środa, 29 czerwca 2016

A dietki lecą!

Komisja Rewizyjna Rady Powiatu prześwietliła sprawę „sprzedaży” naszego szpitala PCZ we Wrocławiu. Ongiś pisałem w tej sprawie do tejże komisji i jej wiceprzewodnicząca, magister i dyrektor Zespołu Szkół w Sicinach do 31 sierpnia br. Tu jako ciekawostkę rzeknę Państwu, że radna Mariola Szurynowska przegrała konkurs na kolejną 5. letnią kadencję szefowej tej placówki z górowianką panią Anetą Juską, która uczy w Gimnazjum nr 1. By w miarę w pełni zaspokoić Państwa ciekawość dodam, że mąż już nieomal byłej dyrektorki i radnej w jednej osobie dowoził dzieci z gminy Niechlów do szkół. Nowa władza, która nastała w gminie Niechlów, ogłosiła nowy przetarg na przewozy dziatwy szkolnej i ślubny pani Marioli został w majestacie prawa z tego interesu „wyślizgany”. A wiadomo, że nieszczęścia chodzą parami, to wkrótce potem ślepe fatum losu wyrwała panią Mariolę z dyrektorskiego fotela.


Pozwolę sobie na drobniutką i niewinną dygresję. Jeżeli radna Mariola Szurynowska pełniąc odpowiedzialną w końcu funkcję dyrektorską była tak skora do mówienia, jak radna, to wcale się nie dziwię, że przerżnęła konkurs na dyrektora. Jako radna nie wydała z siebie jeszcze żadnego zdania. Ba! Nawet nie zauważam jej obecności podczas posiedzeń Wysokiej Rady, bo trudno jest dostrzec kogoś kto nic nie mówi. Oczywiście drętwota języka nie szkodzi sprawności ręki pobierającej dietę (670 zł miesięcznie nie podlegające obowiązkowi podatkowemu). Proszę, proszę! Język kołkowaty nieco, ale rączki ku się zgarniające sprawnie. 

Powróćmy jednak do „Protokołu nr 1/2016 z kontroli przeprowadzonej w dniach 9.03 – 5.03. 2016 r”. Protokół ów, który Państwu zaprezentowałem w postaci skanu, zawiera w ostatnim zdaniu (podkreślonym na czerwono) pewną niezwykle cenną wskazówkę. Wskazówka owa, albo zalecenie , zaadresowana została do przewodniczącego Rady Powiatu, ostoi polskiego rolnictwa, intelektualnego filaru PSL, zawołanego mówcy, posiadacza jeszcze niedkrytych cnót i walorów – Jana Rewersa.

Członkowie zespołu kontrolującego „sprzedaż” szpitala (Teresa Frączkiewicz, Jan Przybylski), zwrócili się do drogiego pana Jana, by ten w swojej niczym nieograniczonej mądrości, przygotował projekt uchwały dla Rady Powiatu, by ta na mocy tejże uchwały, mogła zwrócić się do prokuratury o zbadanie sposobu w jaki powiat pozbył się szpitala. Z tego, co udało mi się ustalić członek PSL (a raczej jej żałosnych resztek) Niue podjął się tego zadania. I wcale się mu nie dziwię, gdyż potęga jego intelektu nie pozwala mu zajmować się trak prozaicznymi i przyziemnymi sprawami, jak cierpienia wielu mieszkańców i ich trwoga na myśl o chorobie swojej, bliskich, dzieci. Nasz drogi pan Jan ma znacznie szerszą skalę wrażliwości. Cierpienia warchlaków, chów krów miododajnych, życie seksualne i przedwczesne wytryski buhai, wiosenna orka kijem w listopadzie, żniwa czyraków w styczniu, zasiew lucerny arbuzoplennej na Marsie, usprawnienia w budowie cepa, itp. fundamentalne dla całej ludzkości sprawy. W przedstawionej sytuacji nasz drogi pan Jan absolutnie nie ma czasu na zajmowanie się ludzkimi, a więc jakże przyziemnymi sprawami, jak wyjaśnienie przygłupiej decyzji o podarowaniu szpitala. Bo gdzie np. czas na poznanie tajników budowy rzeczonego cepa? A muszą Państwo widzieć, że budowa takiego cepa to zagadnienia wysoce skomplikowane a poznanie tajników jego działania wymaga szeregu lat wyczerpujących intelektualni studiów. Ale ja wierzę, że nasz drogo pan Jan podoła temu wyzwaniu.

Pragnąc odciążyć naszego drogiego pana Jana od wyczerpujących obowiązków i kierując się wskazówką kończącej dyrektorski byt radnej Marioli Szurynowskiej, która brzmi: „każdy dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub Policję”, muszę to uczynić. Szkoda jednak wielka, że radna Mariola Szurynowska uważa się, że nie jest „każdym”. Po chwili zastanowienia dochodzę jednak do wniosku, że nie jest „każdym:, bo tylko koalicyjni radni solidarnie milczą podczas sesji a dietki pobierają. A Państwu wasi pryncypałowie płacą za nic?

Podobno u źródeł tego „milczenia” (a dieta leci!) leży pragnienie objęcia przez radną Mariolę dyrektorskiej funkcji w jednej z placówek oświatowych w naszej gminie. To jest zbyt śmieszne, by mogło być prawdziwe. To są jakieś plotki wyssane z brudnych palców wrogów naszej pani burmistrz, którzy nie cofną się przed żadną nikczemnością.

Tak więc mi, a nie radnym powiatowym (diety i tak lecą!), przyjdzie sporządzić zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przy tzw. „sprzedaży” szpitala. A diety lecą! Ale nie mi!

czwartek, 23 czerwca 2016

Prąciem w twarz

Wczorajszą, absolutoryjną sesja Rady Powiatu, obserwowałem tylko do momentu, gdy opozycyjny radny Grzegorz Aleksander Trojanek, zapytał o list obdarowanego naszym szpitalem PCZ u. List ów zamieściłem ku uciesze własnej i Państwa, bo wybitnie oddaje on miarę bezczelności, tupetu i chucpy, którą uprawia szefostwo tej firmy.

Z wyraźną wyczuwalną drwiną w głosie radny Grzegorz Aleksander Trojanek stwierdził, że list jest „kwiecisty” że jej autorka „pochyla się nisko nad naszą sytuacją”, i na koniec swojej mocno ironizującej wypowiedzi radny rzekł: „Okaże się, że wszyscy chcą dobrze, ale my nie”. Radny zachęcił również przewodniczącego Rady Powiatu, by odczytano na głos treść owego listu, bo jak stwierdził: „Nie wszyscy go znają”.

Przewodniczący Jan Rewers z gracją i wdziękiem oraz wciąż niezbadanymi nawet przez niego pokładami inteligencji, z wrodzoną dla członków PSL szczerością, stwierdził, że nie ma takiej potrzeby, bo list wszyscy znają. W tym momencie moje ciało opanowało najwyższe wzruszenie a oczami wyobraźni swojej w miejscu zajmowanym przez tego wybitnego działacza ujrzałem dość obfity balocik sianka. Sen – mara ulotnił się spod moich urokliwych oczu (niestety!), a drogi mojemu sercu i mojej kochance klawiaturze, ponownie ukazał się drogi i ukochany pan Jan, który coś tam mówił. Z tym mówieniem przez naszego drogiego pana Jana mam ten problem, że w większości nie bardzo wiem o czym on gaworzy. Wtajemniczeni twierdzą, że mowa pana Jana jest zrozumiała tylko i wyłącznie dla działaczy tej partii na szczeblu gminnym i powiatowym. Chodzi podobno o to, by osoby postronne nie mogły zrozumieć działaczy PSL. I muszę Państwu wyznać, że ten kamuflaż wychodzi im doskonale!

Tuż po naszym drogim panu Janie głos zabrała Wielce Czcigodna Pomyła Powiatu Piotr „Cielęcina” Wołowicz. Uuu! To również mówca urodzony! Każdorazowe zabranie przez niego głosu wywołuje u mnie natychmiastową reakcję, która wyraża się w przemożnym pragnieniu wzięcia nogi za pas. Wczoraj jedna, ku chwale naszej małej ojczyzny i by było o czym pisać, wytrwałem na powierzonym mi przez moje własne sumienie posterunku. Ale tylko dobry Bóg wie, ile mnie to kosztowało!

Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu Górowskiego składając słowa w zdania pełne wyrafinowanego wdzięku (elokwencja tylko dla koneserów filmów klasy „C”) raczyła poinformować, że autorka listu B. Gałązkowska wydała pracownikom szpitalnej resztówki surowy zakaz kontaktowania się z władzami powiatu.

Przez myśl mi przyleciało, że zakaz ów wydała z obawy o zdrowie psychiczne resztek przetrzebionej - za zgodą także Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu – załogi naszego szpitala. Zuch baba! – pomyślałem.

W kolejnych zdaniach przerywanych „ymmmm”, „nnnn”,”eee” „aaa”, itp. dźwiękami nie umieszczonymi w „Słowniku poprawnej polszczyzny” (zapewne przez nieuctwo autorów tego dzieła), Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu Górowskiego poinformowała zebranych, że wg uzyskanych przez niego informacji, spółka Polski Holding Medyczny we Wrocławiu (aktualny właściciel budynku po szpitalu, bo nazywanie szpitalem Zakładu Opiekuńczo – Leczniczego jest urąganiem ludzkiej inteligencji), nie występował też do NFZ we Wrocławiu o jakikolwiek kontrakt na funkcjonowanie jakiegokolwiek oddziału szpitalnego.

Ta informacja nieco mną wstrząsnęła. Liczyłem bowiem w skrytości ducha, że otworzą może chociaż nieduży oddział psychiatryczny. No chociaż z jedną salką! Taką niedużą! Na cztery łóżka! I leżelibyśmy sobie: ja, radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki. Niespełniony kandydat na burmistrza Wąsosza – Paweł „Misiu” Niedźwiedź, Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu. Tak poleżelibyśmy z sobą góra tydzień a po nim ta Trójca Nieprzenajświętsza na kolanach i z łzami w oczach prosiłaby o przeniesienie do Tworek. Już w tym moja byłaby głowa!
Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu użalał się – pisząc w skrócie – że władze obdarowanego szpitalem wrocławskiego przekręta mają ich teraz w dupie. Rzec można, że panowie spijają obecnie „nektar”, którego sami nawarzyli. Zachłysnęli się prywaciarzem i teraz się dziwią, że im gówno sztorcem w dupie staje! A trzeba było  gówna do miasta nie ściągać! A mądrzy ludzi ostrzegali!

I w tym momencie sesji o głos poprosiła pani burmistrz Irena Krzyszkiewicz. Z wrodzoną jej nieśmiałością, oczętami opuszczonymi nieco wstydliwie, w czystej nienagannej polszczyźnie, oznajmiła, że ona również dostała list i w związku z nim zorganizowała spotkanie z syndykiem masy upadłościowej po PCZ oraz władzami obdarowanej szpitalem spółki.

