wtorek, 5 czerwca 2012

W rowerowym raju

W naszym często dziwnym klimacie można na rowerze jeździć przez 8 - 9 miesięcy w roku. Znam też takich osobliwych osobników, którzy to robią przez okrągły rok. Kiedy pytam taką osobliwą osobliwość, jakie to rozkosze czerpią z jazdy w listopadzie słyszę, że wybierając odpowiednie pozawiejskie trasy, podczas takiego wysiłku inhalują w swój organizm czyste, nieskażone żadnymi zanieczyszczeniami powietrze, nie zubożone w tlen. Tego nie można powiedzieć o niektórych siłowniach czy salach aerobiku. Tu z wiadomych względów dyskretnie przemilczając lokale gastronomiczne. 

Faktem jest, że entuzjastą jazdy na rowerze w zimno i mokro absolutnie nie jestem. Nałogowo też nie jeżdżę, ale od czasu do czasu lubię sobie śmignąć lasami, górkami, polnymi łąkami, ścieżkami polnymi. Pożyczam od czasu do czasu rower od znajomych, ale cholera jakaś taka nie bardzo prowadząca się po moich utartych szlakach. 

Właściciel salonu „Świat Rowerów”, przy ulicy Poznańskiej 12 zaproponował mi przejażdżkę na kilku rowerach, bym – jak to rzekł: „odczuł różnicę pomiędzy rowerem a ramą na dwóch kółkach”. Z nudów skorzystałem z oferty i zabawiłem się w testera. 

Na początek dostałem rower trekkingowi, który przeznaczony jest do uprawiania zaawansowanej turystyki rowerowej, polegającej na przemierzaniu długich, często wielodniowych tras, zarówno po drogach asfaltowych jak i drogach o nawierzchni nieutwardzonej. Wybrałem sobie spośród wielu kolorów, które klienci „Świata Rowerów” mają do wyboru czerwony. Pojeździłem godzinę i orzekłem, że fajna rzecz, ale raczej dla zaawansowanych a nie takiej rzodkiewki turystycznej, jak ja. 

Kolejny rower był dla typowych amatorów sportowej jazdy na rowerze. Tu próba trwała krócej, bo przypomniałem sobie słowa Winstona Churchilla, że: „sport zabija”. Nie uprawiał go i wykopyrtnął się na lepszy świat w wieku 91 lat. 

Do próby podstawiono mi tzw. „górala”. Wsiadłem na rower, pomachałem pracownikom „Świata Rowerów”, zanuciłem „Góralu czy ci nie żal!”, pies z sąsiedztwa zawył rozpaczliwie a ja pomknąłem ulicami naszego miasta. Pojeździłem, poszanowałem, dwa razy dęba stanąłem, lunął deszcz i przeszła mi ochota na bawienie się w testera.

Właściciel „Świata Rowerów” spytał mnie życzliwie o wrażenia. Opowiedziałem o odczuciach związanych z jazdą na testowanych rowerach i spojrzałem na zaopatrzenie sklepu. Oczopląs, ból głowy, nakładające się obrazy. Toż to hurtownia! I trudno nawet kapnąć się do czego dana rama i kółka służą. Zawiesiłem oko na miniaturowym żółtym trójkołowcu i słodkim głosem spytałem szanownego właściciela czy mogę tę rzecz też przetestować. W odpowiedzi usłyszałem grzeczne: „Paszoł won!”