poniedziałek, 2 lutego 2015

Symbol niemożności



Byłem ostatnio u swoich przyjaciół w Łęczycy (gmina Jemielno). Piękna okolica, ale jak wszystko w życiu, również nie pozbawiona pewnych wad. No cóż, nikt i nic na tym świecie nie jest doskonałe.

Od lat dziecinnych integruje mnie historia i wszystko co z nią jest związane. Spacerując sobie pośród pagórków: „Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała” zauważyłem pewną dziwną budowlę. Zrazu pomyślałem, że to szałas pasterski lub skansen jakiś bliżej mi nie znany i w przewodnikach nie opisany. Ponieważ terenu bliżej nie znałem zaostrzyłem sobie kieleckim scyzorykiem kija zamieniając go w dzidę. Do pomocy przywołałem jeża, któremu ariergardzie mnie ubezpieczał. Tak więc ja z dzidą, jeż z kolcami i strach wielki towarzyszył nam w drodze ku dziwnej budowli. Dzielnie przedzieraliśmy się przez krzaki, wysokie trawy, gałęzie, podążając ku tajemniczej budowli. Krok po kroku, metr po metrze, w trudzie i znoju niepomiernym.

W miarę zbliżania się do zagadkowej budowli nabierała ona kształtów. Widać było otwory okienne, ściany, na których widniały tajemnicze napisy. W końcu ja i asekurujący mnie jeż dotarliśmy do celu. Oczom naszym okazał się zabytek. Widać było, że jest to budowla zbudowana została w późnym stylu „geesowskim”, na bazie dykty, kleju wody i dobrej woli budowniczych. Okrutny czas nie oszczędził jednak budowli a i turyści go odwiedzający też raczej do koła miłośników „geesowskiej” architektury nie należeli.

W środku widać był wyraźnie ślady pobytu w budowli miłośników ruin, którzy szczególnie wiosną i latem ukochali sobie ten zakątek. Jak raczył poinformować mnie niebywale kolczasty jeż „latem, to panie tu się dzieje!”. Odmówił jednak podania szczegółów, bo – jak stwierdził: „może to wpłynąć na pogorszenie moralności w narodzie”.

Jeż rozpoczął snucie smutnej a zarazem pouczającej historii na temat budowli. „Panie, jakie tu kiedyś życie tętniło! Był tu panie sklep. Ludziska walili tu od rana. Wesoło było co się zowie. Kwitł pod sklepem handel i życie towarzyskie. Tu robił się interesy, załatwiało różne sprawy. Bywało panie tez i tak, że jeden drugiemu w twarz dał, ale na drugi dzień zgoda pomiędzy zwaśnionymi zapadała, bo żyć trzeba było. A Łęczyca panie, wieś nieduża i jeden drugiego zna. I razem żyć trzeba. Skończyło się to panie, bo nagle sklep zamknęli a i ludzie posmutnieli, rezon stracili. Wieś, niegdyś gwarna, zacichła i zapadła się jakoś w sobie. Smutek panie nastał. A budynek w ruinę popadał, bo chociaż stoi na prywatnym gruncie, to właściciel gruntu nie jest właścicielem budynku. I tak sobie stoi bezpański, wali się i nikt, panie tym się nie interesuje. Strach tu panie przychodzić.”

Mój kolczasty przewodnik po okolicy zamilkł, zesmętniał, ryjek mu się wydłużył i zapadł w milczenie. Ja zaś zacząłem przeglądać notatki dotyczące tego miejsca, które w między czasie przyniosła mi w dzióbku sroczka. I z nich to dowiedziałem się, iż niektórzy mieszkańcy Łęczycy pisali pisma w tej sprawie do wójta, wójt do starostwa, ale nic a nic z tego do dzisiaj nie wynikło. Ludzie boja się, że w okresie letnim, gdy będą upały na zaniedbanej działce, na której stoi ta ruina może wybuchnąć pożar, który dotrze do ich posesji.


Ale jak widać strach niektórych mieszkańców Łęczycy nie jest strachem urzędników. Ci żyją w strachu, że będą musieli coś robić. A przecież nie o to chodzi by coś robić realnie, ale wirtualnie, a więc pisać pisma, z których nic nie wynika. Wymiana pism trwa, a ruina jak stała, tak stoi. Rzec można, że jest ona pomnikiem biurokratycznej niemożności, symbolem ruchów pozorowanych.


Mamy powiat, starostwo a w nim Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego, który takimi niebezpiecznymi ruinami powinien się zajmować. Czy inspektor Edward Adaszyński wie o ruinie? Wie! I co zrobił? Jest częścią tego pomnika biurokratycznej niemożności. A jak dalej tak pójdzie, to stanie się jego twarzą.