji. Oczywiście, zgodnie z utarta tradycją nie ma nic do powiedzenia. Ot, po prostu wysiaduje swoją dietę (670 zł dieta + 150 zł dodatku jako szefa komisji bez obowiązku podatkowego).
W pewnym momencie pada pytanie o opinię kierowanej przez Marka „Bananowego Uśmiecha” Biernackiego komisji budżetu i gospodarki na temat budżetu. Ten stwierdza, że tyle a tyle głosów było za, przeciw, wstrzymało się. Dodał również, że na komisji nie było pytań.

Zareagował na to radny Mirosław Żłobiński, który powiedział: „Czy na pewno? Była rozmowa. Trudno nazwać ja dyskusją. Ja zadałem 3 pytania.”

Flagowy sztandar koalicji nieco spurpurowiał a lice jego nieco się nadymało złością.

Sytuacja druga.

Przy omawianiu budżetu, w chwili gdy opozycja ten budżet krytykowała o głos poprosił radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki. Z powagą i pełen przejęcia, jakby błonę dziewiczą przebijał po raz pierwszy w życiu, radny ów rzekł: „Dziwię się, że osoby które nie miały nic do powiedzenia podczas komisji na temat budżetu teraz zabierają głos.”

Riposta była natychmiastowa. Karzącą miecz sprawiedliwości dzierżył w swoich dłoniach radny Marek Zagrobelny. Takimi oto słowami – strzałami przebił on radnego „Bananowego Uśmiecha”:
„Pan, panie radny, który był kadencję w samorządzie gminnym i jest już drugą kadencję w samorządzie powiatowym co razem daje 12 lat kariery zawsze miał podczas tego okresu jedno zdanie do wypowiedzenia na sesji: komisja taka to a taka przyjęła projekt uchwały. Gratuluje panu.”

Radnego „Bananowego Uśmiecha” zahibernowało. Zbladł, sczerwieniał, zbladł ponownie. Myślałem, że oczy mu na orbit wyjdą albo, co byłoby gorzej dla wszystkich obecnych na sali, że nastąpi niekontrolowana dekompresja odbytu radnego. Do końca sesji radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki pozostał w stanie najgłębszej hibernacji.


Krótko mówiąc sesja wyglądała tak, że opozycja pokazała koalicji, gdzie raczki w tym sezonie będą zimować. Zimować będą w ciszy a opozycja będzie te raczki gotować na wiele sposobów. A każdy będzie bardziej wymyślny i bolesny od poprzedniego. 

czwartek, 5 lutego 2015

Świadek na siłę


Bywa w życiu tak, że człowiek może znaleźć się w pewnym miejscu, być tam i zapomnieć że był. Ot, było się i wybyło.

3 września 2013 r. byłem ze swoim serdecznym kolegą w Sądzie Rejonowym w charakterze osoby towarzyszącej. Kolega miał tam jakąś sprawę ze swoją byłą, z którą nigdy być nie powinien. Na sprawę przyjechaliśmy lekko spóźnieni. Dodatkowo kolega zapomniał wezwania i nie mieliśmy pojęcia, o której godzinie będzie miał radość ujrzeć swoją byłą. Podzieliśmy się rolami. On wziął na klatę jeden poziom sądu, a ja drugi. I to w tempie, bo już byliśmy w niedoczasie.

No więc ja lecę po swoim poziomie i oglądam wokandy. Ale tak w pełnym biegu, bo na spacerek czasu nie ma. W pewnym momencie widzę panią radczynię prawną Jolantę Samsel – Hryń, którą znam. Wywiązuje się pomiędzy nami krótki dialog:

- Dzień dobry panie Robercie!
- Dzień dobry pani mecenas!
- Co pan tu robi?
- Przyjechałem z kolegą na jego sprawę!

Pognałem dalej, bo sala rozpraw wciąż nieodnaleziona.

Sprawa kolegi się odbyła. Wróciliśmy do Góry. Zwycięstwo kolegi zostało uczczone. Wydawałoby się, że „koniec polki galopki” i wszystko co tego dnia się wydarzyło raz na zawsze zostało zakończone.

Aliści jakiś rok później – może rok z okładem – otrzymuję wezwanie do sądu w Głogowie. Pomińmy w jakiej sprawie, bo do dzisiaj nie wiem w jakiej. Patrz w to wezwanie, główkuję, kombinuję i za cholerę nie wiem o co chodzi. A tam stoi: sprawa karna i ja jako świadek. Osoba oskarżenia mi zupełnie nieznana. Co jest grane? – pytam sam siebie, ale odpowiedzi w sumieniu swoim nie znajduję. A i pamięć nic nie podpowiada.

