piątek, 17 października 2014

Ich mała ojczyzna

Łęczyca. Wieś w gminie Jemielno. Położona z dala od uczęszczanych szlaków. Kilkanaście numerów i niewielu mieszkańców. W zamierzchłej już przeszłości znajdował się w Łęczycy PGR, który dawał mieszkańcom pracę i dach nad głową. Upadł PGR i podupadła wieś, która niegdyś tętniła życiem. Nic nadzwyczajnego. Takich wsi na mapie nie brakuje.

Majątek po pegeerze rozprzedano. Agencja Nieruchomości Rolnych sprzedał też mieszkania, w których żyli pracownicy upadłego pegeeru tym, którzy chcieli je kupić. Kupili. Starsi ludzie. To ich mikrokosmos. I wszystko byłoby nieomal sielsko i anielsko, gdyby nie powietrze. Wieś kojarzy się ludziom z ciszą, spokojem i świeżym powietrzem. Ale Łęczyca jest tego absolutnym zaprzeczeniem. Jest miejscem, w którym nikt z Państwa nie chciałby żyć.

Wraz z grupą mieszkańców Łęczycy, którzy zaprosili mnie w odwiedziny siedzimy na przydomowym trawniku. Pogoda piękna, słońce grzeje, kawa na stole. Czegoż chcieć od życia? Chyba tylko świeżego powietrza, bo tego w Łęczycy brakuje najbardziej.

Nad całą wsią dominuje wszech przenikający i wszystko ogarniający smród. Źródłem smrodu jest popegeerowski budynek gospodarczy, w którym w latach świetności Łęczycy chowano na dużą skalę owce. Owce odeszły w niebyt a ich miejsce zajęły świnie. Siedzę i słucham ludzi, w których głosach słyszę rozpacz. Nie. To jest coś gorszego niż rozpacz. To jest poczucie osamotnienia w ich walce o życie bez smrodu. Opowiadają o swoich staraniach, pismach, prośbach, które okazują się bezskuteczne. Dominuje poczucie niemocy i krzywdy.

Toczy się opowieść o smrodzie. Płyną słowa żalu i bezbrzeżnej goryczy wobec gminnej władzy, która wg jednych nie potrafi a wg innych nie chce im pomóc. Słyszę opowieści o ściekach z obory, które nie wiadomo gdzie są odprowadzane. Pytam o beczkowozy. Nikt ich nie widział. Nikt nie wie co jest w oborach. Świnie? Bydło? Padają domysły. Słyszę opowieści o wylewaniu gnojowicy na łąki. Słyszę, ale też i widzę zaniedbane obejście wokół obory będącej źródłem dojmującego smrodu.
Wsiadamy do samochodu. Gospodarze pokazują bramę dawnego pegeeru. Brama zamknięta na kłódkę. „Kiedyś była otwarta i mieliśmy blisko do domów. Dzisiaj musimy jechać dookoła, bo Agencja (Nieruchomości Rolnych) sprzedała drogę, na której stoi brama. A nabywcy ją po prostu zamknęli” słyszę. Patrzę na podupadłą bramę i zastanawiam się ile podłości i małostkowości potrafi być w ludziach. Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest władza, którą przecież ci ludzie wybrali.
Wracamy na przydomowy trawnik. Z zamkniętego szczelnie okna samochodu widzę kobietę, która pomimo leciwego wieku z młodzieńczą werwą otwiera i bardzo szybko zamyka drzwi swojego domostwa. „Próżny babciu twój trud” – myślę z goryczą w sercu. Rozglądam się i widzę szczelnie pozamykane okna. Na dworze jest coś koło 25 stopni. „Jak tu żyć panie wójcie?” – pytam sam siebie.

Z opowieści ludzi wynika, że władza rozkłada bezradnie ręce. „My nic nie możemy, bo to prywatne” – oto odpowiedź władzy. Brama prywatna, droga prywatna, ale smród ogólnospołeczny. Też korzystam z jego uroków.

Płynie opowieść o możnych rolnikach, którym można wszystko, i o tych, którzy nie mogą nic, bo to prywatne. Słyszę o azbeście wymieszanym z ziemią wokół obory. Słyszę o betonowych płytach, które znikły nagle z podwórka otaczającego oborę.

A ludzie opowiadają. Opowiadają o swojej „drodze krzyżowej”. Pisma, odwołania, prośby o uznanie za stronę, odmowy, rozprawy w samorządowym kolegium, kolejne odwołania, decyzje środowiskowe, pisma do wójta. Skąd ja to znam? Skąd Państwo to znają? A to gminna Polska właśnie! Ludzie są bezradni. Nie znają się na prawie. Urzędowe pisma są dla nich niczym hieroglify.

Pytam o ich radnego. Jest radny. Rozmawiamy. Widzę człowieka wystraszonego, przelęknionego, który chciał pomóc. Potwierdzają to mieszkańcy. Radny bierze na siebie dobrowolnie obowiązek zeskanowania i przesłania mi dokumentów. Próżno jednak czekałem ponad tydzień. Kolejna nauczka. I dla mnie, i dla tych ludzi.

Dziw nad dziwy. Radny się zląkł. Radny to władza. Więc czego się lęka? Władzy, którą sam jest?! Taka jest codzienność naszej gminnej ojczyzny.

„Wsi spokojna, wsi wesoła” – myślę sobie. Snuje się opowieść o posesji, której nikt nie chciał kupić. Smród zabił transakcję. Snuje się opowieść o wahaniach czy warto remontować dom. Snuje się opowieść o chęci opuszczenia wsi. Marzenie niespełnione. Nie ma gdzie wyjechać. A może przy tym marzeniu warto trwać, by zabić zapach smrodu?

Rośnie przerażenie wśród ludzi. Ma powstać kolejna obora. Można rzec, że będą wzięci w dwa kleszcze. A może to gminna władza gra z nimi w dwa ognie? „Panie, jak my to wytrzymamy!” – pada pytanie, na które nawet nie staram się odpowiedzieć, bo brak mi wyobraźni.

„Już teraz po naszych podwórkach biegają szczury. Co będzie jak powstanie  nowa obora?” – pada dramatyczne pytanie. Ludzie są w ślepym zaułku, pozbawieni wsparcia i pomocy. Część czuje się zmęczona, zrezygnowana. Nie bardzo wierzy w sens walki. „I tak zrobią co chcą?” „Kto” pytam. „Oni” – i następuje niedookreślony ruch ręką, który oznacza świat. Ich świat. Ich władzę, gminę właścicieli. I może tak naprawdę, tym wskazanym niedookreślonym gestem, chodzi o to, by mieszkańcy wsi Łęczycy zrezygnowali. I po wieki żyli w smrodzie. Społecznym smrodzie.



Mieszkańców wsi Łęczyca serdecznie pozdrawiam i przepraszam, że trochę czekaliście na ten artykuł. Wypowiedzianych podczas spotkania słów dotrzymam. Do zobaczenia.