wtorek, 19 lipca 2011

Tradycja przy drodze 324

W różnych programach rozwoju powiatu górowskiego i wchodzących w jego skład gmin pisze się o rozwoju turystyki. Pisze wiele, ale niewiele z tego wynika. Samorządy, mówiąc bardzo delikatnie, mają letni stosunek do rozwoju turystyki na naszym terenie i tak naprawdę ilość działań zmierzających do realizacji szczytnych założeń nie idzie w parze z ilością deklaracji. No, ale jak wiemy – dobrymi intencjami, to piekło bywa wybrukowane.

Do rozwoju turystki niezbędna jest baza turystyczna. W Górze możemy jednak mówić o wyraźnym postępie w jej rozwoju. Kto pamięta, że jeszcze 20 lat temu nie było na naszym terenie restauracji na poziomie? Kto pamięta, że trudno było o porządny hotel? Kto pamięta te czasy, gdy w naszych restauracjach – nazwa wówczas na wyrost – strach było jeść?

Te czasy mamy szczęśliwie za sobą. Dzisiaj mamy „Parkową bis”, gdzie trzeba z minimum rocznym wyprzedzeniem rezerwować salę na wesele. Jest „Opus” cieszący się niesłabnącym powodzeniem. Miło można spędzić czas w „Bramie”, „Karczmie Starogórskiej”.

Mało kto wie jednak, że ostatnio przybyło nam kolejne miejsce, w którym można zjeść i spędzić czas w miłej atmosferze. Przy drodze wojewódzkiej 324 z Rawicza do Góry powstała nowa restauracja, która jakby została jeszcze niedostrzeżona i niedoceniona przez konsumentów. Ja trafiłem tam całkowicie przypadkowo sądząc, iż wchodzę do sklepu.
Okazało się jednak, że oprócz sklepu znajduje się tam restauracja. Brzuch swoje prawa ma i trudno je oszukać. Usiadłem więc przy stoliku i zacząłem studiować menu.
I z sekundy na sekundę moje zdumienie wzrastało. Będąc osoba o ugruntowanych nawykach gastronomicznych za nic mam „nowoczesne” dania. Spożycie nowinek kulinarnych nieodmiennie kończy się dla mnie boleściami. A tu patrzę i co widzę? Kulinarna klasyka! Restauracja oferuje drób, ryby i sztandarowy produkty naszej kuchni – schabowy! Tego dnia w ofercie były tez flaki, zupa pomidorowa, żurek z jajkiem, barszcz czerwony z krokietami.

No, zjeść to by się zjadło, ale ile mnie ta przyjemność będzie kosztowała. Spoglądam na ceny i przeżywam cenowy szok! Dania z ryb w cenie od 8,50 zł do 11 zł. Pierogi 8,50 do 9,50 zł. A taki szaszłyk p. 5,60 zł za 100 g. Zupa pomidorowa z makaronem – 5,50 zł.

Można zamawiać – pomyślałem sobie – ruina finansowa mnie nie czeka. Taniej nigdzie kałduna nie napełnię. Na dobry początek żurek z jajkiem. Namysł nad daniem głównym trwa tylko chwilę. Biorę na cel okręt flagowy naszej kulinarnej flotylli – schab z pieczarkami w cenie 11,50 zł. Do tego ziemniaczki i suróweczka z bolszewików, czerwonych buraczków znaczy.

Odrywam wzrok od karty dań by wezwać kelnerkę. Nikogo wzywać nie trzeba. Niezauważenie, dyskretnie i nie wzywana stoi przede mną śliczne dziewczę i słodkim głosem pyta: „Pan sobie życzy?” Oj, przemknęło mi przez głowę, żebyś ty aniele mój wiedziała czego ja sobie życzę patrząc na ciebie, to… już by cię tu nie było! Opanowuję się jednak i składam zamówienie. Dom wybranych dań dołączam piwo, bo suszy mnie tego dnia jakoś dziwnie. Upały są ostatnio nieznośne, to Państwo muszą przyznać.

Nieziemskie zjawisko przyjmuje zamówienie i wdzięcznie kręcą śliczną kibicią oddala się od mojego stolika. Piwo zjawia się na moim stoliku po kilkunastu sekundach. Zimne, ale bez przesady. Acha! – znają się na podawani u piwa. Nie jest zbyt mocno schłodzone ani zbyt ciepłe. Czuć charakterystyczną goryczkę, która najlepiej gasi pragnienie. I oto w piwku prawidłowo podanym chodzi.

Siedzę sobie i popijam małymi łyczkami piwo. Rozglądam się z nieskrywaną ciekawością po lokalu. Ile może tu zmieścić się konsumentów jednorazowo? – zastanawiam się i liczę. Wychodzi, że 55, bo tyle jest krzeseł. Acha, oczywiście 56, bo jedno zajmuję ja.
Przyglądam się stołom i widzę, że właściciel nieźle to sobie wykombinował. Stoły są duże. A to duży plus w przypadku, gdy do rodzinnego obiadu ma zasiąść 6 osób. Państwo znają to z autopsji. Stolik symboliczny, danie dotyka dania, jeden drugiego poszturchuje niechcący… . Koszmar a nie rodzinny obiad. A tu można nawet biesiadując w 6 osób niekulturalnie łokcie na stół wyłożyć. A co z kulturą? Jak łokieć kulturalny, to i można go na stole zaprezentować.