Jakoś jesienią ubiegłego roku dowiaduję się, że poszukuje mnie pani radczyni Jolanta Samsel – Hryń, która w pewnym miejscu usiłowała wręczyć moim znajomym jakieś wezwanie. Oczywiście moi znajomi odmówili przyjęcia tego „prezentu”, co zrobili słusznie, bo ja żadnych tego typu „prezentów” od adwokatów czy mecenasów nie oczekują i nie pożądam.

Na jakiś czas zapadła cisza i spokój. Zapomniałem o całej sprawie. Ale któregoś dnia dzwoni do mnie mój bardzo dobry znajomy – nazwijmy go XY - i mówi, że oczekuje u niego  na mnie „pani Hryń”. I pyta mnie czy ja znam ta panią. Zgodnie z prawdą stwierdziłem, że i owszem. Ponieważ akurat wracałem do mojego najpiękniejszego miasta poprosiłem, by chwilę na mnie poczekała u niego.

Doszło do spotkania. Pani radczyni prawna Jolanta Samsel – Hryń poinformowała mnie, że jestem świadkiem w sprawie, na którą otrzymałem wezwanie. Moje zdumienie nie miało granic! Nazwisko oskarżonej nic mi nie mówiło, ale również tez pamięć nie podpowiadała mi niczego istotnego, co stanowiłoby powód do świadkowania.

Pani radczyni zaczęła „odświeżać” moją pamięć. Przypomniała mi dzień 3 września 2014 r., i nasze spotkanie w gmachu sądu w Głogowie. Sam fakt spotkania zapamiętałem. I do tego momentu rozmowa szła nam gładko. Później było już gorzej. Pani radczyni zaczęła mi opowiadać o tym, że byłem świadkiem awantury i wyzwisk w holu sądowym. Wytężałem umysł, wytężałem i za jasną cholerę nie mogłem sobie przypomnieć żadnej awantury i wyzwisk.

Przyznam, że byłem mocno skonfundowany słowami pani radczyni, bo kobieta to miła i przykrość bym jej zrobił, gdybym stanowczo powiedział, że nic nie pamiętam i dobra kobieto odczep się ode mnie.

I ten brak chamstwa i prostactwa, wrażliwość na urok kobiecy miał dla mnie fatalne następstwa.

Jak ostatni idiota powiedziałem pani radczyni, że pomyślę nad sprawą. Ona z kolei oświadczyła, że jutro jest rozprawa i zadzwoni do mnie, by dowiedzieć się skąd ma mnie zabrać do sądu. I ja – w tym momencie czysty idiota! – wyraziłem na to zgodę.

Powiedzmy tak. Noc poprzedzająca rozprawę, na którą miałem jechać była bezsenna. Za nic nie mogłem sobie przypomnieć zajścia, którego opis przedstawiła mi pani radczyni prawna Jolanta Samsel – Hryń. Pamiętałem nasz krótki dialog, ale reszta jakoś nie zagnieździła się w mojej pamięci.

Rano ok. 8.00 (nawet nie pamiętam jaki był to miesiąc, ale chyba październik 2014) odebrałem telefon od pani radczyni, która wskazała mi miejsce, w którym na mnie oczekuje. Udałem się tam i powiedziałem, że nigdzie nie jadę, bo nie pamiętam sytuacji, która mi naświetliła dzień wcześniej. Odwróciłem się plecami i odszedłem, by dopić swoja kawę. Wkrótce do budynku weszła pani radczyni i raz jeszcze nalegała na mnie, by jechał, że na pewno pamiętam sytuację. Zdecydowanie odmówiłem.

Coś mnie jednak tknęło i opowiedziałem o całej historii kilku osobom znajdującym się w tym budynku, które zresztą same mnie pytały co się dzieje. Zdziwieni byli wszyscy.

Na drugi dzień mój znajomy, którego nazwałem w tekście XY informuje mnie, że była u niego pani radczyni i prosiła go, by wpłynął on na mnie w ten sposób bym zeznawał w kierunku przez nią wytyczony. Znajomy XY stwierdził, że wygląda na to, że bardzo zależy jej na tym procesie. Oczywiście znajomy ów w żaden sposób nie usiłował wpłynąć na mnie, ale przekazywał mi słowa radczyni prawnej, pani Jolanty Samsel – Hryń.