Kierowany litością skierowałem kącik swojego oka w stronę tzw. „władz” naszego powiatu. Ujrzałem widok straszliwy i przerażający. Jakby tu Państwu oddać ich widok? O! Już wiem! Wyglądali jak mandarynki na śmietniku pod „Biedronką”, które nie zeszły pomimo piątej przeceny. Jak mi żal … mandarynek!

I tak kobieca stanowczość, zdecydowanie i wola działania odsłoniły zwykłą nieudolność tzw. „władz” powiatu. I tak ponownie okazało się, że to nie zawsze chłop musi mieć … . Faktem jest, że tzw. „władza” powiatowa mocno się wkurzyła. Cios był nieoczekiwany, dotkliwie bolesny i przypominał smagnięcie od dawien dawna nieużywaną dyscypliną. Jak to dobrze jest mieć na podorędziu zapomniane od dawna narzędzie pedagogiczne. Tyle, że w tym przypadku sprawa jest beznadziejna.

Spotkanie, o którym mówiła pani burmistrz miało się odbyć w najbliższy czwartek. Radny powiatowy Mirosław Żłobiński poprosił jednak o przełożenie spotkania na środę. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu Pierwsza Dama wyraziła zgodę. Aż pozieleniałem z zazdrości! Dopiero w kuluarach dowiedziałem się, że – podobno radny Mirosław Żłobiński – tego dnia zawiera związek małżeński! Zakochał się! A ja myślałem, że kocha tylko siebie i archiwa państwowe. Acha! Podobno niewątpliwie szczęśliwa wybranka jest archiwistką w jednym z archiwów. W posagu ma – podobno – wnieść uwierzytelnione kopie ok. 5 ton materiałów archiwalnych. Kobieta jego marzeń!

Wracajmy do sesji. Głos zabrał radny Kazimierz Bogucki, który podziękował pani burmistrz za „cenną inicjatywę”, pochwalił za: „podjęcie inicjatywy” a tzw. „władza” powiatowa siedziała zbaraniała. Radny Kazimierz Bogucki zwrócił się też do Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu z apelem: „by złodziei nazywać po imieniu” oraz że nie można mówić o sprzedaży szpitala, ale o jego podarowaniu.

Radny Grzegorz Aleksander Trojanek przypomniał sobie, że „wicestarosta miał coś na dzisiaj przygotować”. Kręcący się od dłuższego czasu Paweł „Misiu” Niedzwiedź zaczerwienił się niczym podpalona stodoła nocą na czarnym horyzoncie, wyrzucił niczym buchaj przed rzezią w rzeźni powietrze z płuc obojga, i rzucił w stronę opozycji: „Więc robimy coś razem?!” Zamarłem!

„Faryzeusz!” – zaskowyczałem w głębi ducha. Do współpracy zapraszają opozycję wtedy, gdy ch… w twarz dostają. Ten list był właśnie tym pisanym przez „c” i „h” narządem! A przymilali się do obdarowanych szpitalem, że rzygać się chciało. Zero dbałości o interes pracowników szpitala, bo nie wolno krępować właściciela w jego decyzjach. Ale właścicielowi wolno krzywdzić ludzi?! No, kurwa popaprańcy! A jak list, którego forma i treść dają im kopa centralnie w dupę nadchodzi, to skowyczą: „Więc robimy coś razem?!” A kurwa, „Misiu”, jak podpisywaliście tę umowę o rzekomej sprzedaży szpitala, to czy przed jej podpisaniem szanowny „Misiu” pytał opozycji: „To co podpisujemy umowę w tym kształcie?” A ch… pytał! A teraz jak gównem przeklętych pomysłodawców podarowania szpitala ich przyjaciele z PCZ obrzucili, to opozycja niech ratuje. A poszli won!

Głos zabrał radny Jan Przybylski, który głośno powiedział, to o czym wszyscy mówią po kątach: „Kasa was tylko interesuje!” Nic dodać – nic ująć. Radny trafił w dziesiątkę.

Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu Górowskiego, z wrodzoną sobie „elokwencją” , zaczęła swą „mowę”. Trudno było jednak zrozumieć wypowiadane przez niego słowa. Ja zrozumiałem, że „szanuje” radnego Boguckiego, ale ma żal do niego, że mówi o „darowaniu szpitala” zamiast o jego „sprzedaży”. Widziałem, że radny Kazimierz Bogucki wzruszył się nieco szczerym wyznaniem Wielce Czcigodnej Pomyłki, która też („Pomyłka”) wyrażała swój żal, że społeczeństwo mówi Kaziowi co go boli a jemu nie.

Widać było, że Wielce Czcigodną Pomyłkę Powiatu dręczy myśl, że szlag jasny trafia jego partię, w której członkostwo wiązał z profitami. Z partią, której nie liczył intelekt, ale wierność nawet największej głupocie. Ale Platforma, rzekomo Obywatelska, władzę utraciła i teraz ciężko jest żyć tym wszystkim, którzy dotąd lekko żyli.

Te żale Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu Górowskiego wpłynęły nieco łagodząco na radnego Kazimierza Boguckiego, który podsumowują „erudycyjny” bełkot najgorszego starosty w historii powiatu, zapytał z wyraźnym smutkiem w głosie: „To dlaczego nie ma szpitala?” „Erudycja” starosty temu pytaniu nawet nie usiłowała sprostać. Wątły akumulatorek intelektu najwyraźniej odmówił posłuszeństwa.

Bezlitosny radny Jan Przybylski głośno i dobitnie rzekł: „Te 3.750 tys. za szpital nigdy nie wpłynie. Poręczcie te kwoty panowie własnym majątkiem”. Nie muszę dodawać, że ze strony oby świętych Mikołajów odzewu nie było. Przecież oni chcieli dobrze, ale wyszło pizdowato. Jak zwykle.

Delikatnie o głos poprosiła radna Teresa Frąckiewicz, która zwróciła się do żałosnych resztek PSL, reprezentowanych przez naszego najdroższego pana Jana Rewersa (biedak, bezrobocie mu w oczy zagląda) oraz wiceprzewodniczącego rady z tejże partii, którego nazwiska nie znam, bo jeszcze głosu z siebie podczas obrad nie dał. Diety to absolutnie nie przeszkadza mu pobierać. Wiem tylko, że jest z Krainy Kwitnącego Łęta, więc zgodnie z naszą tradycją za „Pyrę” będzie robił na blogu. Radna chciała poznać „konkret”. Inaczej mówiąc radną interesowało kiedy radni spotkają się w celu ustalenia treści listu. Wyraz „konkret” był na tyle abstrakcyjny i jednocześnie obcy dla naszego kochanego pana Jana Rewersa, do którego tak wielu czuje awersję, ze radna Teresa trzykrotnie musiała tłumaczyć wybitnemu działaczowi PSL o co jej idzie.


Widząc, że radna Teresa nie znajdzie wspólnej płaszczyzny porozumienia z ukochanym wodzem Rady Powiatu, interweniował radny Michał Krochta. Zgłosił on wniosek o wspólne opracowanie stanowiska w sprawie listu. Złożony wniosek przegłosowano. Ja opuściłem sesję, bo już dość miałem widoku tzw. „władzy” powiatowej i czułem, że lada chwila puszczę pawia.  Jak Państwo wiedzą paw raz wypuszczony na wolność nigdy nie wraca. 

wtorek, 21 czerwca 2016

Ale smród!

Poniżej mają Państwo pismo kuriozum. PCZ, czyli zdechła „Gazela Biznesu” tygodnika „Wprost” w końcu raczyła się odezwać. I to jak odezwać! Państwo zażyją coś na uspokojenie a jeśli mają problemy z układem krążenia to polecam trzymanie telefonu w zasięgu ręki.
Z treści tego bezczelnego pisma wynika niezbicie, że nieomal kompletnemu zamknięciu szpitala winien jest powiat górowski, który w chorym mniemaniu autorki pisma, ma na celu: „(…) całkowite zaprzestanie prowadzenia działalność gospodarczej przez spółki powiązane z PCZ S.A.”

Nie wiadomo tylko czy na taką wieść śmiać się czy płakać?! Oczywiście, że gdy powiatowa koalicja ubiegłej czarnej kadencji dawała nieomal w prezencie nasze wspólne dobro, jakim był nasz wspólny szpital, zarówno interes, mieszkańców mogących być pacjentami szpitala, w dupie mieli nie tylko interes potencjalnych pacjentów, ale też pracowników szpitala. Tym ostatnim w swoiście rozumianej „podzięce” za trud, znój i oddanie dla pacjentów, nie zagwarantowano w chuj wartej umowie sprzedaży szpitala (czytaj: darowizny) żadnych praw. Zostawiono pracowników na pastwę ludzi pozbawionych honoru i elementarnej uczciwości.

Ówczesny zarząd powiatu, wspierany przez gromadę bardzo to a bardzo miernych radnych (w rzeczy samej też mierny) nie oglądał się na interes ogólnospołeczny przy „darowaniu” naszego szpitala dla PCZ zachowywali się, jakby „obdarowany” podłączył ich do kroplówki z najczystszą morfiną! Jakież oni mieli omamy, majaki, przewidzenia! I nie zdawali sobie biedacy sprawy z faktu, że oczadzeni rzekomym dobrem jakie niesie z sobą prywatyzacja szpitala, tak właściwie stają się jego grabarzami.

A mądrzy ludzie ostrzegali! Ale oni, upojeni kroplówką z przenajczystszej PCZ – owskiej morfiny propagandy nie zdobyli się na samodzielne myślenie. Z drugiej strony jak mogli się na nie zdobyć w sytuacji, gdy dobry Bóg tą nawet t5ą drobną zdolnością ich nie obdzielił? Jak widać rozważnie dzieli on talenty ze swej spiżarni (może od początku wiedział, że i tak z nich nic z nich nie będzie?).

Skrzywdzili nas wszystkich. Eksperyment z „prywatyzacją” szpital nie wypalił. Wypaliło za to jego praktyczne zamknięcie. Zostaliśmy, my mieszkańcy powiatu, bez szpitala, ale z niedolnymi jego handlarzami na łbie. I dlatego drogi Panie Kazimierzu Bogucki, załatw Pan ich na cacy! Niech przyjdzie komisarz, weźmie zmiotkę, szufeleczkę i rach – ciach posprząta tych wielkiej wątpliwości ludzi, którzy tak wielu skrzywdzili a nadal są bezkarni. To jest dla Pana zadanie z sumienia. Kantowski imperatyw kategoryczny winien to Panu nakazać. Są skrzywdzeni? Muszą ponieść konsekwencje ich krzywdziciele. Niech oni idą w pizdu!


