sobota, 21 stycznia 2012

Portrecik Stasia Żet

Cieszy fakt, że nasze miasto ma dwie hale sportowe. Takie bogactwo na pewno cieszy, bo młodzież – teoretycznie – ma stworzone możliwości do uprawiania sportów. Z jedną z hal jest jednak pewien problem. Problem nie z halą, ale z osobą, której bardzo nieopatrznie powierzono jej kierowanie.

Szefem „Arkadii” od chwili jej powstanie jest Stanisław Żyjewski. Stanowisko to powierzono mu, gdy w powiecie u władzy znajdowało się SLD. W tym czasie był prominentnym członkiem tej partii. By oddać sprawiedliwość byłemu sędziemu trzeba mu złożyć wyrazy uznania za rozwalenie górowskiego SLD. Zrobi to tak skutecznie, że z licznej wówczas w powicie górowskim partii pozostały strzępy. Po rządach Stanisława Żyjewskiego w SLD partia ta pozbierać się nie może do dzisiaj.

Sytuacja w SLD dzisiaj wygląda tak, że jej resztówka zbiera się w pomieszczeniach biurowych hali „Arkadia” nie płacąc za ich wynajem, na co pragnę zwrócić uwagę panom starostom, bo to pachnie niegospodarnością a pieniędzy powiat bardzo potrzebuje.

Pozostawmy jednak SLD na uboczu a zajmijmy się działalnością Stanisława Żyjewskiego, jako zarządzającego halą.

Tu trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie powiedzieć, iż Stanisław Żyjewski ma cechy charakteru, które całkowicie go dyskwalifikują na zarządzającego halą. Powiedzieć, że jest wśród młodzieży mało lubiany, to zbyt miękkie stwierdzenie. Rzecz nazwać trzeba po imieniu. Stanisław Żyjewski jest osobą powszechnie znienawidzoną, która nie ma autorytetu wśród młodzieży i nauczycieli. Te gorące i serdeczne uczucia, które powszechnie wzbudza Stanisław Żyjewski są pokłosiem jego charakteru. A charakter ma on podły.

Oto przykład. Pewnego dnia spotyka Przewodniczącego Rady Powiatu Zbigniewa Józefiaka i pyta się go jak długo jeszcze będzie on znosił rządy obecnego Zarządu Powiatu. A następnego dnia udaje wielkiego i oddanego przyjaciela wicestarosty Pawła Niedźwiedzia. Fajne? Patrzcie Państwo, jaki prawy charakter. A jaki lojalny wobec przełożonych. Wzór do naśladowania po prostu.

Za rządów poprzedniej ekipy Stanisław Żyjewski miał w „Arkadii” po prostu dolce vita. Popierał go ówczesny wicestarosta i jeden z członków Zarządu. Stanisław Żyjewski rżnął panisko całą gębą. Jak w godzinach pracy chciał wyskoczyć na rybki – wyskakiwał, jak chciał przyjechać do pracy na 11 – przyjeżdżał na 11. A jak w pracy mu się być nie chciało, to nie był. A wszyscy pracownicy się dziwili, że tak rzadko jest w pracy, a tyle ma wolnego i urlop jeszcze niewykorzystany. Stanisław Żyjewski był wówczas działaczem PZPN. Zasiadał tam w jakiejś komisji czy innym PZPN – kim dziadostwie i często wyjeżdżał poza Górę. To były szczęśliwe dni dla pracowników „Arkadii”, bo wówczas mogli spokojnie pracować.
Przed wyjazdem Stanisław Żyjewski starannie mył i odkurzał swój samochód. Robił to oczywiście na placu „Arkadii”, korzystając z wody i prądu, za które płaciło starostwo. Ale nic mu nie można było zrobić, bo jak pisałem, panisko był wówczas całą gębą.

Jak już jesteśmy przy pracownikach „Arkadii”, to opiszę Państwu następujący epizod. Zimą 2010 roku Stanisław Żyjewski rozpoczął akcję odśnieżania. Na dworze temperatura chyba z minus piętnaście a pracownicy „Arkadii” (kobiety i mężczyźni) zaiwaniają odgarniając śnieg. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ambitny cudzym kosztem Stanisław Żyjewski zaplanował sobie, że odśnieżone zostaną również miejsca, gdzie rzadko się chodzi. Na terenie „Arkadii” pojawił się dyrektor Sławomir Bączewski, który widząc bezsens ambitnych planów Stanisława Żyjewskiego zmienił je. Przy okazji dyrektor zatroszczył się o pracowników i zapytał czy mają gorącą herbatę. Okazało się, że nie, więc dyrektor ją zorganizował. I w tym miejscu scena jak z kultowego „Misia”. Przed obliczem dyrektora zjawia się jedna z pracownic zatrudniona w „Arkadii”. Pytana przez dyrektora o ciepłe napoje recytuje w obecności Stanisława Żyjewskiego tekst, że mają wszystko co potrzeba, kierownik dba o nich i jest dla nich jak ojciec. Dyrektor w szoku a upadły działacz SLD puchnie z dumy.

A prawda wygląda tak, że Stanisław Żyjewski i jego liczni goście popijają kawę i herbatą, którą kupują pracownicy za własne pieniądze. Stanisław Żyjewski ma bowiem również taką zaletę, że uważa, iż absolutnie nie musi niczego kupować, bo od tego ma pracowników. I tak sobie latami pasożytuje.

Pasożytuje też na drabinie będącej własnością starostwa. Ma ten nawyk, że pożycza ją sobie do domu, by obcinać bluszcz, czy co tam na jego chacie rośnie, ale tygodniami zapomina ją oddać. A pracownicy muszą kombinować, jak tu coś zrobić, bo drabinę ma władca feudalny, pan na „Arkadii”, poczciwy Stanisław Żyjewski.

Ponieważ Stanisław Żyjewski zapowiada, że mnie zniszczy, więc ja muszę wywołać wojnę prewencyjną. Jak Państwo widzicie granice zostały przekroczone. Teraz będziemy posuwali się do przodu. Ale Stanisław Żyjewski musi poznać smak bólu. Musi czuć przestrach i trwogę. Niech dozna na własnej skórze, jak to jest być ofiarą a nie katem. Dlatego ta rzecz o Stanisławie Żyjewskim zostanie rozciągnięta na odcinki. Chodzi o to, by niczego nie pominąć i by „bohater” tej opowieści poczuł ból na raty. Zaprawdę, powiadam Państwu: jestem ogromnie miłosierny.