środa, 20 lipca 2011

Letnie gody

Tzw. „polityka”, którą tu udają, że prowadzą przeróżnej maści oszołomy (PiS, PO, SLD, PSL) męczy mnie okropnie. Piszę na blogu, bo tak podpowiada mi mój imperatyw kategoryczny, czyli „należy postępować zawsze wedle takich reguł, co do których chcielibyśmy, aby były one stosowane przez każdego i zawsze”. Trzeba się jednak oderwać od tej kiły, bo inaczej dostałby człowiek zajoba.

Miejscem, gdzie spędzam niewiele pozostającego mi czasu wolnego jest park przy „Arkadii”. Zieleń, kwiaty, pszczoły, osy, śpiew kwiatów, to wszystko uspokaja mnie i nawet niekompetencja tzw. „prezesa – spadochroniarza” z woli starosty Piotra Wołowicza, jakby była mniej dolegliwa i nie sprawiała intelektualnych cierpień.

W parku przy „Arkadii” można zauważyć wiele ciekawych historii. Przychodzą tam renciści, emeryci, dzieci z rodzicami. Ale wiosna i latem można tam zaobserwować rzecz najpiękniejszą – początek godów, albo ich stadium zaawansowane.

Tak też i wczoraj udałem się do parku przy „Arkadii”, by odpocząć tam po burzliwych przeżyciach mijającego bezpowrotnie dnia. Wziąwszy pod rękę plik gazet chciałem, jak zwykle, zasiąść w cieniu uroczej altany, by tam przy szumie fontann oddać się medytacjom na temat bezbrzeżnej głupoty naszych „polityków”.

I w tym miejscu poczułem się rozczarowany, albowiem altan była zajęta. Oczom moim ukazał się widok pary, która tokowała z sobą w sposób nie pozbawiony uczuć i towarzyszących temu boskiemu zjawisku namiętności. By młodej parce nie przeszkadzać i nie stanąć na przeszkodzie skomlącym do siebie sercom z dużym żalem wycofałem się na pozbawioną cienia ławkę.
Rozłożyłem prasę i zacząłem pobieżnie ja studiować. Z cienka tylko przeczytałem fragmenty jakiejś gładkiej gadki naszego premiera, który znalazł wolną chwilę na wywiad po „haratnięciu w gałę”. Zauważyłem też wywiady z przyszłym biskupem Gowinem (chłop źle skończy!), ble, ble, ble z Kartoflem, przed oczami przewinęli mi się trzej muszkieterowie polskiego hazardu: „Miro, Zbycho, Rycho, wyborcze ikony Platformy Obywatelskiej.

Nie mogłem się jednak skupić, albowiem do uszu moich docierały śmiechy, chichoty i słowa, których znaczenie poznać można będąc jedynie w błogosławionym stanie odurnienia, czyli w miłości.

Porzuciłem lekturę opisująca niezapomniane wyczyny „polityków”, czyli kanciarzy, oszustów, kombinatorów. Skupiłem się na tym,, co przyszłościowe i normalne. A spod altanki biegł miłosny trel dwojga ludzi, którzy poczuli do siebie „mietę”.
Zacząłem obserwować dwoje przenikniętych uczuciem mięty młodych ludzi. On, znany mi osobiście, z dużą wprawą zmiękczał serce swojej wybranki. Ona, lat ok. 18, z wdziękiem tok samca przyjmowała. A jakie zniewalające widoki zanotował obiektyw mojego aparatu! A to trzymanie się za rączki, a to spojrzenia i buziaki przeszywające na wskroś myśli wybranki! W pewnym momencie dwa nieskazitelnie białe gołębie pojawiły się nad wybrańcami. Cóż to był za poruszający widok!
A te spojrzenia! Po prostu ogniste! Gdy wzrok jej spotykał się z jego, to widok był taki, jak w spawalni! Iskry buchały na całego i już obawę miałem, że drewniana altana w ogniu stanie.

W pewnym momencie rusałka przypomniała gołąbeczkowi taki oto fragment piosnki: „U cioci na imieninach/nie było żadnego wina”. A on, gałubczyk westchnął: „No cóż, ciocia abstynentka, to i impreza marna.”. I potoczył się śmiech perlisty po ogrodzie płosząc ptactwo wszelakie go zamieszkujące. Duet przypomniał sobie jednak, że podczas pamiętnych im imienin serwowano staropolską potrawę „czerniną” zwaną. Ale nie była ona z kaczek blondynek, ale z kaczek polskich, które białe pióra dumnie nosiły.
On, znany mi osobiście, od pieluszek, ongiś w blondynkach gustował. A przewinęło mu się tego blond – towaru, co nieco przez ręce. Ostatnio jednak zauważyłem, iż już spojrzeń wyzywających w kierunku blond – czupryn nie rzuca. Znużyły go najpewniej, bo u nas jest tak, że jak otwierasz jakiekolwiek miejscowe medium, to blondynę masz obowiązkowo. A jak byś nie miał, to oznaczałoby, że świat się skończył, ale tobie udało się go przeżyć o jeden dzień.

I trwało tak to spotkanie pełne uczuciowych uniesień, bez których świat by nie istniał, ale mi zrobiło się tak jakoś mało komfortowo, że oglądam, to co powinno być najsłodszą tajemnicą tych dwojga. Toteż wycofałem się na z góry upatrzone pozycje, czyli do rozkosznej „Magnolii”, by tam pośród oceanu spienionego płynu dokończyć kolejny dzień mojego żywota.