Co do oczekiwań PCZ zawartych w załączonym powyżej piśmie, to stwierdzić należy, że jest to klasyczna próba „odwrócenia kota ogonem”. To nie NFZ wypowiadał PCZ kontrakty na oddziały funkcjonujące w górowskim szpitalu. To właśnie PCZ stawiał pod ścianą NFZ i mieszkańców naszego powiatu. PCZ usiłuje się wybielić. I tu polecam pani Gałązkowskiej Pachołkowi, Ściborskiemu (członkowie władz PCZ, nawiasem mówiąc odrażające typy), „Domestos” lub „Ace”. Pijcie do woli! Kanalia stawia! Możecie zaprosić na tę ucztę (mniemam, że ostatnią) kochanych świętych Mikołajów – Wielce Czcigodną Pomyłkę Powiatu Górowskiego Piotra „Cielęcinę” Wołowicza oraz jego zastępcę, niedoszłego burmistrza Wąsosza Pawła Niedźwiedzia. Grosza na imprezę nie poskąpię, bo nie mogę mieszkańcom powiatu sprawić zawodu.

środa, 15 czerwca 2016

Kucie pały

Istnieje, o czym niewielu z Państwa wie, blog o nazwie „Oko Góry”. Zawarte tam informacje dupy co prawda nie rozrywają a miejscowy lud czytelniczy rzadko tam zagląda (przez co nie traci nic istotnego), ale anonimowy autor ma okazję się produkować i udowodnić, że literki w zdania składać potrafi. W dzisiejszych czasach to również sztuka w zaniku.

Nie pochylam się tu nad zawartością owych literek składanych w dania, gdyż lekarze stanowczo nie pozwalają mi się denerwować. W starych, dobrych czasach człowiek chlał i nadciśnienia nie miał. A teraz wódkę widzi tylko na półkach sklepowych i ma nadciśnienie. Tak to się proszę Państwa kończy się człowiekowi życie prawdziwe, gdy cnota (niestety!) zwycięża rozkoszny występek.

Wróćmy jednak do tematu, czyli bloga anonimowego autora, który posądził mnie o „donosicielstwo” oraz opublikowanie „Skargi” pewnego dziennikarza na pożal się Boże starostę. Szanowny anonim w trudzie i znoju, ocierając twórczy pot z niskiego czoła, kując gówno mające być w jego mniemaniu prawdą, posiłkując się jakimiś facebookowymi pierdlinami, które w mętnych oczach jego i karykaturalnym intelekcie, prawdą są równe prawdzie objawionej. Usiłuje ogłupić nielicznych Czytelników, że autorem owej opublikowanej na Wielce Czcigodną Pomyłkę Powiatu „Skargi” jest Adrian Grochowiak.

Ot, wymyśliła durna ze wszech miar pała! A nagłówkowa się pewnie przy tym niczym dżdżownica przy konstrukcji broni atomowej.

A prawda jest prozaiczna. Oto drogi anonimie mail do mnie, który wyjaśni Ci (postaraj się to zrozumieć) motywy mojej decyzji o niewyjawianiu nazwiska autora „Skargi”. Teraz już mogę to uczynić, gdyż zdjęta została klauzula poufności.
A tu pało niewybrednie kuta, czyli szanowny anonimie, masz podpis pod skargą.
No i proszę na jakiego wzorcowego cymbała wyszedłeś! Tylko wziąć miarę i w Sèvres złożyć. Najlepiej u stóp pogańskiej bogini Zmysłów Pomieszanych. Tak. W główce widzę zmiany zachodzą, pod kopułką wrze, widać sperma ujścia nie ma i wali w dekielek. A i zazdrość o niedostatek talentu ze strony anonima daje znać u anonima. No cóż. Jak się do pięt Grochowiakowi nie dorasta to trudno z tym boskim żartem żyć. Ale żyć trzeba. Pisać bzdur natomiast nie należy, bo kara spada tu i teraz.
P.S.
Przekaż swoim odważnym kolegom, że mam jeszcze kilka szyb do wybicia. A! I można jeszcze nocą w ramy okienne powalić. To takie bohaterskie! 

wtorek, 14 czerwca 2016

Niedoszła gwiazda "srebrnego ekranu"

Skargę dziennikarz napisał na najgorszego w dziejach powiatu starostę, czyli Wielce Czcigodną Pomyłkę – Piotra „Cielęcinę” Wołowicza. Wiem kto napisał skargę, ale zdradzić danych personalnych nie mogę, bo tak zażyczył sobie skarżący dziennikarz.



Fajny jest ten :”absurd”. Dla mnie oczywistym jest, że owym „absurdem” jest grabarz naszego szpitala, którego dziennikarz usiłował postawić przed kamerą, by Wielce Czcigodna Pomyłka mogła wytłumaczyć się z powodu zamknięcia szpitala. Miał członek „platfusowego” towarzystwa wzajemnej adoracji szansę błysnąć i wymiękł. A tak dzielnie sprzedawał szpital! Cuda na patyku obiecywał! A mądrzy ludzie przestrzegali, że nie tędy droga. Ale ich nie słuchał uwiedziony „rozumkowania szałem”. A teraz zamiast być gwiazdą „srebrnego ekranu” będzie jego postać nic nie znacząca, przedmiotem dochodzenia zasadności skargi.

Oczywiście nietrudno jest przewidzieć los skargi. Przy obowiązującej w Radzie Powiatu tzw. „arytmetyce”, „arytmetyczna większość”, której proszę nie mylić z moralnością, zasadami czy logiką, uzna skargę za nieuzasadnioną, by nie robić przykrości swojemu idolowi. Wszak on taki delikatny. „Generalnie” - używając ulubionego zwrotu Wielce Czcigodnej Pomyłki – jest on przecież kimś wyjątkowym. Nikt tak jak on nie podpisałby umowy o sprzedaży szpitala! Wyjątkowa umowa, której wyszliśmy trzymając wróbla, ale nie w garści lecz w przestworzach.

I co tam krzywda pielęgniarek, co tam wściekłość ludzi pozbawionych szpitala, co tam likwidacja ponad stu miejsc pracy! Ważne, że jest kaczo, byczo i indyczo. Dla niego, Wołowicza, bo los reszty, tych skrzywdzonych podjętą przez niego głupią decyzją jest  nieistotny. Liczy się wódz. Tyle, że za tym „wodzuniem” kroczy legion picu.


I raz jeszcze apel do szefa górowskiego PiS – u: Niech oni sobie idą w pizdu, Panie Kaziu!

niedziela, 5 czerwca 2016

Jemu nie wisi

Skandalem zapachniało w powietrzu. Górowianin Mieczysław Gryza, obecnie mieszkaniec stolicy Pyrlandii, dokonał w pełni świadomego aktu „wandalizmu”. Wyborował ścianie zabytkowego ratusza w Legnicy niewielką dziurkę. Celem jego akcji było zwrócenie uwagi opinii publicznej na niszczenie zabytków w Polsce, które odbywa się na naszych oczach, przy milczącej aprobacie władz, konserwatorów zabytków i cholera wie jeszcze kogo.

Mieczysław Gryza, znany mi osobiście, gdyż nie tylko był moim sąsiadem z podwórka oddalonego przez ulicę, ale był też członkiem Amatorskiego Klubu Filmowego „Profil”, którym kierował nieżyjący już niestety Józef Lesiak, wielki przyjaciel młodzieży i autentyczny autorytet dla nas wszystkich. Mieciu kręcił filmy amatorskie, które zawsze łamały wszelkie konwencje. Miał też oddanego przyjaciela „Dudusia” – Jurka Gudalewicza, który obecnie jest szanowanym inżynierem w KGHM, chociaż – jak pamiętam – wówczas absolutnie nic na to nie wskazywało.

Razem Mietek i „Duduś” tworzyli nieodłączną parę podczas kręcenia filmów. Pamiętam taki film „Na śmierć rewolucjonisty”. Rolę „rewolucjonisty” grał oczywiście „Duduś”. Był luty, zimno jak cholera a „Duduś” musiał zaiwaniać na miejsce symbolicznego rozstrzelania na bosaka. Dodatkowo na miejscu rzekomej egzekucji „Duduś” miał rozerwać na znak bezgranicznego oddania sprawie rewolucji i pogardy dla oczekującej go śmierci. Koszulę, w którą był przyodziany. „Duduś” jednak nieoczekiwanie zmienił scenariusz filmu i nie chcąc narażać się w domu na konsekwencje z tytułu znacznego uszkodzenia koszuli, zaczął ją z mozołem rozpinać guzik po guziku. Kamera włączona, reżyser Mietek kręci a „rewolucjonista” z angielską flegmą rozpina koszulę guzik po guziku. Mietka nieomal szlag nie trafił! Posypały się joby! „Duduś” siny z zimna, Mietek wkurwiony na maksa. Stop! Kręcą od nowa. Przy powtórce wszystko idzie zgodnie z planem. „Duduś” rozrywa koszulę jednym ruchem rąk i widzą ukazuje się mizerna (sorry Duduś, ale oszczędnie byłeś wówczas zbudowany) rewolucjonisty bohatersko wystawiona na kule czarnej redakcji.
Tak, tak. Wesoła z nas była rodzinka w „Profilu”. Wesoła, bardzo zgrana, pomysłowa, często przyprawiająca innych o ból głowy ku naszej niewymownej uciesze.
 Od lewej: Mieczysław "Mietal" Gryza, ja, "Duduś"

Z „Dudusiem” spróbowałem wtedy po raz pierwszy wódeczki. „Duduś” przytargał do „Profilu” połóweczkę „Klubowej”. Konał będę a tego smaku nie zapomnę. Woła mnie i pyta czy coś wypijemy. Ja zbaraniałem, bom smaku wódki jeszcze w swoim życiu, które wówczas składało się z kilkunastu przepięknych wiosen, nie miałem zaszczytu poznać. Ale co miałem wymięknąć?! Zaszyliśmy się w kanciapie pod schodami, gdzie sprzątaczki przetrzymywały swój sprzęt. Literatkami piliśmy! A co?! Jak spaść to z dużego konia nie kucyka!
Mietek i „Duduś” chodzili do tej samej klasy w ogólniaku. Mietek był szeroko znany w szkole ze swojego „olewajskiego” stosunku do narzucanych przez szkołę konwenansów. Szkolna akademia. Chłopcy w garniturach pod krawatami, dziewczęta granatowe spódniczki plus białe bluzki. Atmosfera podniosła, w powietrzu czuć nadęcie i cały idiotyzm sytuacji. Akademia się zaczyna. Wpada odrobinę spóźniony Miecio. W garniturze, trampkach (bywało, że i w laczkach), pod marynarką koszulka gimnastyczna na szelkach, spod której wyrasta bujny zarost klatki piersiowej. Nadęta atmosfera pęka niczym bańka mydlana, przez przestrzeń sali przetacza się uczniowski rechot, dostojne grono pedagogiczne zgorszone. I ma Mietek upragniony efekt – szlag trafił podniosły nastrój. A o cóż innego mogło chodzić raczkującemu artyście?

Jak więc Państwo widzą nasz górowski z krwi i kości artysta Miecio się za bardzo nie zmienił, o czym świadczy treść listu, z którego dowiedzą się Państwo w czym rzecz. Dodać należy, że w dostarczonym liście jest mowa też o sprawie, która dotyczy naszej gminy. Obszernej informacji na ten temat dostarczy link zamieszczony w liście.

