niedziela, 11 września 2016

Rozmowa ze spółdzielcą

- Niech Pan popatrzy jak troskliwy „Doktor”, ręce które leczą wybudował prywatną „autostradę” wiodącą aż pod same drzwi swojego przyjaciela i mentora. Widzisz pan, panie Kanalia, tam jest blok na Os. KW nr. 20. Jest tam klatka B, specjalnego przeznaczenia. Do tej klatki wcześniej żadnej ścieżki nie było. A teraz panie jest! Ale tam panie Kanalia, mieszka przyjaciel naszego „Doktora”, którego ręce leczą.

- A tam! Zaraz leczą!
- Pan mi nie wierzysz?! Popytaj pan!
- Kogo? Gdzie?
- A na cmentarzu na przykład.
- Ci co tam mieszkają raczej małomówni są.
- „Doktora” szczęście. Słuchaj pan dalej. Popatrz pan, to ścieżka wybrukowana, nowiusieńka, jak spod igły. 

Prawda panie Kanalia, że ścieżka była tam wcześniej, ale wykonana jedynie przez któregoś z mieszkańców na własną rękę, i tylko na szerokość dwóch płytek chodnikowych. Samoróbka panie była taka. A teraz wytrzeszcz pan gały na blok o nr 23. Tam była ścieżka betonowa do parkingu, szeroka panie na jakieś 2 m i jakieś 5 m długa. Co prawda i nie do samego parkingu ona była, ale była i się zmyła! Zostało się jakieś 3 m. Trochę została zdemolowana wzdłuż nowego chodnika podczas usadawiania nowych obrzeży i już jej nie odbudowano. Zasypano panie jedynie ziemią i tak się udeptała, w sposób naturalny. Ale panie Kanalia, jak popada deszcz robi się błoto. Ale panie, co tam blok 23 „Doktor, ręce które leczą” przyjaciół tam nie ma, to i ścieżka im niepotrzebna. Po co chamom ścieżka jak nie głosują na „Doktora”?

- Ale „Doktor, którego ręce leczą”, jak raczył pan wspomnieć, szyszką jest w waszej spółdzielni. Spółdzielcy go wybrali.
- Panie. Toż od połowy sierpnia tegoż roku cała Rada Nadzorcza tego nowotworu jest nielegalna.
- Panie! Toż to być nie może!
- Niby nie, ale tak jest. Wyimaginuj pan sobie, że jak były wybory do Rady Nadzorczej, to „Doktor, którego ręce leczą”, wykombinował sobie, że jeden z kandydatów do tego towarzystwa, który mu nie leżał, ma jakieś zadłużenie wobec spółdzielni. I pod tym kulawym, jak bezpański pies pretekstem, nie dopuścił go wyborów. Gość się wnerwił i buch ich do sądu. Sąd I instancji uznał, że „Doktor, którego ręce leczą” nie miał racji. No to „Doktor, którego ręce leczą” ciach i odwołał się do II instancji. A tam rach i ciach odwalili apelację „Doktora” i orzekli, że RN na nielegalu działa.
- Ciekawe. I co dalej?
- Panie Kanalia, będzie tak. Wybory ogłoszone. Nadzwyczajne walne ma być. W punkcie 5 wybór Rady Nadzorczej. Panie, ale nasi spółdzielcy w dupie najczęściej mają wybory. Przyjdzie może jeden spółdzielca na dziesięciu, i to swojaki „Doktora, którego ręce leczą”. A później panie, po wyborach, będą chodzić i marudzić. Kto ich wybrał? – pytać będą. No panie, pan wiesz, że zawsze wygrywają ci, którzy są obecni. Nieobecni z góry mają przerżnięte.
- Ale chyba w waszej spółdzielni źle się nie dzieje?
- Oj tam! Słuchaj pan. Na przykład córka tegoż samego przyjaciela od ścieżki, zdobyła cichcem etacik w biurze SM. Córcia księgowej cieszy się już podobnym etacikiem dobre kilka lat, myślę że jeszcze paru „krewniaków”, by się znalazło na ciepłych, popłatnych posadkach.
- Ależ drogi panie, ludzie muszą gdzieś pracować?
- Owszem, ale panie Kanalio, czemu akurat w spółdzielni?
- Bo mają pod ręką, jak pan sam twierdzi „Doktora, którego ręce leczą”. A wie pan, że na terenie naszego miasta krucho z opieką medyczną.

- O panie Kanalia! Pan masz łeb! O tym nie pomyślałem. Faktycznie jest tu rola w podstawowej opiece dla „Doktora, którego ręce leczą”. Ale panie, zważ pan, że w tym przypadku leczą tylko ręce. Po co nam reszta „Doktora”?