sobota, 11 lutego 2012

Szara eminencja

Wczoraj odbyła się kolejna odsłona tragifarsy, która przedstawienie dawała na panelach podłogowych Sali nr 1 starostwa powiatowego w Górze. Tragifarsa miała na celu wyłonienie nowego przewodniczącego Rady Powiatu. Wszyscy z zaciekawieniem oczekiwali nazwisk kandydatur, które przedstawi nieudolna koalicja. Wiadomo było, że krętaczom z PO Dariusz Wołowicz już nie zaufa, po tym jak dokonali aborcji na jego kandydaturze w środę 8 lutego. I tak też się stało. W rozmowie ze mną niedoszły Przewodniczący stwierdził, że już nie da się nabrać krętaczom z PO.

Radny Piotr Iskra przyznał się przed sesją, iż to on został wskazany przez PO na Przewodniczącego Rady. Od początku było wiadomo, że namaszczenie Piotra Iskry było typowym „pocałunkiem śmierci” dla kandydata. Piotr Iskra jest regularnie „dymany” przez górowską PO. I tak, w roku 2010 górowska PO obiecała mu, że może zostać starostą jeżeli zostanie radnym powiatowym. Piotr Iskra został radnym powiatowym, ale nie został starostą, bo w swojej miłości własnej i przekonaniu o doskonałości zapragnął nim zostać Piotr Wołowicz.

I tak towarzysze partyjni wykiwali Piotra Iskrę po raz pierwszy, ale jak pokazuje wczorajsze głosowanie, nie ostatni. Trzeba przyznać, że radny Marek Biernacki kuty jest na cztery łapy. Powiem Państwu, że ten kto go nie docenia i daje zwieść się na jego „bananowy” uśmiech popełnia wielki błąd i okazuje nieroztropność. Obrazowo mówiąc Marek Biernacki jest rzeczywistym mózgiem PO i to on rozdaje karty w tym towarzystwie. Tylko wciąż się zastanawiam, którą batutą w rękach nieformalnego szefa PO jest Piotr Wołowicz. Jak znam Marka Biernackiego, to jemu jest to kompletnie obojętnie. Ja Państwu powiem, że ma Biernacki ma przed sobą wielką przyszłość.

Jego urok polega między innymi na tym, że jak zechce wykończyć burmistrz Irenę Krzyszkiewicz, to będzie jej wbijał nóż w plecy i z „bananem” na ustach i pytał: „A czujesz rozkosz Iruś?”

W rezultacie głosowania Piotr Iskra przepadł, co było do przewidzenia, bo Szendryka. Marek Biernacki upatrzył sobie na Przewodniczącego Rady potencjalnego teścia – Edwarda Szendryka. A jak moja droga osobista Szelma coś sobie w łepetynce wbije, to już siły nie ma , by mu to wyperswadować.

Tak więc po aborcji Dariusza Wołowicza nastąpiła kolejna „skrobanka”, której ofiarą padł Piotr Iskra. Kandydat otrzymał 7 głosów, bo tylko tyle zapewnił mu Marek Biernacki. I pamiętajcie Państwo, że nie ma po co chodzić do starosty. Chodzić należy do radnego Marka Biernackiego. Bo to on jest jedyną decyzyjną osobą w sitwie zwanej PO.
Kandydatura Edwarda Szendryka była naturalna, bo potencjalny zięć na nią się zdecydował. Wszak dobrze jest, by dieta Przewodniczącego została w planowanej rodzinie.

Podczas środowej sesji w ucho wpadł mi dialog prowadzony pomiędzy Ireną Krzyszkiewicz a radnym Janem Kalinowskim. Po wymienieniu przyjaznych i wielce sympatycznych machnięć rączkami, oboje spotkali się „face in face”. Grzecznością nie było końca. Ale w końcu przyszło do konkretów. A radny Jan Kalinowski słynie z tego, że konkretny jest aż do bólu. I oto fragment dialogu, który między sobą dyskutanci prowadzili:
- Irena Krzyszkiewicz: Mogliśmy być razem i szybko podejmować decyzje.
- Jan Kalinowski: No, tak szybko to nie, bo czas podejmowania decyzji w starostwie, to jakieś pół roku. A później co byśmy robili?
- Irena Krzyszkiewicz: No tak, ale może wówczas byłoby inaczej.
- Jan Kalinowski: Ale synowie to pani się nie udali. Ten starszy to jakiś niewydarzony jest. Porażka po prostu. Młodszy też nie za bardzo się udał, ale chociaż śmieszny jest. Ja go nawet lubię.
- Irena Krzyszkiewicz: Jacy synowie?!
- Jan Kalinowski: Toż mówię pani jacy. Starszy – starosta. A młodszy to Biernacki, ten trochę lepszy od starszego synka. Umarłbym z nudów podczas sesji, gdyby nie jego towarzystwo.
C.d.n.