LIST OTWARTY

Listem tym chcę wyjaśnić motywy, dla których w performansie wykonanym podczas finału XXV Międzynarodowego Konkursu Sztuki Złotniczej w Legnicy zrobiłem dziurę w ścianie legnickiego Ratusza.
Jestem poznańskim artystą, który urodził i wychował się na Dolnym Śląsku. Zawsze bolało mnie, powszechne na naszych ziemiach odzyskanych, okrutne traktowanie tego, co „poniemieckie”.
W 2007 roku podjąłem próbę rewitalizacji starego, zniszczonego mostu kolejowego na rzece Barycz w Osetnie. Przepięknego mostu, który, choć zabytkowy, nie interesuje urzędów.
Mimo moich wieloletnich starań i interwencji w tej sprawie, władze gminy pozostały na jego los obojętne.


 Jako artysta wykonałem na moście performans. Moja praca w postaci relacji multimedialnej z tej akcji, została nagrodzona w 2012 roku na legnickim konkursie. Odbierając wyróżnienie od organizatorów, chciałem by historia mostu, choćby symbolicznie, miała swój ciąg dalszy. Rozsypałem otrzymaną nagrodę (1 kg srebra w granulacie), siejąc w ten sposób ideę ratowania mostu wśród zebranych gości.


Ostatni raz byłem w Osetnie dwa tygodnie temu. Niestety nadal jest on rozkradany przez złomiarzy
i niszczeje. W 2015 roku, w swoich powrotach na ziemie dolnośląskie, trafiłem do Jędrzychowa - miejscowości oddalonej ok. 35 km od Legnicy. Jest tam zrujnowany, rozkradziony zbór poewangelicki, który jak most na Baryczy, niszczeje w oczach.

Hańbiąca dewastacja jest obojętna mieszkańcom, władzom i urzędom powołanym do ochrony zabytków. Wobec takich zachowań, niegodnych Polski i Polaka, postanowiłem „przywlec tego rozkładającego się trupa na salony”. Z jędrzychowskiej cegły zrobiłem naszyjnik, nagrodzony przez międzynarodowe, prestiżowe jury. Można go obejrzeć na wystawie Galerii Sztuki w Legnicy (Plac Katedralny 1) wśród najlepszych dzieł tegorocznego konkursu.


„Sztuka jest po to, by stawiać pytania.” Milczenie i obojętność wobec niszczenia cennego zabytku uznałem za cel mojego ataku. Przy użyciu młotowiertarki, na uroczystym rozdaniu nagród 21 maja 2016 roku w legnickim Ratuszu, skomentowałem swoją konkursową pracę. W imieniu Jędrzychowa wykonałem performans zadając pytanie: „Jakie są granice tolerancji dla niszczenia zabytków?”.


Usłyszałem, że będzie wyrok na wandala. A odpowiedzi należy szukać w cegle z naszyjnika…„38 sekund, które wywołało takie oburzenie, poświęciłem dla Jędrzychowa i dla sztuki.

38 sekund - tyle czasu zajęło mi symboliczne naruszenie wewnętrznej, wielokrotnie remontowanej i tynkowanej ściany Ratusza. A powszechna, nie tylko na Dolnym Śląsku, zagłada zabytków trwa od dziesiątek lat w przyzwoleniu i obojętności władz i urzędów.

 Prawdziwym absurdem i hipokryzją jest dla mnie histeryczna reakcja na dziurę w ścianie wielkości jak pod gniazdko elektryczne i jednocześnie kompletna obojętność wobec Jędrzychowa i jego bogatej historii. Niestety tragiczna sytuacja tego ewangelickiego zboru to tylko jeden z niechlubnych przykładów, jakich w naszym kraju mamy tak wiele. Rozejrzyjcie się wokoło. Ile zabytków jest rujnowanych ignorancją i doraźnymi interesami?

Po performansie pozostał kawałek cegły z legnickiego Ratusza. Wykonam z niego prace artystyczną - obiekt do myślenia. Jestem przekonany, że jako dzieło sztuki będzie miał większe szanse na przetrwanie niż w architekturze, jak pokazuje 700-letnia historia jędrzychowskiego zabytku.

Kończąc ten list sparafrazuję znane przysłowie: „Uderz w ratusz a ruiny się odezwą”. Co mają do powiedzenia? Zapraszam na wycieczkę do Jędrzychowa.


Performer
Mieczysław

sobota, 4 czerwca 2016

Niech idą w pizdu!

No więc szlag trafił górowski szpital! Spełniło się to, o czym pisałem w grudniu 2013 r, gdy bezmyślnie, bez wyobraźni, bez poczucie odpowiedzialności za zdrowie i życie mieszkańców powiatu górowskiego, z przekonaniem (nie popartym intelektem i rzetelną wiedzą) o wyższości zarządzania szpitalem przez prywaciarza nad zarządzaniem z nadania samorządu), o czekającym nas cudzie przemieniającym nasz szpital, który miał się dokonać pod rządami „Gazeli biznesu”, jakim to tytułem szpanował i czarował głupich i naiwnych, nabywca szpital - PCZ Wrocław.

No i cud się dokonał! Aż mieszkańcy ze zdziwienia buziuchny pootwierali. Co jakiś czas powiat obiegała informacja o zamykaniu kolejnych oddziałów. Buch! Inie ma oddziału chirurgicznego. Cud! Istniał nieprzerwanie od 1945 r., (licząc tylko okres od przyłączenia Góry do Polski). Buch! I cud kolejny. Znikł oddział wewnętrzny. Też z długą tradycją. Bach, bach! I podwoje dla pacjentów, czyli Państwa, zamyka ginekologia i położnictwo, dzięki czemu nikt, kto przyjdzie na świat, nie poda w cv: miejsce urodzenie – Góra. Jakież to proste! Ba! Piwko z małą pianką. Cud kolejny z łańcuch cudów szpitalnych wieszczonych przez Wielce Czcigodną Pomyłkę Powiatu , starostę najgorszego w jego historii – Piotra „Cielęcinę” Wołowicza, zwanego prywatnie przez znaczną część pracowników starostwa „Łysym Nieudacznikiem”. Całość cudów dopełniło zamknięcie oddziału dziecięcego, izby przyjęć oraz ograniczenie dni pracy pracowni RTG od poniedziałku do piątku, i to w ograniczonej liczbie godzin.

A co na to w Wielce Czcigodna Pomyłka? Nic! Bo co rozsądnego może powiedzieć człowiek, który zgadza się na umowę, w której za 1/6 kwoty należnej, nabywca naszego szpitala, czyli PCZ Wrocław, otrzymuje akt notarialny, na mocy którego staje się właścicielem szpitala. I w akcie owym nie ma zabezpieczającego starostwo zapisu, że stanie się nim po zapłaceniu całej kwoty.

Ktoś z Państwa zakrzyknąć może w oburzeniu, że sprawa śmierdzi. I ma prawo tak zakrzyknąć! Bo idiotyzm związany z przeniesienie praw własności szpitala przed spłatą ostatniej raty jest krystalicznym idiotyzmem. I kiedy "na mieście" ludzie mnie pytają o to, czy ci, którzy sprzedali w ten idiotyczny sposób nasz szpital, dostali za to od  „Gazeli biznesu” tzw. „wziątkę”, to ja, w sposób kategoryczny i stanowczy temu zaprzeczam.

Swoje przypuszczenie o nie wzięciu „wziątki” opieram na znajomości tak Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu, jak i wysoko postawionych członków „Gazeli biznesu”, których wątpliwy „zaszczyt” miałem poznać dzięki procesowi sądowemu (obrzydliwe kreatury!), występując tam w roli oskarżonego przez nich (czego absolutnie się nie wstydzę i nie żałuję), którzy po 5 lub góra 10 min. rozmowy z „Łysym Nieudacznikiem”, kapnęli by się z kim mają do czynienia, i że wręczanie ww. tzw. „wziątki” byłoby wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Dlatego najuprzejmiej proszę proszę Państwa, by nie zaczepiać mnie na ulicy i nie szeptać, nerwowo przy tym się oglądając, że Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu dostała za nieudolną sprzedaż powiatu „wziątkę” w postaci rzekomej bardzo wartościowej działki nad morzem, w górach czy na Mazurach. Kto chce niech sobie w to wierzy, ale ja wierzył będę w to tak samo, jak w to, że Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu nadaje się na starostę lub że jest inteligentny.

Z kolei interesującym przyczynkiem do sprawy sprzedaży szpitala są wyznania mojego ukochanego i wielce sprytnego radnego Marka „Bananowego Uśmiecha” Biernackiego (oby dni jego promieniały zyskownymi geszeftami a poduszki do snu jego wypchane były banknotami z różnych krajów świata o możliwie najwyższym nominale), który ostatnio w rozmowie ze mną stwierdził, iż w sprawie sformułowań w umowie: „Zarząd Powiatu go oszukał”. Zawsze wiedziałem, że kochany „Bananowy Uśmiech” jest nieodrodnym synem Naiwności, który w bezmiarze swojej ufności do ludzi palnie jakaś gafę. I właśnie ten bezmiar ufności, ocean zaufania do innych przedstawicieli rodzaju ludzkiego spowodował, że nasze niebożątko Mareczek głosował za sprzedażą szpitala.  Nie znał treści umowy po prostu i kierował się najszczerszym przekonaniem, że „Łysy Nieudacznik” jest inteligentny (jakież okrutne rozczarowanie) i nie podpisze  tak idiotycznie sformułowanej umowy.

I ja w to wierzę głęboko i szczerze, tak jak w to, że wicestarosta Paweł Niedźwiedź nigdy nie został przyłapany przez policję z marychą we Wrocławiu.

Proszę jednak zauważyć, że szpital zamknięto, ale Wielce Czcigodna Pomyłka i jego niedoszły zastępca - niedoszły burmistrz Wąsosza, czyli Paweł Niedźwiedź - nadal piastują swoje funkcje. I to jest zgroza! Poczucie niesmaku ma mnóstwo mieszkańców naszego miasta, którzy pytają mnie kiedy ci tacy i owacy (ze względu na wymogi związane z przestrzeganiem zasad obyczajowości poprzestanę na „takich i owakich”, nie rozwijając pierwotnego znaczenia tych sformułowań), stracą swoją robotę.

Na takie dictum rozmówców rozkładam bezradnie ramiona i stwierdzam, za jednym z opozycyjnych radnych, że: „arytmetyka jest nieubłagana”, co oznacza, że większość radnych popiera starostę „Cielęcinę” i w tej sytuacji nie ma mowy o skutecznym odwołaniu go z tej lukratywnej posady. Rozmówcy na taką wypowiedź reagują gorzkim śmiechem i patrzą na mnie z niedowierzaniem jak lekarze z leszczyńskiego szpitala, którzy kazali się bliskim żegnać ze mną, gdy dwukrotnie wybierałem się na nieznany nikomu brzeg.

Nawiasem mówiąc przypominam sobie, że jak zjawiłem się na nieznanym mi brzegu, to od razu stanąłem przed jakąś komisją. Taki brodaty jej przewodniczył. Klucz miał ogromny na nieco zardzewiałym łańcuchu, którym rytmicznie pukał w stół.

