poniedziałek, 8 czerwca 2015

Na ratunek



Niegdyś w tym miejscu znajdował się park cieszący się dużym powodzeniem wśród górowian. Miał on jeszcze tradycję przedwojenną i stanowił uroczy kompleks zieleni w samym sercu naszego miasta.


Obecnie zamiast parku mamy zabetonowaną nawierzchnię, która uroku miastu nie dodaje i tak naprawdę nie rozwiązuje problemów z parkowaniem w mieście, gdyż jak informowali mnie już wielokrotnie znajomi kierowcy, na parkingu tym odnaleźć można wciąż samochody o tych powtarzających się numerach rejestracyjnych. Pomimo, że znajduje się tam tabliczka informująca o możliwości postoju do 2 godzin to jednak informacja ta jest przez wielu posiadaczy aut ignorowana. Z ubolewaniem jednak stwierdzić należy, że parking ten jest bezpłatny, gdyż wybudowany jest z funduszy unijnych, a to nie pozwala postawić tam parkometrów – ulubionych gadżetów pani burmistrz. Trzeba przyznać, że przepisy unijne nie pozwalające na taki myk, są w niesmak wielu kierowcom, którzy z utęsknieniem oczekują na możliwość wniesienia symbolicznej złotówki do kasy gminy, by przewodniczący Rady Miejskiej Jerzy „Chochoł” Kubicki mógł swobodnie pobrać ok. 250 złotych na sławetne „jazdy lokalne”.

W miniony piątek spotkałem swojego dobrego znajomego Przemka. Poinformował mnie on z wyraźnym przejęciem w głosie, że świerk ten wykazuje wyraźne objawy obumierania. Podzieliłem niepokój szanownego kolegi, gdyż pod tym świerkiem nie jednokrotnie w młodości działy się rzeczy, które wspominam dzisiaj z rozrzewnieniem. Z kolei kolega Przemek ma do świerku stosunek potrosze rodzinny. Drzewo te zasadził jego dziadek Jan Janowski, który tuż po wojnie uruchamiał górowskie wodociągi i przez wiele lat był ich kierownikiem.

Ponieważ niezbyt chciało mi się iść na tę betonową pustynię, która jest po prostu odrażająca postanowiłem wykonać telefon w celu poinformowania niedoinformowanej władzy o sytuacji w jakiej znajduje się świerk.

Pierwszy telefon wykonałem do wydziału ochrony środowiska urzędu, ale okazało się, że pani naczelnik ma urlop. A drzewo cierpi! Drugi telefon wykonałem do Tekomu, który opiekuje się miejską zielenią. Tam nikt nie powiedział mi nic, gdyż telefon był głuchy niczym pień. A drzewo usycha! Trzeci telefon wykonałem do sekretariatu burmistrza i poprosiłem o połączenie z wiceburmistrzem, co pani sekretarka wykonała, ale okazało się, że wiceburmistrz Andrzej Rogala ma naradę i w tej sytuacji nie może ze mną rozmawiać. A drzewo cierpi!

Widząc, że sytuacja jest beznadziejna – a drzewo cierpi! - postanowiliśmy z Przemkiem zająć się sprawą osobiście. Dokonaliśmy wizji lokalnej i zauważyliśmy, że drzewo usycha, a ziemia wokół niego jest tak sama twarda jak betonowa kostka położona na parkingu.
Po krótkiej naradzie do współpracy zaprosiliśmy radnego Adriana Grochowiaka, którego pradziadkiem był „ojciec” tegoż drzewa. Radny Grochowiak zadzwonił do jednego z pracowników Nadleśnictwa i zasięgnął fachowej porady co do sposobu przyjścia z pomocą choremu drzewu. Przystąpiono do organizacji akcji ratunkowej.

Adrian Grochowiak ze swojej diety zakupił: 160 litrów kory pod iglaki i paczkę jakościowego nawozu. Kolega Przemek poświęcił starannie zbieraną wodę deszczową w ilości 200 litrów, ponadto zapożyczył się u sąsiadów poprzez pożyczenie szpadla. Wszystko zostało to załadowane do samochodów i zawiezione na miejsce akcji.

Tuż po godzinie 18 rozpoczęły się prace. Wylano pierwszy baniak wody (50 litrów), by zmiękczyć glebę. Woda wsiąkła jak w gąbkę, ale pożyczonego od sąsiada szpadelka nie dało się nadal wbić. Wylano kolejne 50 litrów wody, która nadal wsiąkała niczym w gąbkę i rozpoczęto zmiękczanie ziemskiej skorupy, która w tym miejscu przypominała lawę wulkaniczną.



Szło ciężko, żmudnie i powoli. Po kolei z ziemi pod drzewem wyciągaliśmy: dwa fragmenty starych krawężników o łącznej wadze ponad 20 kg, pięć cegieł z grubsza pokruszonych, nieco kamieni, fragmenty szkła i kilkadziesiąt metrów plastykowych linek używanych do pakowania kostki brukowej.






Grunt sporo się obniżył i w tej sytuacji mogliśmy przystąpić do rozsypania nawozu a następnie 160 litrów kory.



Widzieliśmy jednak, że 100 litrów wody to dla odwodnionego drzewka jest zbyt mało i w tej sytuacji udaliśmy się po kolejne 100 litrów. A drzewko w tym czasie już piło i mniej cierpiało! Wróciliśmy z kolejną porcją wody i zasililiśmy drzewo tym życiodajnym płynem.


Praca dobiegła końca i zadowoleni – a drzewko pije i odżywa! - udaliśmy się oddać sąsiadowi szpadel. 




Obszar wokół drzewa, który nie został pokryty kostką jest zbyt mały by dostarczyć świerkowi odpowiednią ilość wody. Jeżeli drzewo to nie będzie podlewane to prędzej czy później trafi je szlag. Tak jak trafił szlag prezydenturę Bronka (ależ się cieszę!). Widać było wyraźnie, że ktoś pokpił sprawę z drzewkiem i zamiast prawdziwej żyznej ziemi nasypany został tam zwykły pospolity piach i zakopano przeróżne śmieci. Ktoś tę inwestycję odbierał i na to uwagi nie zwrócił. A szkoda! Bo teraz mamy kłopot polegający na tym, że przy braku należytego nadzoru drzewo to uschnie. Każde drzewo w naszym mieście jest cenne, gdyż nadaje mu uroku. Należy mieć nadzieję, że władze docenią wagę tego problemu i spowodują by odpowiednie służby regularnie zajmowały się świerkiem, który ma pół wieku. Przypomnę tylko, że kadencja żadnej władzy nie trwa pół wieku, a drzewo to widziało nie jedną kadencję, nie jednego radnego, burmistrza i naczelnika. Ich nie ma, a on trwa. I niech tak zostanie.