piątek, 31 sierpnia 2012

Po drugiej stronie lustra


Spełniły się marzenia prezesa, pracowników szpitala i pacjentów. Od poniedziałku (3 września) Narodowy Fundusz Zdrowia będzie finansował badania tomografem komputerowym w naszym (jeszcze i na zawsze !) szpitalu. Również od 3 września oferta spółki wzbogaci się o przychodnię ortopedyczną, która także będzie działała w ramach umowy z NFZ.

Tak powoli i systematycznie sprawdzają się obietnice prezesa spółki, że będzie ona się rozwijała, zwiększała zakres świadczonych usług i w należyty sposób dbała o zdrowie tych wszystkich, którzy potrzebuję leczenia. Powiatowe Centrum Opieki Zdrowotnej jest jedynym gwarantem zapewnienia mieszkańcom naszego powiatu bezpłatnego dostępu do usług medycznych na dobrym poziomie.

I o tym trzeba pamiętać, gdy mówi i pisze się o szpitalu. Zawarte w uzasadnieniach do uchwał o sprzedaży spółki zapewnienia, że szpital nadal będzie funkcjonował w obecnym zakresie oferowanych usług są czczymi obietnicami bez jakiegokolwiek pokrycia. Te obietnice są warte tyle samo, co zyski w lokaty w złoto w „Amber – Gold”!

Nie można dać się zwieść ułudzie. Podczas posiedzenia Komisji Zdrowia sam starosta Wołowicz przyznał, że nie ma gwarancji, iż szpital po sprzedaży będzie funkcjonował w obecnym zakresie i czy w ogóle będzie funkcjonował. Podczas posiedzenia Komisji Geodezji, Rolnictwa i Ochrony Środowiska potwierdził to wicestarosta Paweł Niedźwiedź.

Szpital jest obecnie spółką publiczną. Nie jest dla tych, którzy chcą wiedzieć, tajemnicą, że nie wszystkie oddziały przynoszą duży zysk. Bywa, że do nich trzeba dokładać kosztem innych oddziałów, ale spółka, jako całość się bilansuje. Bo spółka publiczna ma tę przewagę nad prywatną, iż ma realizować misję. Tą misją jest leczenie ludzi w sytuacji zagrożenia ich zdrowia o życia bez oglądania się na koszty.

Proszę zobaczyć, co stało się ze bliźniaczym szpitalem we Wschowie. To o tym szpitalu mówił w swoim wystąpieniu podczas sesji prezes Stanisław Hoffmann. Proszę wejść na internetową stronę tego szpitala i sprawdzić czy jest tam oddział dziecięcy. A był! Gdzie się podział?! Wiadomo, że dla rodziców dziecka rozłąka z nim jest bardzo bolesna. Czy Państwo chcecie, by chore dziecko przebywało w szpitalu oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od domu? A tak może być!

Podczas posiedzenia Komisji Geodezji, Rolnictwa i Ochrony Środowiska wicestarosta Paweł Niedźwiedź przyznał, że właściciel szpitala „Ventriculus” spotkał się z Zarządem Powiatu w sprawie naszej spółki. Poprosiłem o notatkę z tego spotkania i w usłyszałem, że takiej nie ma! W ten sposób panowie z Zarządu mogą wciskać opinii publicznej dosłownie wszystko. W tym i takie historyjki, jakie ja usłyszałem od starosty podczas posiedzenia Komisji Zdrowia, iż właściciel wspomnianej powyżej firmy obiecał i zapewnił o tym i o owym. Tylko ja się pytam dlaczego nie ma o tym spotkaniu informacji na stronie starostwa? Dlaczego nie ma tego w protokole z posiedzenia Zarządu, wszak Zarząd w całości swojego składu uczestniczył w tym spotkaniu. Nie przypominam sobie, by w statucie była mowa o nieformalnych spotkaniach Zarządu. A włos staje na głowie jeżeli uzmysłowicie sobie Państwo, że rozmawiano z potencjalnym nabywcom przed sporządzeniem oferty przetargowej na spółkę o wartości księgowej ponad 10 mln zł. Państwo coś z tego rozumieją? Bo ja nie!