Zapytał o imię, nazwisko, datę urodzenia, ale robił jakby mechanicznie, bo – jak mi się wydawało – wszystko o mnie widział. „Cóż, czas na ciebie przyszedł” – rzekł. „Pożyłeś tyle ile miałeś i chwatit”. „Mówi się trudno odrzekłem”. I kiedy wydawało mi się, że to już koniec, to wtedy taki jeden ze skrzydłami w gipsie, który studiował jakieś papiery rzekł:
- Momento, monsignore Piotrusiu, spójrz łaskawie na to. I tu podał mu papiery jakoweś, które wcześniej pilnie studiował. Zbaraniałem, bo myślałem, że jakiś donos na drugi brzeg dostali a ja tu nieboszczyk nieomal i weź wytłumacz gościom, co w nim jest prawdą a co zwykłym oszczerstwem.
Monsignore Piotr zagłębił się w lekturze. Czytał szybko i co czas jakiś rzucał na mnie spojrzenie. W końcu spytał połamańca w gipsie:
- A ci, których ruszał w pismach swoich, to jakie notowania mają u nas?
- Mówiąc najkrócej to potencjalni kandydaci do siedziby Don Lucyfera. Po części swołocz, po części kombinatorzy, głupki, krętacze i głupcy. Zważ drogi Piotrze, że w pismach tego nieszczęśnika nikt nie jest przypadkowo. Wszyscy na bycie tam  solennie sobie zasłużyli.
- Zróbmy tak – nieoczekiwanie odezwał się rudzielec z dwoma różkami – niech on sobie wróci skąd przyszedł. I tak nam się nie wymknie. Ja go nie chcę nawet za dopłatą, bo spokój mam u siebie. Wy nie bardzo go chcecie, bo macie nadzieję, że przeróżne niegodziwości będzie nadal piętnował i starał się grzeszników, fałszywców maści różnej nawracać na drogę cnoty i tego waszego „Dekalogu”. Próżny jednak trud Robercik jest twój, bo jak mawiał Orwell „raz kurwa – zawsze kurwa.”
- Czym synu do nas przybyłeś? – spytał mnie monsignore Piotr.
- Łódką wiosłową – odrzekłem zgodnie z prawdą.
- Odesłać go migiem, ale ścigaczem wodnym, tam skąd przybył. Bo jeszcze nam się tu zagnieździ – zaordynował połamaniec.
I obudziłem się w szpitalu.
- Proszę powiedzieć czy wie Pan, gdzie się znajduje?- usłyszałem pytanie.
- W szpitalu w Górze – odpowiedziałem.
- Pan jest w szpitalu, ale w Lesznie – usłyszałem. Wtedy naprawdę się zdenerwowałem. Kurwa! To ja mam kitę w Lesznie odwalać, bo debile jakoweś szpital w ręce złodziei sprzedali! No kurwa, ja wam zrobię bal, tylko dojdę do siebie.

I dlatego myśl o tym, że moja ukochana Góra nie ma szpitala, przez głupią decyzję grupki bęcwałów, myśl o tym, jak wielką krzywdę wyrządzono mieszkańcom powiatu, w jaki chamski sposób potraktowano pielęgniarki naszego szpitala, którym poobcinano wynagrodzenia, pozmieniano umowy na śmieciówki, część z nich została „przedstawicielami handlowymi” (po 5 latach wykonywania takiej umowy traciły swoje uprawnienia do wykonywania zawodu); myśl o tej krzywdzie wyrządzonej nam wszystkim trzymała mnie przy duchu. Nie kurwa, bęcwały! Tak nie będzie! Nie po to ja tu powróciłem!

I doszła mnie wieść radosna. Grabarze naszego szpitala opuszczą wkrótce swoje stanowiska. Za sprawą miejscowego PiS – u przybędzie komisarz. Wówczas powiedzenie: „arytmetyka jest nieubłagana”, stanie się nieaktualne. Przy komisarycznym zarządzie nie ma bowiem Rady Powiatu i żadnej nieubłaganej arytmetyki. Jest komisarz i nic więcej. A jego czas nadchodzi nieubłaganie. Wyczekujemy go z utęsknieniem.

Górowski PiS nie ma innej możliwości, by sprawiedliwości stało się zadość. Wołowicz i Niedźwiedź won! Za szpital, za pielęgniarki, za zlikwidowanie szpitala. I niech nikt nie pierdoli, że oni chcieli dobrze. Jakby chcieli dobrze, to sprzedaliby szpital w cywilizowany sposób ludziom uczciwym a nie firmie, o której w momencie sprzedaży już krążyły złe wieści.

I dość mam już patrzenia na ich bezczelne miny i tępe spojrzenia podczas sesji. Dość mam ich widoku, bo ten powoduje u mnie odruch wymiotny. Niech cała opozycja pogodzi się z myślą o komisarzu. Nie warto być nieprzyzwoitym za dietę w kwocie 670 zł miesięcznie. Wiem, że nie będzie można się wygadać, nawrzucać. Tylko jaki pożytek z tego gadania, skoro: „arytmetyka jest nieubłagana”?! Mają sobie grabarze i ich bezmyślni poplecznicy trwać i brać diety? Z gadania opozycji nie ma żadnego pożytku, bo: „arytmetyka jest nieubłagana”. A Państwa gadanie niczego nie zmieni, ale za to przedłuża ich całkowicie szkodliwy pobyt na zajmowanych stanowiskach. To nie jest ani normalne ani też moralne. Kop w dupę należy im się, jak miska mleka nawet bezdomnemu kotu.

Dlatego proszę Pana, panie Kazimierzu Bogucki, o wymierzenie tego kopa. Pomaga pan burmistrz Irenie Krzyszkiewicz w załatwianiu różnych istotnych dla gminy spraw, pomimo różnic w przynależności partyjnej. I to jest piękne, szlachetne i służy nam wszystkim. Ale nie jest w interesie nas wszystkich utrzymywanie starosty, wicestarosty i ich popleczników przy władzy, z którą i tak nie wiedzą co zrobić. A jak już robią z niej, to krzywdę nam wszystkim.

To już nie jest kwestia polityki, ale zasad. Sprawcy zamknięcia szpital niech idą w pizdu! Jest wina – jest kara. Niech Pan zrobi to, czego oczekuje niecierpliwie opinia publiczna, sponiewierane pielęgniarki, ludzie mający problem z dostaniem się do ościennych szpitali, które – pomimo zapewnień dolnośląskiego NFZ – nie chcą ich lub traktują bardzo niechętnie.

Niech sprawiedliwości Panie Kazimierzu stanie się więc zadość. I to jak najszybciej. Bo każdy dzień ich obecności w starostwie jest zniewagą  a dla nas wszystkich. Arytmetyka sprowadzi się wówczas do prostego równania: komisarz = grabarze won! To piękne równanie! Panie Kaziu! Niech oni jak najszybciej idą w pizdu!

piątek, 8 kwietnia 2016

Generalska reprymenda

Nieraz człowiek chce dobrze, ale okazuje się, że zrobił źle. Przynajmniej w ocenie innych, którzy sądzą, że człowiek zrobił źle. I ma się potem najgłębsze wyrzuty sumienia, które pogłębiają się wraz ze świadomością, że ktoś znaczący, można z angielskiego rzec, że big fish.

Gdyby uwagę człowiekowi jakiś leszcz albo inna płotka nie byłoby sprawy. Ale jak uwagę zwraca big fish, to trzeba sprawę przemyśleć. I to przemyślenie mnie właśnie dotyczy. Opiszmy jednak najpierw rzecz całą, by Czytelnik miał wgląd w niezręczną sytuację, która mnie spotkała.

31 marca o godz. 830 odbywała się szybka sesja naszej Rady Miejskiej. Nieco na obrady się spóźniłem, ale wchodząc w pośpiechu zobaczyłem witający mnie środkowy paluszek, który kiwał się równomiernie na lewą i prawą stronę. Pomyślałem sobie, że paluszek komuś grozi. Odwróciłem się odruchowo, by zobaczyć komu tez grozi paluszek, bo przecież nie mi. Jak mógłby gro iż mi jakiś paluszek? Za co!? Przecież ja z samej łagodności i miłosierdzia zbudowany jestem. Wie to każdy.

Odwróciłem się, by zobaczyć jakiemu to huncwotowi grozi paluszek, który wciąż rytmicznie kiwał się z ze strony prawej na lewą. Za sobą zobaczyłem tylko solidne poniemieckie drzwi.

Kiwający się rytmicznie niczym wahadło pana Foucaulta paluszek jednak nadal się kiwał! Pojąłem, że tenże paluszek mi grozi! W okamgnieniu przyprowadziłem gruntowny remanent sumienia swojego, by odnaleźć w nim grzech jakowyś, który mógłbym popełnić. I z głębi sumienia swojego nie mogłam wydobyć nawet krztyny grzechu. Od boleści niespodziewanej, która spadła na mnie bez ostrzeżeń i gróźb, nawet nie wiem jak grzeszyć. Z trudem wyszedł człowiek z zaawansowanego syfilisu, nieprzyjemnej kiły i dość wrednej odmiany HIV. I jak tu grzeszyć?! Sami Państwo przyznają, że czysty jestem jak łza. Przynajmniej na razie.

Z kiwającego się paluszka przesunąłem wzrok w poszukiwaniu jego właściciela. Jakież było moje zdumienie, gdy kiwający się paluszek okazał się własnością Generała Gaśnicy, czyli znanego wszystkim szefa sikawkowych, ogniomistrzów, aspirantów, i innych specjalistów walczących z czerwonym kurem pod egidą św. Floriana.


Zdębiałem! Generał Gaśnica mi grozi! Ponownie przeszukałem otchłani swojego sumienia. Nie znalazłem nic! Zeskanowałem w ułamek sekundy otchłanie swojej pamięci. Znalazłem! Ma człowiek trochę wiedzy o tym i tamtym. Ale przecież nie pisałem np., że pan Generał Gaśnica wszedł w buty projektanta nowej strażnicy, i zaprojektował obok swojego gabinetu osobistą łazienkę, której w planie nie było. A jak w planie nie było, to w kosztorysie tez nie.

Zresztą po co komu wiedza o osobistej łazience naszego Generała Gaśnicy i kulisach jej budowy? Ważne, że czysty jest nasz miejscowy Generał Gaśnica. Przecież o tym nie pisałem – zadumałem się. Skąd więc wahadłowy palec?!

I przypomniałem sobie! Dzień wcześniej zadzwoniłem na numer alarmowy 112 i zgłosiłem, że kłęby dymu zasnuwają ulicę Szkolną. Sympatyczna pani dopytywała się czy widzę ogień. Zgodnie z prawdą odrzekłem, że nie widzę ognia, bo jego miejsce, z którego wydobywają się kłęby dymu przysłaniał mi budynek naszego ogólniaka, którego świetność już dawno przeminęła.