I tu popełniłem kolejny błąd. Trzeba było natychmiast fakt ten zgłosić do sądu. A ja durny dwukrotnie zaniechałem tej jakże prostej czynności. Znajomy XY poinformował mnie również, że pani radczyni prosiła, by powiedział mi, że sąd za moja nieobecność na sprawie nałożył na mnie grzywnę w kwocie 700 zł., ale jeżeli ja zgodzę się zeznawać to grzywna ta zostanie uchylona.

Zapachniało gnojem.

Przychodzi kolejne wezwanie na rozprawę na 1 grudnia 2014 r. Dzień wcześniej chwytam jakąś bakterię, która powoduje wymioty i gorączkę. Tym razem jestem rozsądniejszy. Wiem, że nie dam rady dojechać do Głogowa. Dzwonię do sądu i tłumaczę swoją sytuację. Pani radzi mi wysłać faks. Tak też robię. Piszę w nim m.in.:

W dniu dzisiejszym czuje się bardzo źle i nie mam możliwości dojechania do Głogowa, żeby zeznawać w tej sprawie, która jest dla mnie kompletnie nieznana i moje zeznania mogą ograniczyć się do jednego zdania: Nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie.

Informuję również sąd, że:

Ponadto Jolanta Samsel – Hryń naciskała na mnie bym zeznawał zgodnie z tym, co ona twierdzi , a czego ja sobie nie przypominam.

A na zakończenie dodałem:

W tej sytuacji proszę Wysoki Sąd o wyłączenie mnie z listy świadków. Proszę również upomnieć Jolantę Samsel – Hryń, by nie sugerowała treści zeznań wydumanym świadkom.

Wydawało mi się, że to było przysłowiowe „cześć pieśni”.


Okazało się, że sąd w Głogowie chce, by jednak solówkę odśpiewał na sali sądowej. Otrzymuję ponownie wezwanie na rozprawę. Data stawienia: 5 lutego. Raz jeszcze podkreślam, że wezwanie odebrałem.

Tym razem jestem wściekły, bo raz, że szkoda mi czasu a dwa, to to, że nadal nie mam pojęcia co to za sprawa i o co w niej chodzi.

Jest 4 lutego, ok. godz. 14,45. Kończę posta o pieskach. Kątem oka widzę wkraczających do biblioteki pedagogicznej funkcjonariuszy policji. Domyśla się o co chodzi. Policjant informuje mnie, że muszę iść z nimi. Kończę. Wstaję. Wychodzimy. Na wszelki wypadek podpisuję pełnomocnictwo dla adwokata, bo jeden z moich znajomych nie wie w czym rzecz. PZU SA Przezorny Zawsze Ubezpieczony Solidnym Adwokatem.

Przewożą mnie na komendą policji. Informują, że sąd wydał nakaz doprowadzenia mnie na rozprawę, która ma się odbyć 5 lutego w Głogowie.

Zamykają w celi. Kupa czasu do poranka. Czytam gazetę dostarczoną przez Mirosława Żłobińskiego. Noc jakoś zlatuje. Jadę w towarzystwie policjantów do Głogowa. Sala nr 216. Czekamy na wezwanie na rozprawę. Sędzia wzywa. Policjant - pan Tomek - pyta sędziego czy będą jeszcze potrzebni. Odpowiedź sędziego przecząca. Zeznaję, że w tej sprawie nie mam nic do zeznania. Opowiadam krótko sędziemu, jak wygląda sprawa i o roli jaką odegrała w uwikłaniu mnie w nią pani radczyni Jolanta Samsel – Hryń. Sędzia wyjaśnia, że to jacyś ludzie z sądowego korytarza mnie rozpoznali i stwierdzili, że byłem świadkiem jakichś zajść. Nie komentuję tego. Sędzia poucza mnie, że mam prawo założyć skargę do Okręgowej Izby Radców Prawnych, który to adres – informuje mnie sędzia – mogę uzyskać w sekretariacie. Dziękuję sędziemu i zapewniam że skarga zostanie złożona. Żegnam się i opuszczam salę rozpraw. Wszystko trwało może z 7 minut.


McDonald i wracam z przyjaciółmi do Góry. W głowie rodzi się skarga na radczynię prawną Jolantę Samsel – Hryń. Tego numeru nie popuszczę!

