środa, 3 października 2012

Strażnicy czy prowokatorzy?


Był sobotni poranek 15 września, około godz.7,00. Jak co dzień pana Józef (imię umowne) podjeżdża samochodem do swojego miejsca pracy, które znajduje się na ul Targowej. Miejscem pracy pana Józefa jest Targ Miejski, gdzie w pocie czoła zarabia on na kromkę chleba z omastą.

Podjeżdżając w celu zaparkowania swojego samochodu nasz bohater widzi kątem oka, iż na jezdni stoi skrzynka. Dla tych wszystkich z Państwa, którzy bywają w okolicach targowiska o wczesnej porze, nie jest to widok niezwykły. Tak bowiem czynią kupcy, którzy w ten sposób zajmują sobie miejsce, by zaparkować samochód i z najbliższej odległości nosić oferowany przez siebie towar do swoich stoisk.

Proszę też zauważyć, iż pan Józiu zaparkował swój samochód bez problemu, gdyż w miejscu parkowania żadnej skrzynki nie było. Jego miejsce do parkowania było idealnie czyste, jakby stworzone do tego celu.

Szanowny kupiec przystąpił do znojnej pracy. Mozolnie wyładowywał swój towar mając nadzieję, że w sobotę godziwie zarobi. I wszystko byłoby jak w każdy dzień, gdyby nie pojawienie się przedstawicieli Straży Miejskiej.

Rzecz jasna panowie owi są po to, by szwendać się po mieście i pilnować porządku. Co prawda w powszechnej świadomości górowian strażnicy miejscy do pracowitych i pożytecznych nie są zaliczani i powszechne są glosy, by zlikwidować tę formację, która żyje na garnuszku podatników. No, krótko mówiąc, miłością to do panów strażników niewielu pała.

Wróćmy jednak do przerwanego wątku opowieści. Strażnicy zauważyli skrzynkę i zażądali stanowczo od pana Józefa, by ją usunął. Rzecz jasna pan Józef ani myślał o ruszaniu skrzynki, której nie postawił, więc w sposób grzeczny i stanowczy odmówił wykonania polecenia, wychodząc ze słusznego założenia, że strażnikom rączki wyrosły z tego samego miejsca, co jemu.

Panowie strażnicy nieco zdenerwowali się, że pan Józef, który jest tylko nie umundurowanym kupcem śmie odmówić ich żądaniu. Nalegali więc nadal, domagali się nazwiska właściciela korpus delicji, ale pan Józef nie kapitulował i za kapusia też nie chciał robić. W tej sytuacji strażnicy miejscy sami podjęli ten niebywały trud usunięcia skrzynki z miejsca, gdzie można parkować. Skrzynka zniknęła a pan Józiu nadal wyładowywał dobra przeznaczone na sprzedaż, chociaż scysja wywołana przez strażników miejskich zepsuła mu poranek.

Niestety, to nie koniec opowieści. W trakcie wyładowywania dóbr przeznaczonych do zbycia ponownie pojawili się strażnicy miejscy. I rozpoczęła się awantura, gdyż okazało się, że ktoś ponowie postawił skrzynkę rezerwując sobie w ten przyjęty na ulicy Targowej sposób miejsce do zaparkowania.

Ponownie strażnicy miejscy zażądali od pana Józefa, by ten sprzątnął skrzynkę i wyjawił nazwisko właściciela skrzynki. Ale tego już panu Józiowi, jak na jeden poranek, było za dużo. W sposób stanowczy nasz bohater wyperswadował strażnikom ów bezsensowny pomysł, bo – co tu dużo gadać – pan Józio uiszcza opłatę targową, ta idzie na konto gminy a z tego konta strażnicy miejscy biorą wypłatę. No więc głupotą byłoby ze strony pana Józia, gdyby jeszcze dał się robić sługą tych, których – po części – opłaca.