Po zgłoszeniu dymu, pokuśtykałem korzystając z pomocy mojej oddanej mi przyjaciółki madame de Culi dalej. Na skrzyżowaniu ulicy Szkolnej z Armii Polskiej dojrzałem źródło dymu. Kłęby dymu buchały po niebo z okolic położonych przy ulicy Leśnej i Przylesia.

Ze zgrozą skonstatowałem, że właśnie w tej okolicy mieszka nasz Generał Gaśnica, na którego widok – jak wieść gminna niesie – pożary same gasną. Pomyślałem, że być może ofiarą czerwonego kura może być – nie daj Boże! – nasz waleczny Generał. Przez moment oczami swojej niczym niepohamowanej wyobraźni ujrzałem Generała Gaśnicę w czeluściach wszech pożerającego ognia. A jest z niego kawał chłopa, to i skwarka byłaby przednia. Oblizałem się mimochodem a w brzuchu mi zaburczało. Uspokoiłem swoje stargane nerwy dopiero wówczas, gdy najkrótszą drogą od siedziby naszych strażaków, czyli od wieży ciśnień nadjechał majestatyczne wóz strażacki. Jego wielkość i majestat szczególnie podkreślał szybkość z jaką się poruszał. Pędził niczym oszalały ślimak.

Skończyła się sesja gminna a ja udałem się w kierunku dostojnego, czystego Generała Gaśnicy, by upewnić się o co mu chodzi. Okazało się, że dobrze kombinowałem. Nie chodziło o osobistą łazienkę, której w pierwotnych planach budowy strażnicy nie było, ale o moje zgłoszenie z dnia poprzedniego.

Nasz nieustraszony pogromca pożarów miał do mnie pretensję, że zadzwoniłem pod nr 112 zamiast pod nr lokalny, który mi przypomniał – 998. Drga zgłoszona pretensja dotyczyła zepsutej – wg niego przeze mnie – statystyki. A wiadomo, że statystyka rzecz święta, która prawdę nam powie. Trzecia pretensja dotyczyła tego, że nie polazłem w miejsce skąd wydobywał się dym. Generał Gaśnica wyjaśnił mi, że źródłem wszechogarniającego dymu było ognisko, przy którym nawet pieczono kiełbaski. Stwierdziłem, ze w naszym mieście jest zakaz palenia ognisk i dopytywałem się czy na miłośnika pieczonych kiełbasek nałożono mandat. Najdzielniejszy z dzielnych stwierdził, że jego straż nie jest od nakładania mandatów i odesłał mnie do nie mniej niż on straży miejskiej.


Ta ostania pretensja ubodła mnie osobiście. Stwierdziłem, że: „nie ma dymu bez ognia”, co Generał Gaśnica przyznał (chociaż z dużą niechęcią) oraz że szalona prędkość, z którą obecnie się poruszam, raczej takie wycieczki wyklucza, bo nasze chodniki przyjazne ludziom chodzącym pod rękę z madame de Cula, nie należą. Generał Gaśnica był jednak odmiennego zdania i pouczał mnie – na przyszłość – że mam ustalać źródło dymu. Wiedząc, że z Generałem Gaśnicą żartów nie ma zobowiązałem się, że nie tylko będę ustalał źródło dymu, ale dodatkowo – w ramach skruchy – będę nosił z sobą gaśnicę. Ku mojej niewysłowionej uldze Generał Gaśnica z najwyższą radością przyjął moje zapewnienia. A ja w skrytości ducha swojego pomyślałem: „Jak ja będę nosił z sobą gaśnicę to po jaki (wiadomo co) Generał Gaśnica? A może długotrwałe szefowanie strażakom wpłynęło u Generała Gaśnicy na pojawienie się sodówki? 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Objawienie geniusza

Burza rzęsistych oklasków przywitała – podobno – powszechnie uwielbianego starostę powiatu górowskiego – Piotra Wołowicza, zwanego wśród urzędników starostwa „Cielęciną”.

Powodem owacji na stojąc, huraganu oklasków był fakt zamknięcia w dniu dzisiejszym ostatniego oddziału szpitalnego – pediatrii. Wiadomym jest bowiem powszechnie, że zgodnie ze świętą umową o sprzedaży szpitala, za każdy zamknięty oddział szpitalny, nabywca szpitala Polskie Centrum Zdrowia, zobowiązał się do wpłaty 1 miliona złotych na konto starostwa.

Co prawda lekarze pediatrzy, którzy pracowali na tym oddziale już 1 kwietnia złożyli gremialnie wypowiedzenie z pracy, ale decyzję o zamknięciu ostatniego oddziału obwieszczono dzisiaj, przed południem. Lekarze, którzy tam pracowali nie otrzymywali wynagrodzenia za pracę już od stycznia br. Wielkie mi mecyje! Robić im się za darmo nie chciało. Ten wrzód przeciął właściciel szpitala, wychodząc z założenia, że zawód lekarski to misja. A idzie wiosna i za chwilę w ogrodach zacznie rosnąc kapusta, sałata, obrodzą papierówki, marchewka, i da się jakoś wyżyć. Warzywa są zdrowe i aż dziwne, że lekarze tego prostego faktu nie rozumieją.

Wiadomo jest powszechnie, że dotąd nabywca szpitala zamknął 3 oddziały i z tego tytułu na konto starostwa wpłynęły 3 mln zł. Co prawda nie wprowadzono tej kwoty jeszcze do budżetu naszego powiatu, ale – podobno – wynikło to z tego, iż oczekiwano od grudnia 2013 r., gdy „sprzedano” szpital na pełną kwotę, tj. 4 mln zł. Jak Państwo widzicie nasz ukochany i uwielbiany starosta okazał się człowiekiem ze wszech miar przewidującym, dalekowzrocznym. Można rzec nawet, że otarł się o geniusz.

Mylił się za to mój najdroższy przyjaciel, radość żywota mojego, krynica mądrości, pierwszy biznesmen powiatu mgr inż. Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki, który w grudniu 2013 wieścił pielęgniarką górowskiego szpitala nieustający rozwój placówki, wyższe płace, wzrost poziomu usług zdrowotnych i rozszerzenie działalności świadczonych usług medycznych.

Wszystkim dech zapierał rozmach, z jakim nabywca szpitala Polskie Centrum Zdrowia, reorganizował niegdyś nasz szpital. Zwalniano ludzi z pracy (pewnie nierobów), przechodzono z umów o pracę na umowy opiewające na 1/23 etatu, ¼ etatu (pewnie, żeby personelowi we łbach się nie poprzewracało), zamontowano kamery (żeby pracownicy wiedzieli, że nowy właściciel czuwa dniem i nocą), podniesiono opłaty za zakład opiekuńcze leczniczy, zdjęcia rtg i inne usługi (by chorzy przekonali się na własnej skórze, że warto dbać o zdrowie).

Pamiętam, jak ówczesny przewodniczący Rady Powiatu – Edward Szendryk, zachwalał nabywcę szpitala. Kreślił promieniste perspektywy rozwoju górowskiej lecznicy, w której nieco później zaczął pracować, by osobiście wziąć udział w szpitalnej rewolucji. Popierał w ten sposób swojego przyszłego zięcia – „Bananowego Uśmiecha”.

W celu dalszego dynamicznego rozwoju górowskiego szpitala zlikwidowano tomograf komputerowy w nadziei, że wysoki poziom kadry medycznej ściągniętej do górowskiego szpitala będzie miała przeszywający pacjenta na wskroś wzrok, co spowoduje, że tomograf stanie się zbytecznym. Ci, których całe rzesze ściągniętych z całego województwa specjalistów o przeszywającym na wskroś pacjenta wzroku, pomimo tych umiejętności nie potrafiono zdiagnozować, wożono do Rawicza. W ten sposób rzesze chorych miały okazję podziwiać z okien karetek transportu sanitarnego nasz polski krajobraz. Może rzec, że wycieczki te miały wymiar edukacyjny, który zakłócany był jazdą karetki po dziurach.

A nasz ukochany przywódca, zwany pieszczotliwie „Cielęciną” siedział w zaciszu gabinetu i cicho liczył: zamknięty wewnętrzny = 1 mln zł, zamknięta chirurgia = 1 mln zł, zamknięty położniczy = 1 mln zł., zamknięty dziecięcy = 1 mln zł. Później z mozołem, marszczą swoje niskie czoło, żmudnie na palcach sumował mityczne kary. Raz wychodziło mu 5 mln, innym razem 3, ale bywało też, że po umaczaniu palca atramentem na znak, iż konkretny milion został wliczony w rachunek niewątpliwego zysku, udawało mu się otrzymać właściwą sumę, co napawało go taką dumą, że z tylnej kiszeni swoich workowatych spodni wyciągał grzebień, który dostał na pryma aprilis od Słońca Góry, naszego Majestatu. Z uczuciem dumy czytał napis na grzebieniu: „Na mądrej głowie włosy nie rosną”.

Zaprawdę, powiadam Państwu, że wielkim człowiekiem jest nasz słusznie przez wszystkich powiatowy przywódca. Drżą przed nim włodarze ościennych gmin, którzy z bojaźni przed jego wielkością nie pojawiają się na sesjach Rady Powiatu. Owszem, zaszczyca swoją obecnością sesje Rady Powiatu nasz Majestat, ale wymyka się podczas przerwy widząc, że jej jasność bleknie w obliczu intelektualnej jasności ukochanego przez masy pracujące miast i wsi, inteligentów, którzy wszystkiego co w życiu potrzebne nauczyli się już w przedszkolu, a więc dla nich dalsza nauka nie miała już sensu, wodza naszego powiatu, pieszczotliwie zwanego „Cielęciną”. To słowo wymawiać należy z czcią, najgłębszą miłością i wdzięcznością za dokonanie transakcji XXI stulecia.

Tylko geniusz mógł bowiem oddać wszystkie udziały naszego szpitala za dwie raty należności za szpital. Ktoś powiedzieć może, że to niegospodarność, brak troski o mienie nas wszystkich. Ktoś niegrzeczny, z lukami w kulturze osobistej mógłby wysnuć błędny wniosek, iż nasz najdroższy wódz powiatu jest psychiczny. W tym miejscu pragnę Państwu rzec, że wg psychiatrów wszyscy jesteśmy psychicznie, tylko jeszcze nie zdiagnozowani.

We wtorek dyrektorską funkcję straciła Danuta Perek, która niegdyś była szefową wszystkich pielęgniarek i przewodniczącą zakładowej „Solidarności”. Ta wybitna menadżerka o podwójnym obliczu (była jednocześnie za i przeciw podarowaniu szpitala a jej postawa zależała od tego z kim rozmawiała). Pracownicy szpitala twierdza, że całym sercem i duszą była za rewolucyjnymi zmianami w naszym byłym szpitalu, aż do jego zamknięcia.