Sączę z wolna piwko i rozglądam się dookoła. Jak tu się zmieniło! Wszak to tu powstał drugi CPN w naszym mieście. Kto pamięta, gdzie był pierwszy? Niewielu. A w tym miejscu CPN, na ówczesne czasy bardzo nowoczesny, powstał za czasów Władysława Zrzędliwego w 1969 roku. A jak dzisiaj to miejsce wygląda? Porównania najmniejszego nie ma. Europa, po prostu Europa.

A za oknem restauracji parasole i stoliki. Można posiedzieć w cieniu, zapalić papieroska, pijąc małymi łyczkami, to co kto tam lubi najbardziej. Obok plac zabaw dla milusińskich, celowo umiejscowiony tak, by żywego sreberka rodzice z oczu nie spuszczali ani na moment. A piaseczek taki żółty, ja na plaży. Czyściutki, ładnie grabkami przyczesany, że już rozglądałem się za wiaderkiem i łopatką obmyślając budowę twierdzy warownej.
Na szczęście te niedorzeczne myśli przerwała mi ponownie niebosko śliczne zjawisko, które podsunęło mi pod nosek pomidorową z makaronem. W smaku wyraźnie można było wyczuć, iż przygotowana została na bazie rosołu. Podczas spożywania zupy wyczuć można było jej wyrazisty aromat. Makaron nie rozgotowany i jednocześnie nie za twardy. Jednocześnie aż trudno uwierzyć, że gotowany razem z zupą, ale pomimo tego zupa nie stała się kleista, co często się zdarza kucharzom o mniejszej wiedzy na temat tajemnicy przyrządzania porządnej pomidorówki.

Ledwo uporałem się z pomidorową a już przeurocze dziewcze podało mi do konsumpcji flagową potrawę. Już sam aromat dochodzący do moich przytępionych różnymi przejściami zmysłów był zniewalający. A widok potrawy był omdlewający. Aż żal było dewastować te dzieło artystycznego kunsztu.

Smak. Cóż tu można opisywać. Tego się nie da opisać. Trudno opisać słowami zapach kwiatów, ale jeszcze trudniej, to co pod językiem. Widać było jednak, że schabowy przygotowany został niezwykle starannie. Kotlet był panierowany podwójnie. A to plus każdego schaboszczaka. Mąka dokładnie oblepiła mięso. Panirka bardzo dokładnie przylegała do mięsa. Nie było rozstępów, jak u kobiety w balzakowskim wieku.

Zwiewna zjawa o cud urodzie zaproponowała mi deser. Mój Boże, deser! A gdzie ja go zmieszczę? Ledwo ¾ drugiego dania wcisnąłem, a tu deser proponują. A na zewnątrz wzorcowa rodzinka 2 plus 2 deserek pałaszuje, że aż miło patrzeć. Brzdąc ok. lat 3 z bitą śmietaną na czubku piegowatego noska już zapowiada swoim rodzicom, że jeszcze loda spałaszuje. Starsza o 2 lata siostrzyczka żąda powtórki z rozrywki. Rodzinna idylla jednym słowem. Aż się wzruszyłem, co u mnie rzadkie.

Cóż dodać? Chyba tylko to, że warto zaglądnąć do tej restauracji na miły rodzinny bądź towarzyski obiadek zestawiony z klasycznych polskich dań. Można na taki obiad zabrać z sobą dzieci, bo będą tam bezpieczne. Obiekt, co zauważyłem, jest monitorowany, a więc obawa zniknięcia samochodu również nie będzie nam towarzyszyć przy spożywaniu posiłku.

Sala restauracyjna nie jest zatłoczona nadmiarem stołów i krzeseł. Można spokojnie przechodzić nikogo przy tym nie trącają i nie będąc zmuszonym powtarzać co chwilę: „przepraszam”. A to duży komfort.

Właścicielem tego godnego polecenia przybytku sztuki kulinarnej za symboliczne pieniądze jest znany przedsiębiorca Adam Lachera. Trzeba powiedzieć, że w to miejsce zostały zainwestowane niemałe pieniądze. To widać. W planach rzutkiego przedsiębiorcy jest otwarcie wielkie sali balowej, która pomoże nowożeńcom wcześniej poznać słodki/gorzki smak bycia we dwoje. Oprócz tego będzie tam hotel z 9 pokojami dla 18 osób spragnionych snu. To wszystko ma być otwarte w przyszłym roku. Taki jest plan.

Wypada życzyć realizacji ambitnych zamierzeń Adamowi Lacherze, bo jego sukces przełoży się na sukces naszego miasta. Sukces przetrwa wielu z nas, i będzie służył tym, którzy po nas nastaną.