środa, 4 lutego 2015

Bez komentarza

Wszyscy widzimy w naszym mieście wałęsające się psy. Nikt nie wie do kogo należą, ale czasami roi się od nich na ulicach. Wielu mieszkańców boi się ich, przechodzi na druga stronę ulicy lub rezygnuje z obranej drogi i jej nadkłada, by nie paść ofiarą kłów lub kiełków. A przecież kochamy zwierzęta więc nie należy ich się bać! Przecież taka psinka nie zeżre z butami. Capnie, potarga, krwi nieco upuści i już lekarze mają pracę, Sanepid wkracza do akcji a nasza waleczna Straż Miejska ma ręce pełne roboty.

Jeżeli mili Państwo chodzi o naszą dzielną i waleczną Straż Miejską, to w akcji jest ona tylko gdy ma samochód, a jak nie ma samochodu, by takie psy ścigać z rykiem wywołanym gigantyczną mocą ich rajdowego Vito, są bezradni i ślepi niczym dziecię w mgle. Taką informację uzyskała mieszkanka naszego miasta, którego 15. letniego syna pogryzł bezpański pies w styczniu br.

Strażnik Miejski Marek Papmel – bo on to udzielił tej strategicznej informacji nie bacząc na to, że bezsilność strażników miejskich pozbawionych samochodu objęta jest klauzulą najwyższej poufności, postanowił matkę poszkodowanego dziecka wciągnąć do współpracy ze Strażą Miejską. Nakazał pani pilnowanie psa, który pogryzł jej synka. Sam udał się po kości, by … (a nie, pokręciło mi się coś. Nie z tej notatki tekst odczytałem. To słowa ze szkicu wykonanego węglem do posta: „Kość intelektu nie dla radnego Biernackiego”, który jeszcze wygładzam niczym grabarz mogiłę łopatą).

Strażnik (?) Miejski Papmel nakazał matce poszkodowanego chłopca, by ta pilnowała psa do godz. 16.00, gdy Straż Miejska otrzyma samochód. A była godz. 10.00 rano. Z pomocą pani przyszedł policjant pan Tomasz Kłak i podjął interwencję.

A poszkodowana sama szukała psa na ulicach naszego miasta. Wiadomo, co dzikiej się z ofiarą psiej agresji połączonej ze strażniczą obojętnością. W przypadku zniknięcia agresywnego psa dziecko trafiłoby do kliniki, gdzie raczej lodów i słodyczy by mu nie ordynowano.

I cóż mamy w podsumowaniu. Sfory psów wałęsające się po mieście i zanieczyszczających wszystko co pod ogon wpadnie, strach ludzi, ból dziecka, przerażenie matki i strażnika miejskiego, którego to wszystko niewiele obchodzi. To co zademonstrował strażnik (?) Marek Papmel kwalifikuje go do bycia strażnikiem, ale chyba tylko w naszym mieście i przy tej władzy. A Państwo płacicie na jego utrzymanie! I po co?!


Poniżej widzą Państwo zdjęcia z przechowalni dla psów, która mieści się za UMiG. Są to zdjęcia z dzisiejszego poranka. Komentarza nie wymagają.




wtorek, 3 lutego 2015

Sesyjna (tania)jatka

Ciekawa była sesja Rady Powiatu, która odbyła się 29 stycznia. Program sesji przewidywał 10 punktów. Starzy bywalcy sesyjni oceniali, że sesja potrwa do dwóch godzin i będzie „po herbacie.” Wszystkich jednak czekała spora niespodzianka. O niektórych pokrótce.

Już na wstępie radny Jan Przybylski zarzucił rządzącej koalicji, że „nagminnie łamie prawo” oraz wezwał do stosowania się do „przepisów prawa”. Poszło o protokół z sesji, który powinien być publikowany na stronie starostwa na 7 dni przed sesją. Tak się jednak nie dzieje.

Radny Mirosław Żłobiński zadał pytanie: „Kto decyduje o treści protokołu?” I przypomniał, że na jednej z poprzednich sesji mówił o tym, by sesje odbywały się w godzinach popołudniowych. Zapisu swojego wystąpienia nie odnalazł w protokole i stąd jego pytanie. Na sali zapadła głucha cisza. Nikt nie wyjaśnił kto decyduje o tym co będzie a czego nie będzie w protokole. Te niewygodne pytanie pominięto milczeniem. Odważnych w koalicji tradycyjnie nie było.

Na uchybienia prawne wskazał również radny Marek Zagrobelny, który potwierdził, że protokół z poprzedniej sesji powinien był być dostępny 23 stycznia a nie był. Jest to: „naruszenie zapisów statutu” – stwierdził radny.

Przewodniczący Rady Powiatu, słaby merytorycznie jak cała koalicja, stwierdził, że „zwróci na to uwagę.”

