środa, 16 listopada 2011

Bieg najwyższych uniesień

Niewątpliwym hitem każdego Biegu niepodległości jest bieg przedszkolaków na dystansie 100 metrów. Od początku towarzyszy mu niesamowita atmosfera, którą trudno opisać. Maluchom towarzyszy zawsze liczna rodzina, która przeżywa sportowe zmagania swojego pupila chyba bardziej niż on sam. Stąd też każdorazowo organizatorzy biegu mają więcej problemów z towarzyszącymi małym biegaczom opiekunami niż z samymi maluchami.

A tu mama jeszcze coś poprawi swojemu oczku w głowie, babcia szaliczek ściślej zawiąże, by w szalonym pędzie ku zwycięstwu gardło się czymś „nie zawaliło”. To znowu dziadek kruszynie swojej ukochanej wafelka zada tuż przed startem, by kalorii starczyło zawołanemu biegaczowi do zwycięskiego minięcia mety. W innych licznych przypadkach w ostatniej chwili zauważano, że sznurowadełko się poluzowało, co niewątpliwie mogłoby wpłynąć fatalnie na walkę zaszczytne miejsce. Bo prawdę mówiąc nieomal każdy z rodziców i bliskich malców stających do sportowych zmagań marzy o tym, by to jego skarb życia zajaśniał na podium, i to tym oznaczonym nr 1.

Ze wszystkich stron słychać było instrukcje. „Oluś, biegnij tam! W stronę żółtej linii!”, „Do balona biegnij!”, „Biegnij do tej bramy, tam babcia i dziadek czekają na Ciebie!”
Oprócz tego dorośli nieustannie starają się osobiście wypracować jak najkorzystniejszą pozycję startową dla swojej dumy i chluby. Trwają nieustanne manewry, by nasz Karolek znalazł się bliżej linii startowej. To wymierny zysk i zyskane metry. Startuje 100 przedszkolaków i przegrupowania są widoczne. Odbywają się na niewielkiej przestrzeni, więc harmider i ścisk na starcie jest niesamowity. A główni bohaterowie przez to często zagubieni i nie stroniący od łez. Widać tez wyraźnie samodzielność albo jej brak u przedszkolaków. Ci pierwsi sami śmiało stają na linii startowej a drudzy umieszczani są tam dzięki swoim opiekunom, którzy robią to bez pardonu. W walce o pozycję dla oczka w głowie nie ma miejsca na sentymenty.

A nad tym wszystkim usiłują zapanować organizatorzy, którzy w hałasie, nieustannych przepychankach, usiłują ustawić przedszkolaków w miarę sensownie, by wyrównać szanse. Trud jedna to próżny i skazany z góry na porażkę. Bo żadna mama, tata, babcia i inne ciotki i pociotki milusińskiego nie opuszczą do gwizdka, nie bacząc na to, ze w ten sposób sami zmniejszają szanse tych, których tak kochają.

W końcu biegacze startują. Cóż to się dzieje! Są pierwsze upadki i łzy. Inni wystartowali ze znacznym opóźnieniem, bo jeszcze rozmawiali z najbliższymi, a byli i tacy, którzy zagubieni pośród kłębiącego się na starcie tłumu nie zdążyli wystartować. Ale większość biegnie! Trwa bieg małych, ale bokami suną rodzice i krewni nawołując: „Elwirka, biegnij, biegnij!”, „Jacuś, szybciej, szybciej!”, „Patryk, ty gapo!”. Tylko ten kto był na biegu przedszkolaków wie, jak bardzo pulsuje i tętni tam adrenalina Najczęściej ta rodzicielska. No cóż, miłość rodzicielska często zaślepia, bo takie są jej prawa.

Jest meta. Wygrani nie bardzo wiedzą czy wygrali czy tez ktoś ich wyprzedził. Sędziowie bacznie wyłapują pierwszą trójkę zwycięzców, którzy oszołomieni sukcesem nie bardzo wiedzą, co ci panowie od nich chcą.

A potem jest moment wejścia na podium i chwila tryumfu, który pozostanie w pamięci do końca życia. Są promienne uśmiechy medalistów, chwila szybko przemijającej sławy, spojrzenie z góry na widzów. Później puchary, dla niektórych pierwsze w życiu, dyplomy, na których napisy nic ich właścicielom nie mówią. Są i nagrody rzeczowe. I pozowanie do zdjęć z miną pełną niewysłowionej dumy i błyszczącymi oczami. Jest pięknie! Jeden z najpiękniejszych dni w ich niedługim jeszcze życiu. A na drugi dzień jest proza życia, czyli: „marsz do przedszkola smarkaczu!” Jakże krótkie są szczęśliwe chwile!

































Zwycięzcy: 
1. Fabian Szymusiak, 2. Kacper Tomaszewicz,  3. Jakub Jadach