By zmusić pana Józia do usunięcia skrzynki strażnicy miejscy siedząc w samochodzie usiłowali sterroryzować go nagminnym używaniem klaksonu i rzucaniem hasła, by usunął skrzynkę. A wszystkiemu temu przyglądali się inni kupcy i przechodnie rozdziawiając usta ze zdumienia i nie pojmując o co ludziom w tych śmiesznych mundurkach idzie. Nawiasem mówiąc, na mundurki i czapeczki naszych strażników miejskich patrzę z rozrzewnieniem. Przypominają mi bowiem lata dziecięctwa, gdym niewinną był kruszyną i nic nie wskazywało na to, że zostanę tak znamienitą Kanalią. W latach owych, w miejscu gdzie obecnie jest „Parkowa bis”, przedstawienia dawały cyrki objazdowe. I tam porządku pilnowali woźni, którzy ubrani byli w bardzo, ale to bardzo podobne mundurki. Mundurki te jednak na mnie i moich kolegach wrażenia nie robiły, bo i tak przedstawienia cyrkowe oglądaliśmy na „krzywy ryj”. Mnie niewrażliwość na mundurki do dziś pozostała.

I pan Józiu się wnerwił i rzucił niewybrednym, aczkolwiek dość pospolitym w naszych czasach słowem, które stanowiło w treści jego wypowiedzi zarówno znak interpunkcyjny, jak też odgromnik na wezbrany w sercu naszego bohatera żal, złość i nerw spowodowane bez jego najmniejszego udziału.

Pan Józiu miał do tego prawo zważywszy na okoliczności wydarzenia i na to, iż absolutnie nie był w żaden sposób nie tylko właścicielem skrzynki, jak też jej krewnym po mieczu czy kądzieli. Nasz bohater miał z tą skrzynką tyle wspólnego, co strażnik miejski Papmel, z kulturą osobistą tego dnia, co widziało i słyszało wielu z kupców naszego szanownego targowiska.

I rozpoczęła się awantura, którą wywołali strażnicy miejscy. Po wypowiedzenie tego powszechnie znanego słowa, ale bezosobowo, co należy podkreślić, strażnicy miejscy w swojej imaginacji stali się surferami. Poczuli, że mają pana Józefa, że wyszło na ich! Z radością oznajmili swojej ofierze, że sprawa pójdzie do sądu, bo pan Józiu użył niecenzuralnego słowa. Przypominam, że pan Józiu użył owego słowa w formie bezosobowej. Wychodząc z założenia strażników miejskich, to można się spodziewać, że w przypadku takiego ich podejścia do sprawy do grudniowych świąt 9/10 górowian może mieć sprawy w sądzie. A jak statystyka wykrywalności i podskoczy!

Scysja wywołana niemądrym zachowaniem dwóch strażników miejskich zakończyła się tym, że pan Józiu miał dzień i weekend „do tyłu”.
Wniosków z tego opisanego przypadku wysnuć można kilka. Po pierwsze: nikt z nas nie jest chłopcem na posyłki dla strażników miejskich.

Kolejny wniosek: zawsze zachodzi domniemanie niewinności. Strażnicy nie widzieli, by pan Józio ustawił skrzynkę więc nie mieli najmniejszego prawa, by żądać od niego jej usunięcia.

Po trzecie: strażnikom miejskim przydałby się kurs z zakresu stosunków interpersonalnych, by wiedzieli, że mundurek nie czyni jeszcze z nich absolutnych panów i władców Góry i przyległej okolicy.

Wniosek czwarty: należy bardziej starannie dokonywać selekcji do tej służby (ze szczególnym naciskiem położonym na słowo „służba”), bo być może postępowanie strażnika miejskiego Pampela jest pochodną faktu, iż jego ojciec (człowiek szczery i poczciwy) jest radnym Rady Miejskiej. Strażnik Pampel może więc świadomie czy też nie poczuć się człowiekiem nietykalnym a jak dowodzi ten post jest to tylko niebezpieczne i bolesne złudzenie. Niedobrze też się dzieje, że zły przykład strażnik Pampel dał koledze młodszemu wiekiem. Sprawowanie władzy wpływa na wielu ludzi destrukcyjnie, bo sadzą, że są pępkiem świata. Szkoda, że kandydat na strażnika i mój kolega Łukasz nie przeciął tej durnej awantury. Od Łukasza wymagać należy więcej, bo to człowiek inteligentny.

I postulat ostatni, który kieruję do pani burmistrz Ireny Krzyszkiewicz. W ocenie i opinii wielu ludzi naszych miejskich strażników charakteryzuje zbyt duży poziom arogancji. Nie służy to wizerunkowi gminy i nie służy pani burmistrz. Strażnikom miejskim przydałaby się lekcja pokory. Czym szybciej, tym lepiej.