Swoje pytanie nadal drążył radny Mirosław Żłobiński, który pytał: „Kto ingeruje w treść wypowiedzi i kto usuwa?”

Przewodniczący Jan Rewers stwierdził, że: „Takie rzeczy nie mogą mieć miejsca”. Odważny inaczej cenzor jednak się nie ujawnił.

Głos zabrał starosta – wielce Czcigodna Pomyłka, który coś tam mówił, ale ja jego mowy rzadko notuję, bo wiem o czym będzie ględził a ponadto on strasznie posługuje się nasza mową ojczystą. Po kilku minutach jego ględzenie uszy mnie bolą.

Głos zabrał radny Jan Przybylski, który w dłuższym wywodzie przedstawił swoje obiekcje co do pracy zarządu. Nawiasem mówiąc ten starszy, poczciwy człowiek jeszcze wierzy, że Zarząd w tym składzie osobowym, z tym starostą, wicestarostą i członkami jest w stanie coś zrobić. Duży optymizm prezentuje pan Jan. I to pomimo doświadczenia życiowego.

I tak naiwny Jan Przybylski miał żal o poziom intelektualny odpowiedzi na jego interpelacje. I tak np. domagał się, by w odpowiedzi na interpelację używany był: „zrozumiały język polski.” Ubawił mnie aż do łez tym swoim żądaniem! Radny Jan Przybylski stwierdził, iż złożył 10 interpelacji, „merytorycznych interpelacji”, na które otrzymał odpowiedzi rażąco niekompetentne i pełne nieścisłości.

Radny Grzegorz Aleksander Trojanek niejako potwierdził słowa radnego Jana Przybylskiego mówiąc: „Odpowiedzi są nie takie. Proszę czytać interpelacje ze zrozumieniem.”

Radny Marek Zagrobelny poprosił radnego Marka Biernackiego o przybliżenie przebiegu komisji budżetu i gospodarki, której jest on przewodniczącym. W odpowiedzi radny Marek Biernacki stwierdził, że może jedynie podać wynik głosowania. Pół sali dusiło się ze śmiechu. Fajny samorządowiec z tego Marka „Bananowego Uśmiechu” Biernackiego. Za 820 zł diety to on się wysilał na dłuższą wypowiedź nie będzie. No i tak właśnie wygląda (nie)moc intelektualna tej koalicji. Magister inżynier Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki nie potrafi sklecić kilku zdań na temat przebiegu komisji, której jest przewodniczący, POtwornie przygnębiające!

Rozgorzała dyskusja na temat planu naprawczego dla powiatu górowskiego. Radny Jan Przybylski stwierdzi że: „Komisja budżetu i gospodarki powinna wypracować głębszy program naprawy finansów. A to jest kukułcze jajko.” I kontynuował: „W ubiegłych latach nieźle się bawiliście. Zapaść finansowa kumulowała się przez dłuższy okres czasu. Ten program to jest opowieść do czytania i nic poza tym. Problem rozpoczął się w 2008 r. a nie w 2011 jak to próbujecie nam wmówić. Było nierzetelne podejście do finansów publicznych. Do dzisiaj mamy budowę strażnicy w sądzie.”

Radny Jan Przybylski zaproponował również zmianę w projekcie uchwały, która zobowiązywała by Zarząd Powiatu do składania kwartalnych sprawozdań z wdrażania programu naprawczego. Propozycja ta – bardzo rozsądna – nie spotkała się z uznaniem koalicji, która głosowała w całości przeciwko kwartalnemu sprawdzaniu co Zarząd zrobił w dziele wdrożenia naprawy finansów powiatu. Cała 9 koalicjantów głosowała przeciw.

Radny Jan Przybylski przypomniał, że Ministerstwo Finansów wydało „druzgocącą ocenę” programu naprawczego

Radny Mirosław Żłobiński wskazał na nieścisłości w programie naprawczym związane z negatywną decyzja na temat utworzenia gimnazjum dwujęzycznego. Sprawa polegała na tym, że w programie naprawczym wskazywano, iż powiat chce zmieścić wydatki na oświatę w kwocie przysługującej mu subwencji oświatowej. Trzeba wiedzieć, iż subwencja oświatowa jest niższa niż realne wydatki ponoszone przez powiat na rzecz oświaty. Taki kierunek wskazano w programie naprawczym a jedną dróg dojścia do stanu równowagi było utworzenie dwujęzycznego gimnazjum przy górowskim LO. Wówczas zwiększeniu uległaby część oświatowa subwencji, bo za każdym uczniem idą pieniądze.


C.d.n.