wtorek, 9 września 2014

Ekologiczne love story 2

Ciąg dalszy postu "Ekologiczne love story 1".

Prezes z "Ekokogeneracji" biega z mikrofonem po sali widowiskowej Domu Kultury i wciąż tłumaczy i objaśnia ogrom szczęścia jakie spłynie na nas, górowian, po uruchomieniu kotłowni. A ja wciśnięty w kąt kinowj sali, pełen wrodzonej mi nieśmiałości, zastanawiam się tylko dlaczego szanowny prezesik Wojciech mówi o tym wszystkim nam, mieszkańcom Góry, a od końca lipca br., czyli przez ponad miesiąc, nie potrafi uzupełnić uwag górowskiego Sanepidu do swojego raporty o oddziaływaniu kotłowni na ciepłą wodę na środowisko?

I kiedy tak mowa - trawa prezesa Wojciecha z "Ekokogenaracji" leje się nieprzerwanym strumieniem w sali kinowej odruchowo spoglądam na rząd przed siebie, gdzie w najlepsze dokazuje platformerska przedszkolna gromadka. A platfusowe przedszkolaki najwyraźniej lata szkolne sobie przypomniały i  robiły tego dnia za "V kolumnę" wymierzoną w szefową gminy, którą ja - o czym wcześniej wielokrotnie wspominałem - wielbię i czcią przemożną otaczam.

Na platfusowym przedszkolu najmniejszego wrażenia nie zrobiły przestrogi prezesa Wojciecha, który ostrzegał przed ogromnie restrykcyjnymi przepisami wdrażanymi przez UE w kwestii ochrony atmosfery. Platformerskie przedszkole nie spoważniało nawet wówczas, gdy prezes Wojciech w tonie napełnionym troską i bólem przeogromnym dawał do zrozumienia, że kary za zanieczyszczanie atmosfery przez kotłownię przy ulicy Jagiellonów będą tak okrutne, że wszyscy korzystający z usług tej kotłowni staną się bankrutami. A zbawić nas może jedynie kotłownia wybudowana przez "Ekokogenerację", która niczym Mojżesz przeprowadzi nas do Ziemi Obiecanej.

Prezes Wojciech trajlował i trajlował. Wciąż słyszeliśmy sformułowanie - wytrych: "Takie są fakty", ale owych faktów nie było, bo z ust szanownego prezesa lał się słowotok, którego nie powstydziłby się bohaterski autor "Górowskiej polityki".

Łzy dosłownie polały mi się z oczu, gdy usłyszałem zapewnienia prezesa Wojciecha dotyczące losów szarej ropuchy, która ma przy ul. Wierzbowej swoje sypialnie, w których dokonuje strzelistego aktu małżeńskiego, co w efekcie przedłuża żywot tego gatunku na naszej matce - ziemi. Zauważyłem też, że platfusowe przedszkole zamarało nieco na moment. Wychowawczyni przedszkolna - mgr. inż. Marek "Bananowy Uśmiech" Biernacki wzruszył się nawet do tego stopnia, że wykorzystując swój dar mimikry, na moment przeistoczył się w ropuchę szarą, ale z rozległym i w oczach rosnącym porożem. Nieco mnie to zdziwiło, bo ropucha i poroże w parze z sobą nie chadzają. Moją wizję wytłumaczyłem sam przed sobą faktem, iż wzmiankowana "wychowawczyni przedszkolna" mogła stracić pełne panowanie nad sztuką mimikry ze względu na jej nadużywanie na niwie samorządu powiatowego. Sztuka mimikry jak bateria - też się wyczerpuje!

Ogólnie jednak okazało się, że ropuchy szare po wybudowaniu kotłowni przy ul. Wierzbowej będą się miały jak w siódmym niebie. Podniesiony zostanie - niczym w naszym sprywatyzowanym szpitalu - poziom ich życia i bezpieczeństwa osobistego, poprzez wykonanie ogrodzenia, które uniemożliwi im beztroski i bezmyślny marsz przez asfalt pokrywający ul. Wierzbową, gdzie często ginęły pod kołami pojazdów mechanicznych i osieracały swoją rodzinę, która pozostawała w nieutulonym żalu.

