piątek, 21 czerwca 2013

Za wcześnie

Wczoraj przed meczem „Pogoń” Góra „ - Korona” Czernina odbyło się pożegnanie wieloletniego prezesa klubu gości – Lesława Symczyszyna, którego wszyscy znali, jako Leszka. W ten sposób zakończył się pewien ponad 30 letni okres w historii tego klubu.

Lesław – bo tak ma na imię prezes „Korony” – Symczyszyn, urodził się 26 września 1953 roku w Wałbrzychu. W Czernienie zamieszkał w 1966 roku. Miał wówczas 13 lat. W latach 1973 do 1980 był piłkarzem „Korony” i grał na prawej obronie. Kontuzja lewej nogi wyeliminowała 27 letniego piłkarza z gry w barwach „Korony” na zawsze.

Leszek przestał być piłkarzem a stał się działaczem sportowym. Od 1988 roku był nieprzerwanie prezesem klubu i trenerem. Piłkarze „Korony” zaczęli od najniżej klasy rozgrywek – „C”. W 1987 r. awansowali do klasy „B”, co było wielkim sukcesem. Sześć lata później znaleźli się w „A” klasie.

W 2001 roku, gdy nastąpiła reorganizacja struktur okręgowych PZPN, klub z Czerniny znalazł się w „B” klasie. Minęły 3 lata i „Korona” awansowała” do „A” klasy, w której gra do dzisiaj. W zakończonym w sobotę sezonie rozgrywek piłkarskich 2012/13 piłkarze „Korony” zajęli II miejsce w grupie, zasłużenie w nudnym meczu, pokonując naszą „Pogoń” w czwartkowych derbach 0 do 2.

W 1980 r., Leszek zawarł związek małżeński z Aleksandrą. Z tego związku świat ujrzało dwoje dzieci: Beata (ur. 1981) oraz Damian (ur. 1983). Prezes jest szczęśliwym dziadkiem. Syn Damian sprawił mu ogromną radość i Leszek ma dwoje wnuków: Piotra i Aleksandrę. Niestety, na co dzień oczy dziadka nie mogą cieszyć się wnuczętami, gdyż ci mieszkają w Wałbrzychu.

Podczas prezesowania „Koronie” Leszek był również trenerem. Prowadził nie tylko seniorów, ale też juniorów, którzy toczyli boje w klasie terenowej. Na przełomie lat 80/90 „Korona” miała mocną drużynę tenisistów stołowych, którzy grali w II lidze w okręgu leszczyńskim. W latach 2006 - 07 w lidze terenowej OZPN Legnica juniorek grały dziewczęta w barwach „Korony”.

Wielkim osiągnięciem prezesa było wybudowanie szatni dla zawodników „Korony”. Pamiętam w jakich fatalnych warunkach przebierali się goście i gospodarze. Na stadionie był jakiś zdezelowany ciasny i nieogrzewany barak. Biuro prezesa mieściło się w kiosku „Ruchu”. Tak było jeszcze w roku 2008. A nieopodal stał budynek w stanie surowym, który miał być zapleczem na miarę XXI wieku dla piłkarzy.

Fantastyczne w całej tej sprawie jest to, iż Leszek zmobilizował ludzi, by w czynie społecznym postawić ten budynek. Widać więc, że prezes miał autorytet w swoim środowisku. No bo kto dzisiaj udziela się społecznie? Frajer! A jednak Leszkowi to się udało. Dzięki pomocy takich ludzi, jak Eugeniusz Zalewski, Karol Rutkowski, Tadeusz Stankiewicz, Czesław Symczyszyn, Damian Symczyszyn doprowadzono budowę szatni do stanu surowego. Ówczesna władza (burmistrz Wrotkowski), obiecali co prawda pomoc w dokończeniu tej inwestycji, ale na obietnicach się skończyło. Szczęśliwy finał sprawa znalazła dopiero pod rządami Ireny Krzyszkiewicz. Doceniła ona wkład pracy wielu ludzi i sfinansowała dokończenie budowy szatni. Dziś „Korona” nie ma powodu do wstydu, bo obiekt jest naprawdę pierwszorzędny.

W tym miejscu należy wyrazić uznanie dla małżonki Leszka – pani Aleksandry. Za co? Za cierpliwość. Leszek jest tym gatunkiem działacza sportowego, który nie patrzy co będzie z tego miał. Ten gatunek jest już niestety na wymarciu. Ostatnie okazy, to Jan Dwornik z „Pogoni” (dobrze, że kawaler, bo każda kobieta dawno, by go spakowała i kazał brać „dupę w troki”), czy też Kaziu Gajkowski z „Wiewierzanki” Wiewierz.

Prezesura w „Koronie” pełniona była społecznie. Jako trener Leszek pobierał zawrotną sumę 150 zł miesięcznie. Gdyby przeliczyć to przez godziny, jakie poświęcał trenerce, klubowi, to może w miesiącu w porywach wyszło by mu jakieś 2 zł na godzinę. Ale te dwa złote i tak oddawał na rzecz klubu, bo tu trzeba było pojechać, kosiarkę pożyczyć, paliwo do niej zatankować. Tak, że w sumie do tych dwóch symbolicznych złotych dwa niesymboliczne prezes dokładał. A pani Aleksandra męża nie spakowała za co jej chwała się należy i pełny szacunek.

Jaki jest prezes „Korony” jako człowiek? Niezwykle ciepły i sympatyczny. Przede wszystkim nie szuka pola do konfliktów a woli kompromis. Skromny i bardzo taktowny. Nigdy nie zauważyłem, by komuś „nawrzucał”. Kocha to, co robi i oddaje się temu cały. Jak ktoś wygaduje głupoty i idiotyzmy, to prezes taktownie milczy. I ma to, czego wielu brakuje. Mowa tu o wzbudzaniu zaufania do siebie. Jakoś tak się dzieje, że rozmawiając z Leszkiem wie się – podświadomie – że on nikogo nie oszuka, nie „kiwnie” i nie okłamie. Leszkowi się ufa, bo każdemu sumienie podpowiada, ze warto mu zaufać.

Żegnając wzruszonego prezesa „Korony” burmistrz Irena Krzyszkiewicz powiedziała, że ma nadzieję, iż Leszek jeszcze wróci do sportu. Szkoda, bardzo szkoda, że Leszek odchodzi. Z przykrością muszę stwierdzić, iż „Korona” nie dorobiła się działacza sportowego tej klasy, co Leszek. Z całym szacunkiem dla potencjalnych kandydatów, ale panowie kandydaci, wy to jednak nie ten rozmiar. Boję się o los „Korony” po odejściu Leszka.

Decyzję prezes podjął i trzeba ją uszanować. Wypada podziękować za wieloletnia niedocenianą harówkę, za dni wyrwane rodzinie, za nerwy i ogromne zaangażowanie Leszka, który jest współtwórcą fajnego i ciekawego rozdziału piłki nożnej w naszej gminie. Dziękujemy za 33 lata nie zawsze docenionej pracy. Życzymy zdrowia.