Geniusz naszego ojca powiatu, dobrodzieja, siewcy dobra, wielce Czcigodnego „Cielęciny” jest niewyczerpany. Podobno za 4 mln odszkodowania z tytułu zamknięcia 4 oddziałów, chce przeznaczyć na odbudowę zamkniętej opieki leczniczej. Podobno ma być to lecznica mobilna. Podobno planuje się zakup niepotrzebnych już „Bronkobusów”. Na razie jednego z przeznaczeniem na prosektorium. „Prosektorium pod Bronkiem”. Przyznają Państwo, że brzmi nieźle. Bądźmy zdrowi.


piątek, 25 marca 2016

Poroniony żart

Jest przysłowiowe „5 minut” do świąt Wielkiej Nocy, ale jaj mamy już dzisiaj. Bezpłatne jaja zafundowała nam nasza najdroższa pani burmistrz, murowana kandydatka na carową naszej gminy – Irena I Czernińska. Są to darmowe, wielkanocne, gminne jaja.

Mowa tu o ulotce, którą nasz Ukochany Majestat skierował do rodziców mających radość z posiadania dzieci. Ulotka dotyczy rządowego programu „500+".

Na internetowej stronie gminy można przeczytać informację, iż 22 marca odbyło się spotkanie z dyrektorami szkól i przedszkoli, podczas którego dyrektorzy – jak czytamy – wyrazili nieodparte pragnienie, by taka ulotka powstała i była kolportowana wśród rodziców. Przypomnę raz jeszcze, że spotkanie z dyrektorami placówek oświatowych miało miejsce 22 marca a już nazajutrz ulotka była gotowa. Tak wychodzi się naprzeciw oczekiwaniom!

Na internetowej stronie naszej gminy czytamy, że w kolportowanej i przeznaczonej dla osób uprawnionych do pobierania tego świadczenia, znaleźć się miały: „(…) podstawowe informacje o programie, najczęściej zadawane pytania dotyczące wypłaty świadczenia w ramach programu oraz odpowiedzi na te pytania, a także przykłady możliwych sytuacji rodzinnych wraz z rozstrzygnięciem, komu i w jakiej wysokości świadczenie zostanie wypłacone.”

+

Gdzie mają Państwo na ulotce informacje, o których mowa na oficjalnej stronie dworu naszego Majestatu? Nie ma. Jest za to zdjęcie Majestatu. I już nie wiem, czy ta ulotka przypadkowo nie jest niewczesnym, poronionym żartem prima aprilisowym.

Bezsprzecznie nic nowego zawartość ulotki nie wnosi do wiedzy rodziców na temat świadczenia. A szkoda, że właściwie nie wykorzystano okazji. Wszak to nie burmistrz Irena Krzyszkiewicz będzie odpowiedzialna za wypłacanie środków z tego programu, ale Ośrodek Pomocy Społecznej pod wodzą kierowniczki – Edyty Lisieckiej oraz jej pracowników. A nasza pani burmistrz wykorzystała ulotkę do reklamowania własnej podobizny za pieniądze podatników.

Proszę zauważyć, że w ulotce nie podano nawet adresu OPS – u, numerów kontaktowych pracowników, którzy znają tajniki tego programu, adresu do strony, z której można pobrać druki, przeczytać instrukcję dotycząca sposobu ich wypełnienia, informacje na temat niezbędnych dokumentów niezbędnych przy składaniu wniosku.

Mój znajomy nawet uwierzył w to, że wszystkie te informacje są w ulotce. Stwierdził, że na pewno zdjęcia Majestatu uzbrojone jest w chip, który odpowiada na zadawane głośno pytania i wyjaśnia wszelki wątpliwości. Ulotka - wg niego - ma być wyrazem otwarcia się Majestatu na nowoczesność a nawet ponowoczesność. Gadał do obrazka on, dziatwa jego, żona, teściowa, szwagier i szwagierka i nic! Zniechęcony brakiem odzewu spuścił manto synowi chodzącemu do 3 klasy gimnazjum, pod zarzutem, że uszkodził on gadającą "słit" fotkę ukochanego po gardło Majeststu.


Jednym słowem mamy do czynienia nie z informacją skierowaną do potencjalnych świadczeniobiorców, ale z chamskim i głupie reklamowaniem własnej osoby. Można rzec, że konia kuli a ropuszka łapkę wdzięcznie podstawiła. No to ropuszkę podkułem. A co mi tam! Dobrych uczynków nigdy zbyt wiele! Kochajmy nasz Majestat, bo czyniąc podobne brewerie może odejść w polityczny niebyt

Żywcem pogrzebani



Tragedia wydarzyła się dwa dni temu (22 marca). Wprost niebywała. Prawie antyczna. Platformę, rzekomo Obywatelską, rozwiązano na Dolnym Śląsku. Schetyna spuścił Protasiewicza (zwanego też „chuliganem z frankfurckiego lotniska”) z funkcji barona regionalnego i mianował na jego miejsce europarlamentarzystę Bogdana Zdrojewskiego. Pamiętać należy, że górowska Platforma, rzekomo Obywatelska, popierała „Chuligana z frankfurckiego lotniska”.

B. Zdrojewski mianowany został komisarzem Platformy, rzekomo Obywatelskiej, na Dolny Śląsk. Rozwiązaniu uległy wszystkie partyjne struktury, tym też i kadłubowa Platforma, rzekomo Obywatelska na terenie naszej gminy Tak się bowiem jakoś złożyło, że w innych gminach wchodzących w skład naszego powiatu chętnych do tej obciachowej partii nie było.

Tak że w głębokim smutku pogrążył Schetyna również górowski, lilipuci oddziałek platfusowi dziatwy. Można rzec – bez przerysowania - że „szef szefów” Platformy, rzekomo Obywatelskiej żywcem pogrzebał swoich podkomendnych, którzy na tak dawno zgłosowali na „Chuligana z frankfurckiego lotniska”, próbując w ten sposób wykończyć Don Schetynę. W odwecie Don Grzegorz walnął potężnie z najgrubszej dostępnej mu rury kanalizacyjnej.

Muszą Państwo widzieć, że w lilipuciej do lokalnej struktury Platformy, rzekomo Obywatelskiej, należy np. najbardziej nieudolna w historii powiatu Wielce Czcigodna Pomyłka czyli Piotr Wołowicz, nasz ukochany Majestat (w tym oczywistym z oczywistych przypadków imienia i nazwiska przypominać Szanownym Czytankom nie trzeba, oryginalny w każdym milimetrze i calu, mój idol, źrenica moich oczu , radny „Bananowy Uśmiech” (sława Jego sięga rogatek naszego miasta, i nie tylko). Odnajdziemy też na skrawku papieru, na którym spisano nielicznych chętnych do bycia „platfusem”, nazwisko krótkie niczym błysk - Iskra. W tym byłym radnym tylko nazwisko wzbudza ciekawość. Zbędną zresztą niczym śnieg w lipcu. Członkiem tego lilipuciego tworu jest również wiceburmistrz naszej gminy, którego sensu tkwienia na tym stanowisku nie widzi ta wielu górowian. Ale oni chyba mają poważną wadę wzroku.

Wciąż pamiętać musimy – i to wszyscy, których dobry Bóg obdarował rozumem – że to ta lilipucia na naszym terenie formacja, jej ludzie, sprezentowali szpital dla gangu z Wrocławia.

Widziano dzisiaj członka tej lilipuciej gromadki „Bananowego Uśmiecha”. Podobno szedł smutny, przybity co wyrażało się ciałem zgiętym pod kątem 90 stopni ku ziemi, płakał głucho szlochając i potykając się co krok o gluty wypływające z jego własnego nosa. W takiej to boleści i czarnej rozpaczy był mój najdroższy na wieki wieków serdeczny przyjaciel.

I korzystając z danej sobie samej przy pisaniu powyższego posta okazji, pragnę gniewnie i stanowczo zaprzeczyć, jakoby mój najserdeczniejszy przyjaciel „Bananowy Uśmiech” szlochał i miał ciało zgięte w pól z powodu poszukiwań 5 groszy, które tego feralnego dla niego dnia zgubił. Mój wielce uczony i ogólnie poważany przyjaciel zachowuje się tak dopiero wówczas, gdy zgubi 10 groszy.

Wracając jednak do głównego tematu rozważań, należy stwierdzić, że najgorsze jeszcze przed członkami Platformy, rzekomo Obywatelskiej. Ich „capo de tutti capi” zapowiedział, że członków Platformy, rzekomo Obywatelskiej czeka weryfikacja! To już jest po prostu wendeta ze strony Don Schetyny. To jest niewyobrażalny prostacki odwet.

A co będzie, ja się uprzejmie pytam, jak podczas weryfikacji członków górowskiej Platformy, rzekomo Obywatelskiej, będą badali IQ albo każą rozwiązywać test na inteligencję? Odpowiedź jest prosta. Może w gminie nie być lilipuciej partii.


wtorek, 22 marca 2016

Zdegradowana gmina

18 marca odbyły się pierwsze warsztaty dotyczące „Gminnego Programu Rewitalizacji Gminy na lata 2016 – 2020”. Program ten = ma być realizowany w oparciu o metodę partycypacji społecznej, czyli przy udziale mieszkańców naszej gminy. Pierwsze spotkanie nie należało do udanych pod względem frekwencji. Przybył nasz gminny Majestat wraz z członkami dworu, garść wasalnych księżniczek i książątek, którzy lenna swe otrzymali z kapryśnych rąk Majestatu. Frekwencji na pewno nie podniosła godzina spotkania: 830.Tak więc od strony lokalnej społeczności inauguracja wypadła pod zdechłym psem. Majestat wie co robi. Po co gmin, pospólstwo ma jej się szwendać po dobrach?

W sali nr 1 istniejącego – niezupełnie wiadomo po co – starostwa powiatowego, zasiadło również trzech zamówionych przez gminę fachowców do opracowania naukowych podstaw nowej w formie i zakresie rewitalizacji naszego miasta. I AK dowidzieliśmy się, że:
„Określenie wizji obszaru rewitalizowanego, celów strategicznych i wreszcie formułowanie kluczowych zadań, realizowane będzie w oparciu o partnerstwo lokalne przy zaangażowaniu przedstawicieli życia społecznego, gospodarczego oraz politycznego gminy Góra”. To założenie legło w gruzach już podczas pierwszego spotkania. Majestat udawał jednak, że w sali nr 1 dogorywającego starostwa powiatowego, tak nieudolnie kierowanego przez partyjnego towarzysza Ireny I Czernińskiej (jeszcze niepomazanej) bezbarwnego członka odsuniętej od żłoba Platformy, rzekomo Obywatelskiej, co jednak w niczym nie zmąciło radosnego nastroju naszego Najdroższego Majestatu ze wsi Czernina Dolna.

Fachowcy stwierdzili też, że celem nowej rewitalizacji będzie wyprowadzenie ze stanu kryzysowego obszarów zdegradowanych w gminie, poprzez działania całościowe, które mają za zadanie likwidację negatywnych zjawisk


Uprzedzając, trzeba powiedzieć wyraźnie, że fachowcy orzekli iż, : ,, gmina jest zupełnie zdegradowana”. Osłupiałe.! Dziewięć lat rządów Majestatu szlag trafił w ciągu kilku sekund. Jaki dorobek jaki pijar, kilkakrotnie przewyższający rzeczywiste osiągnięcia. Żal mi zrobiło się szczerze naszej Ireny I Czernińskiej (jeszcze bez korony). Łzy me gorące, szczere, polały się na podłogę padając z hałasem jak wycinane przez gminę drzewa, co następuję przy okazji każdej nieomal inwestycji.