O głos poprosiła burmistrz Irena Krzyszkiewicz i w tym momencie wiedziałem już, że zacznie się dyskusja w tonacji rzeczowej i interesie mieszkańców naszej gminy. Spojrzałem na swój barometr uczuć wobec pani burmistrz i zauważyłem, że wskaźnik osiągnął maksymalny pułap. Taki jest ogrom moich platonicznych uczuć!

A pani burmistrz raz jeszcze powtórzyła wszystkie zastrzeżenia górowskiego Sanepidu i dołożyła do tego katalog z uwag z pisma Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska we Wrocławiu.

Szefowa gminy pytała o: zastrzeżenia Sanepidu dotyczące inwersji zanieczyszczeń do atmosfery i w odpowiedzi usłyszała, że: "w ciągu kilku dni Sanepid otrzyma odpowiedź w tej sprawie." Burmistrz Irena Krzyszkiewicz zwróciła uwagę, że brak jest badań paliwa RDF, które ma być spalane w kotłowni. W odpowiedzi zebrani i szefowa gminy usłyszeli, że paliwo jest bezpieczne, ale bez podkładki w postaci badań. Zapytany o skład paliwa RDF prezes Wojciech podał kod paliwa i zapewnił, że jest ono bezpieczne. Zapewnił przy tym, że jest już "projekt" odpowiedzi na ten temat, ale nie został on jeszcze wysłany ani do Sanepidu czy też RDOŚ we Wrocławiu.

Do akcji wkroczył mieszkaniec miasta, emeryt Ryszard Górski, który zadał prezesowi ZEC pytania dotyczące wydania pieniędzy na remont kotłowni przy ul. Jagiellonów, potencjalnego zatrucia "dzieciaczków" uczęszczających do gimnazjum i szkoły podstawowej przy ul. Poznańskiej. Zapewnił przy tym zebranych, że: "to się nie uda", "nie ma na to zgody" i że jest to: "krzywda wielka" oraz, iż "wyborcy to ocenią" i zapewnił, że: "czas pana prezesa się kończy."

Mieszkaniec Góry Edward Szendryk wskazywał na możliwość zwiększenia się w tej okolicy potencjału smrodu. Przypomniał też, że uprzemysłowienie tego fragmentu miasta nie było przewidywane wcześniej. Stwierdził też, iż: "nie jest prawdą, że na tym terenie można coś wybudować, bo jest to teren podmokły, podtapia go woda z pobliskiej oczyszczalni ścieków." Przypomniał też, że: "Zbiorniki na mazut, którym pierwotnie była opalana kotłownia przy ul. Wierzbowej wyskoczyły na skutek podmokłości terenu niczym bańki z ziemi." Edward Szendryk stwierdził, że: "Dobrze, że jest nowa technologia, ale czemu na tym miejscu a nie 200 czy 300 m dalej? Zdrowie ludzkie jest cenniejsze. Jako lekarz uważam, że jest to niedobre. Czy myślenie o pieniądzach jest ważniejsze od naszego zdrowia?" - zakończył swoją wypowiedź mieszkaniec Góry.

Z bezkompromisowym stanowiskiem Edwarda Szendryka, właściciela łąki w tej okolicy, na której pasły się krowy dające życiodajne mleko dla mówcy i jego rodziny - zgodziła się w pełni burmistrz Irena Krzyszkiewicz, o co poczułem się okrutnie zazdrosny (kocham Panią Pani burmistrz!).

"Podchodziłabym też tak do tego problemu, gdybym  mieszkała w tej okolicy" - stwierdziła moja najukochańsza szefowa gminy. "Proponuję raz jeszcze przeanalizować sprawę. Czy nie można znaleźć 200 czy 300 ma dalej" (w tym momencie paltfusowe przedszkole zarechotało głośno i stwierdziło, że dobra lokalizacja byłaby z UMiG). "Rozmawiałam z mieszkańcami Rudnej Wielkiej, gdzie jest wysypisko śmieci "Chemeko - System". Mieszkańcy mi powiedzieli, że nikt nie chce kupować od nich pól i posesji. Ich wartośc jest zaniżona ze względu na wyspisko. Wszystkie wątpliwości należy rozważyć. Mieszkańcy muszą być przekonani do tej inwestycji. Może umieścić ją w okolicach w specjalnej strefy ekonomicznej? Gmina ma tam ziemię."

C.d.n.