Tyle, że te obietnice i zapewnienia nawet po wpisaniu ich do umowy, aktu notarialnego, zaprzysiężeniu na Biblię, Koran czy Talmud absolutnie nie muszą być spełnione. A sposób na to jest bardzo prosty. Proszę sobie wyobrazić, że prywatny właściciel nie zechce kosztownego w utrzymaniu oddziału ginekologiczno – położniczego. Robi więc kilka „byków” w ofercie dla NFZ a bardzo skrupulatni urzędnicy tej instytucji wyłapują je natychmiast i uwalają ofertę. Właściciel chciał, ale NFZ nie dał! Kryty jest? Kryty! A oddziału nie ma!

Trafnie podczas sesji Rady Powiatu ukryte intencje Zarządu i całej tej nieszczęsnej koalicji odczytał prezes Stanisław Hoffmann, gdy powiedział: „Jeżeli sprzedacie Państwo to – no nie wiem… za 4 mln., to i tak nie pokryje tych dziesięciu, chyba, że skończy się kadencja i to już nie będzie wasz problem, bo też tak może być.”

O to w tej całej groźnej hecy chodzi! O przetrwanie, o stołki i pensje Zarządu do końca kadencji! To jeszcze tylko dwa lata i na ten okres, by pokryć zobowiązania wobec „Chemeko” potrzebna jest właśnie taka kwota! „A po nas – choćby potop!”

Nie raz, nie dwa, ale wielokrotnie pisałem i mówiłem, że ten Zarząd jest niczym znak jakości ”Q” z okresu PRL – u. I co? I wyszło na moje!

A co mówiła podczas sesji Rady Powiatu burmistrz Irena Krzyszkiewicz: „Ja myślę, że taką propozycję (zakupu udziałów spółce przez samorządy – przyp. moje) mógł Zarząd złożyć przynajmniej dwa lata wstecz. Od dziesięciu lat prowadzimy sprawy dotyczące „Chemeko”. I od dziesięciu lat było wiadomo, że nie jesteśmy na wygranej pozycji, moi Państwo.”

I były to słowa trafiające w sedno problemu, jaki mamy z tym politowania godnym Zarządem. Proszę prześledzić protokoły z posiedzeń Zarządu Powiatu, chociaż to intelektualna męka, i sprawdzić ile razy Zarząd Powiatu zastanawiał się co zrobimy, gdy przegramy proces z „Chemeko”. Nie znajdziecie Państwo takiej dyskusji, rozmowy czy rozważań. W tych protokołach nie znajdziecie dosłownie nic!

Pięknie i dobitnie o mało twórczej roli Zarządu wypowiedziała się burmistrz Irena Krzyszkiewicz, gdy pytała o powód braku wcześniej oferty w sprawie nabycia udziałów w spółce: „To dlaczego nie padła wcześniej? Po co się Zarządy zbierają?!” Po nic! - jak można przeczytać w protokołach pani burmistrz. W sprawach bieżących a nie strategicznych, takich jak np. skąd wziąć pieniądze na spłatę „Chemeko”. Ale za to podczas posiedzenia Komisji Zdrowia pan starosta pochwalił się sukcesem. Kiedy przypomniałem mu publicznie, że 9 grudnia 2010 roku pogratulowałem mu wyboru, ale powiedziałem, że absolutnie nie nadaje się na starostę. Starosta potwierdził ten fakt, ale stwierdził również, że ja prorokowałem mu wytrzymanie na stanowisku najwyżej rok a ona już jest prawie dwa lata. I tu rozparła go satysfakcja osobista oczywiście, bo o satysfakcji tak zarządzanego powiatu mowy być absolutnie nie może. Ale, jakiś „sukces” to jest.

Przyznać trzeba jednak, że taki „sukces” starosty zaczyna być śmiertelnym zagrożeniem dla burmistrz Ireny Krzyszkiewicz. Burmistrz przypomniała podczas sesji, że ugrupowanie, z którego startowała do wyborów a więc i jednocześnie ugrupowanie starosty Piotra Wołowicza, deklarowały pragnienie uratowania bytu naszego szpitala. Nieodpowiedzialne ruchy wokół szpitala jakie wywołuje platforma mogą stać się powodem problemów z reelekcją pani burmistrz z czego najwyraźniej nie zdają sobie sprawy Wołowicz, Iskra i Biernacki. Społeczeństwo nigdy i nikomu nie wybaczy sprokurowania sytuacji, w której szpital przestałby działać na dotychczasowych zasadach. Zresztą, ludzie już dzisiaj nie rozumieją dlaczego chce się sprzedać szpital, gdy zaczyna on normalnie funkcjonować. Toteż nikogo nie powinno dziwić bardzo emocjonalne wystąpienie burmistrz Ireny Krzyszkiewicz podczas sesji, gdyż nie wybiera się ona jeszcze na polityczną emeryturę. I stąd publiczne „joby” („Pan starosta nie wie …” To było znakomite i przejdzie do historii naszego lokalnego samorządu!), które poleciały w stronę starosty.