Spojrzałem w kierunku Tej, która wielbię dniami i nocami, we śnie, na jawię i w różnych sytuacjach intymnych też. Jej kształtne piersi falowały gwałtownie, miotane falą sprzecznych uczuć. Najdroższe oczęta mrugały, uszy zrobiły się większe niż naturalnie, a z zadartego wiecznie noska buchały kłęby pary. Myślałem, że Majestat przyłoży referentom, którzy wywlekli na światło dzienne suche fakty, poparte twardą statystyką, która okazała się zabójczą bronią rujnującą w pył i kurz pijar. Przypomnę tylko, że ów pijar polegał na wmawianiu publice, iż Irena I Czernińska jest w każdym calu doskonała, nieomal boska, cudowna, przemądra i wyprzedza swoją epoką co najmniej o trzy stulecia, gdyż za jej myślami nikt nie nadąża, nawet sam Pan Bóg.

Fachowcy od rewitalizacji okazali się czarnymi niewdzięcznikami, którzy bez uprzednich konsultacji z Majestatem rozpuścili wieści o zdegenerowanym stanie gminy.
Dokonali tego w obecności Majestatu, w sposób bezczelny i prowokacyjny działając na szkodę tej znakomitej gospodyni, której ciasto samo w rękach rośnie. Jestem szczerze i dogłębnie oburzony.


W przypadku naszej gminy badano poziom koncentracji negatywnych zjawisk społecznych. Do takich zaliczono: bezrobocie, ubóstwo, niski poziom edukacji, niewystarczający poziom uczestnictwa w życiu lokalnym i kulturalnym.

Dodatkowo jeżeli na obszarze danej gminy występuje co najmniej jedno negatywnych zjawisk:
- gospodarczych (w szczególności niskiego stopnia przedsiębiorczości, słabej kondycji lokalnych przedsiębiorstw),
- środowiskowych (przekroczenie standardów jakości środowiska, obecność odpadów stwarzających zagrożenie dla życia, zdrowia ludzi lub stanu środowiska),
- przestrzenno – funkcjonalną (niewystarczające wyposażenie w infrastrukturę techniczną i społeczną, braku dostępu do podstawowych usług lub ich niskiej jakości, niska jakość terenów publicznych)
- technicznych (degradacja stanu technicznego obiektów budowlanych, w tym o przeznaczeniu mieszkaniowym),

Zastrzeżono, że obszar rewitalizacji nie może być większy niż 20% powierzchni gminy a na nim nie może mieszkać więcej niż 30% mieszkańców gminy. Cel rewitalizacji – wyprowadzenie obszarów zdegradowanych z kryzysu.

Fachowcy przedstawili na slajdach interesujące dane. Suche dane, z którymi trudno jest polemizować, bo z faktami polemizuje tylko idiota.

I tak w naszej kochanej gminie mamy do czynienia z depopulacją. Nie jest to zjawisko nowe, bo od 2004 r. mamy stałą tendencję spadku liczby mieszkańców naszej gminy. W 2004 r. nasza gmina liczyła 20.919 mieszkańców, by na koniec 2014 r. zamieszkiwało ją 20.554. To są właśnie te „perspektywy”, które widzi, Ta, Która Wszystko Widzi za wyjątkiem realnych problemów naszej gminy.

Ciekawe są też dane dotyczące kolejnego wskaźnika. Idzie o urodzenia. W 2014 r. odnotowano 10,9 żywych urodzeń na 1000 mieszkańców naszej gminy. W tymże samym roku wskaźnik zgonów na 1000 mieszkańców wyniósł 8,96. Przybyło nam więc więcej mieszkańców niż ich zmarło. I wszystko byłyby pięknie, gdyby nie fakt, że saldo migracji na 1000 osób wyniosło aż – 7,0. Oznacza to, że mieszkańcy naszej gminy widząc przed sobą opiewane przez kandydatkę na monarchinię tzw. „perspektywy”. Wieją z „perspektywicznej” gminy do miast i gmin, gdzie oczy ich nie będą mogły napawać się Majestatem, słyszeć boskich dźwięków wydawanych przez Słońce Góry, co kąpać się w jej łaskawym spojrzeniu. Nie wiedzą co tracą nieszczęśni!

Pomimo, iż w roku 2014 mogliśmy pochwalić się dodatnim przyrostem naturalnym, to migracja ten dobry na przyszłość wynik całkowicie zniszczyła. Na pocieszenie dodam, że w 2011 r. pozom migracji był jeszcze większy i wskaźnik wyniósł wówczas -7,4. Był to 4 rok rządów Ireny I Czernińskiej a więc czas dynamicznego rozwoju naszej gminy, czas mów i uroczystego przecinania wstęg. A migracja rosła.

Przytoczone w trakcie spotkania dane jasno dowodzą, że społeczeństwo naszej gminy gwałtownie się starzeje. W roku 2004 w gminie Góra zamieszkiwało 1686 osób, które miały 70. i więcej lat. Dziesięć lat później (2014 r) było ich już 1838.

Gwałtownie skoczyła też liczba osób w przedziale wiekowym 65 do 69 lat. W roku 2004 odnotowano w tej grupie wiekowej 673 osoby, a w roku 2014 takich osób było już 1059.

Odnotować należy, że w 2004 r. w przedziale wiekowym 0 – 19 lat mieszkało w naszej gminie 5827 osób, W roku 2014 w tym przedziale wiekowym było 4465 osób, czyli o 1362 mniej. To jest prawdziwa miara dramatu jaki przeżywa nasza gmina.

Fachowcy wielokrotnie podczas swoich wystąpień podkreślali, że kluczowym wnioskiem w sferze społecznej jest niekorzystna struktura wiekowa mieszkańców naszej gminy. W naszej gminie kurczy się liczba osób w wieku produkcyjnym (2014 r. – 63,2%) oraz liczba osób w wieku przedprodukcyjnym (w roku 2004 – 20,8% as w roku 2014 – 18,9%) na rzecz osób w wieku poprodukcyjnym. Odsetek ludności w naszej gminie, która osiągnęła wiek poprodukcyjny wzrósł z 14,7%w roku 2004 do 17,9% w roku 2014.

Przeraził, przynajmniej powinien, wskaźnik dotyczący sfery ubóstwa w naszej gminie. W 2010 roku z pomocy społecznej korzystało 1232 gospodarstwa domowe. W roku 2013 gospodarstw korzystających z pomocy społecznej było 1329. W roku 2014 liczba gospodarstw domowych korzystających z pomocy społecznej wyniosła 1236. Odsetek osób zmuszonych do korzystania z pomocy społecznej wyniósł w roku 2014 – 14,4%. Dla naszego powiatu był on jeszcze wyższy i wynosił w roku 2014 – 14,5%. W województwie dolnośląskim współczynnik ten wynosił w 2014 r. – 5,8% a w Polsce – 7,7%. Takie są niestety niepijarowskie suche fakty statystyczne.

Przerażające są też dane dotyczące bezrobocia. Co prawda w okresie pomiędzy grudniem roku 2010 (1904 bezrobotnych) a grudniem 2014 r. (1408 bezrobotnych) doszło do znaczącego spadku bezrobocia na terenie naszej gminy, to jednak przybywało w naszej gminie bezrobotnych, którzy nie mieli prawa do zasiłku. Na koniec 2014 r. odsetek bezrobotnych bez prawa do zasiłku wyniósł w naszej gminie 83,4%.

Niska na terenie naszej gminy jest przedsiębiorczość. Na 10 tys. mieszkańców naszej gminy przypadało w 2010 roku 851 zarejestrowanych podmiotów gospodarczych a w roku 2014 – 863. Jest to jednak mniej niż w roku 2013, gdy na 10 tys. mieszkańców naszej gminy przypadały 872 podmioty gospodarcze.

Zresztą, przedsiębiorczość nie jest silną cechą mieszkańców naszej gminy. Na 100 osób w wieku produkcyjnym tylko 9,0 osób prowadzi taką działalność. Statystyczna średnia dla naszego kraju wynosi 12,2, województwa dolnośląskiego 12,7.

Specjaliści przyglądnęli się też terenom zielonym. Na koniec 2014 r. udział terenów zielonych w naszej gminie w stosunku do ogółu powierzchni gminy wyniósł 0,1%. W naszej gminie największy udział w terenach zielonych mają cmentarze (14,7 ha), zieleń osiedlowa (12,6 ha), parki (7,3 ha), zieleńce (2 ha). Fakt. Mało tej zieleni na głowę mieszkańca gminy. Jeden mój znajomy stwierdził, że za to mamy rekordową ilość zielonych radnych. I toksycznych – dodał. Spytałem go o źródło takich informacji i usłyszałem, że pewne i sprawdzone wieści na ten temat ma nieznany mi bliżej Poliszynel. Z ubolewaniem stwierdziłem, że nie znam.

C.d.n. 

środa, 16 marca 2016

Majestat zaprasza

UMiG w Górze rozesłał zaproszenia na pewne spotkanie. Dotyczyć ma ono : „Opracowania Gminnego Programu Rewitalizacji na lata 2015 – 2020”. W zaproszeniu, które osobiście podpisała w akcie niezwykłej łaskawości nasza uwielbiana powszechnie kandydatka na carową naszej gminy, wyrażona  i wyłożona jest dobitnie taka oto myśl: „Pragniemy, (znaczy Majestat pragnie – przyp. moje) aby w procesie tym wzięli udział reprezentanci wszystkich aktywnych na terenie gminy środowisk”. Spotkanie odbyć się ma 18 marca  2016 r., o godz. 830 w sali nr 1 (parter budynku starostwa powiatowego).

Osobiście zgodnie z prawdą ja za takowego zaproszenia nie otrzymałem, gdyż Majestat w swojej nieskończonej łaskawości na pstrej chabecie kłusującej, uznał, iż aktyny nie jestem. Pies Majestatowi buźkę lizał. Nie to nie. I tak przyjdę, bo taka ma wola.

Interesujące jest to, że informacji o spotkaniu Niue znajdziecie Państwo na tablicy informacyjnej w rynku, ani też na tablicy ogłoszeń UMiG w tymże miejscu.

Najwyraźniej ukochana przez wszystkich kandydatka na carycę gminy Góra – Irena I Czernińska, wyszła z założenia, iż nie cały gmin zasługuje na to, by poznać założenia programu rewitalizacji. Gmin nie ma tu nic do gadania, gmin będzie mieszkał tak, jak zadecyduje Majestat oraz ci, których tenże Majestat uznał za godnych zaproszenia.


Tu uwaga: w wyborach do samorządu, które odbędą się w 2018 może wziąć udział pominięty w zaproszeniu gmin. Dobrze byłoby, by dzisiaj lekceważony gmin zagłosował wówczas na Majestat.