W tym miejscu należy i trzeba trzymać z panią burmistrz, gdyż tak się fajnie składa, że jej polityczny interes (reelekcja) zbiega się pięknie z interesem publicznym (kontrola powiatu nad szpitalem).

Nie jest w interesie pani burmistrz kojarzenie jej z Wołowiczem, Hołtrą, Iskrą, Biernackim, gdyż odbierze jej to potencjalne głosy wyborców. Panowie ci już zapadli w pamięci pracowników szpitala, jako ci, którzy chcą dla nich bardzo „be”. Zresztą, faktem jest, że kołem zamachowym najbliższej kampanii wyborczej platformy nie będzie jej nieudolny szef struktur powiatowych – Piotr Wołowicz, nie będzie nic nie potrafiący i nie mający zasad Piotr Iskra, ani też ciężko podpadnięty pracownikom szpitala, biseksualny politycznie, Marek Biernacki. Więcej, panowie owi, będą stanowili dla burmistrz Ireny Krzyszkiewicz balast i obciążenie ze względu na bogatą kartotekę zaniechań i wieloletni koncert nieudolności. Nic więc dziwnego, że szefowa gminy zdystansowała się od ich poczynań i napiętnowała widoczne gołym okiem nieróbstwo. A zrobiła to koncertowo! Ręce same składały się do oklasków, bo co zdanie to strzał w „dziesiątkę”.

Patrząc z perspektywy pani burmistrz widać wyraźnie, że nie zamierza ona oddać pola w walce o szpital. Szefowa gminy ma więcej wyczucia i wie, jak bardzo jest to niebezpieczne. Zdaje sobie również sprawę z tego, że zostanie rozliczona z obietnicy obrony szpitala i skuteczności tej obrony. Bo nikt nie będzie rozliczał z intencji, nawet najlepszych. Proszę też pamiętać, że w przeciwieństwie do starosty Wołowicza, burmistrz Irena Krzyszkiewicz pamięta o obietnicach wyborczych i zamierza je spełnić. Starosta Wołowicz natomiast cała koalicja, jak dotąd, nie spełniły ani jednej ze swoich obietnic. I w przeciwieństwie do pani burmistrz realizować ich nie ma zamiaru.

To są powody wybuchu niezadowolenia szefowej gminy, które okazała podczas sesji. Można rzec, że rządząca koalicja w starostwie i „chłopcy z ferajny”, czyli PO zobaczyli żółtą kartkę. A przy okazji zobaczyła ją publika, która teraz zastanowi się dwa razy zanim powie, że pomiędzy szefową gminy a chłopcami z platformy panuje sielanka.

Bardzo mnie rozbawił jeden z członków PO, gdy oburzony na panią burmistrz pienił się, że powiedziała, co powiedziała. Ze zdumieniem zauważyłem, że nie rozumie on tego, że to oni potrzebują panią burmistrz a nie odwrotnie. Ta polityczna ślepota bardzo mnie rozbawiła. Ale w pełni oddaje intelektualny poziom prominentnych członków Platformy. Oczywiście z wyjątkiem szefowej gminy, która tych domorosłych „polityków” bije na łeb i szyję. 

Szczera prawda jest taka, że pani burmistrz w każdej wybranej chwili i na dowolnie wybranym boku może publicznie ustawiać platformerskie towarzystwo, gdyż bez niej ono nic nie znaczy. Chłopcy muszą trzymać się „kiecki” (a te pani burmistrz nosi eleganckie), a gdyby nawet przebrała się w worek po nawozie i mówiła, że to ubiór od Prady, to chłopcy nie mieliby wyjścia i musieli przytakiwać czytając napis „Azoty Puławy”, jako „Zrobiono u Prady”. Cóż, ciężki jest los politycznych ślepców i niezguł.