poniedziałek, 22 czerwca 2015

Wypełnienie informacyjnej pustki

Sporo w relacji z sesji Rady Miejskiej znajdującej się na gora.com.pl zostało przemilczane. „Relacja” jest wybiórcza i nie oddaje tego o czym się podczas obrad 16 czerwca br. mówiło.

A na przykład radny Wacław Grzebieluch miał bardzo interesujące wystąpienie, które dotykało problemów, które zaistniały, ale nasza samorządowa władza uważa, że nie zaistniały, bo o nich nie wspomina. Znaczy wspomina, ale dopiero jak ktoś o występowanie tych problemów zapyta.

Radny Wacław Grzebieluch pytał m.in. o los granitowych krawężników, które bardzo często demontowane są podczas remontów – nielicznych – nawierzchni ulic w naszym mieście. Radny wnioskował, by – jak to pięknie ujął – „szlachetne obrzeże chodnikowe wykonane z granitu” po remoncie ulicy wracało na swoje miejsce. Zgodnie z przekonaniem wielu górowian radny Wacław Grzebieluch uważa bowiem, że te granitowe krawężniki stanowią bardzo wartościowa substancję miasta, są nieodłączną częścią jego architektury. Wg radnego niedopuszczalne jest więc usuwanie granitowych krawężników i umieszczanie zamiast nich betonowych. Radny dopytywał się również o los usuniętych „szlachetnych obrzeży granitowych”.

Odpowiedzi radnemu udzieliła burmistrz Irena Krzyszkiewicz, która stwierdziła, że granitowe krawężniki, które usunięte zostały z ulic naszego miasta, składowane są w „Tekomie”. Burmistrz zapowiedziała, że granit ma służyć do rewitalizacji rynku naszego miasta. Ta wypowiedź nieco mnie zaskoczyła, bo przez 18 lat mieszkałem w naszym rynku (w jego centrum stał jeszcze kościół) i za jasną cholerę nie mogę sobie przypomnieć, by centrum miasta wyłożone było granitem. Chyba, że szefowej gminy pomyliły się rynki: czerniński z górowskim. Wdając się w polemikę z radnym Wacławem Grzebieluchem, burmistrz Irena Krzyszkiewicz stwierdziła, że „granitowe obrzeża są droższe”. Najwyraźniej nie zrozumiała intencji radnego, bo ten występując przeciwko betonowej tandecie fundowanej nam przez władzę samorządową, robił to w poczuciu troski o estetykę naszego miasta. Rozwijając „twórczo” temat „szlachetnych granitowych obrzeży”, burmistrz Irena Krzyszkiewicz poinformowała, że planuje się wykorzystanie tych granitów, by wyłożyć wejścia i obejścia świetlic wiejskich.”

W najwyższym napięciu oczekiwałem, że padnie z ust szefowej gminy słowo: „rewitalizacja”, bo już obawiałem się, że obejścia świetlic wiejskich najpierw ozdobione zostaną naszym górowskim granitem a następnie – w ramach rewitalizacji – gnojem. Byłby full wypas co się zowie! Następnie spojrzałem na kalendarz, by sprawdzić czy nie mamy 1 kwietnia. Był 16 czerwca. Ten przedwczesny żart primaaprilisowy z wywożeniem granitów z miasta na wieś zdecydowanie szefowej gminy nie wypalił. Idą tropem słów, że „granitowe obrzeża są droższe” aż dziwnym jest, że pani burmistrz nie ubiera się w „Oskarku”. Przecież tam jest taniej!

Kolejnym problemem poruszonym przez radnego Wacława Grzebielucha był skandal z zatruciem wody i ryb na Rowie Śląskim. O fakcie tym poinformowali radnego mieszkańcy Nowej Wioski. Na skutek zatrucia tego wodnego cieku zginęło dziesiątki ryb. Radny Wacław Grzebieluch poinformował radnych, że nie był to wypadek odosobniony i zatrucia takie mają często miejsce. Zadał też pytanie dotyczące sprawstwa i działań podjętych przez gminę w celu eliminacji tego skandalu, który – prawdę mówiąc – podpada pod odpowiedni paragraf kodeksu karnego.

Radnemu odpowiedział szefowa gminy, która potwierdził fakt zatrucia Rowu Śląskiego. Z wypowiedzi burmistrz Ireny Krzyszkiewicz wynikało, że sprawcami tego przestępstwa (bo jest to bez wątpienia przestępstwo) są dwie górowskie firmy: Mleczarnia „Demi” i firma „A - Lima – Bis, czyli proszkownia mleka. Okazało się, że obie te firmy nie mają odpowiednich filtrów i leją do kanalizacji miejskiej skażone ścieki. Wykorzystują przy tym okresy, w którym padają obficie deszcze oraz porę nocną (przestępstwo = córka nocy?). Wówczas następuje wylewanie tych toksycznych ścieków do sieci kanalizacyjnej i to w taki stopniu, że w naszej oczyszczalni: „aż się woda zabieliła”. Otrzymaliśmy też mało budującą informację – nośnik informacyjny burmistrz Irena Krzyszkiewicz – że obie firmy udzieliły na ten temat informacji. Wynika z nich, że rozmawiano na ten temat z firmami i obie przymierzają się do założenia odpowiednich filtrów. Nie wiadomo jednak jak długo będzie trwało owo „przymierzanie się do filtrów”. Ponadto „nośnik informacji” wspomniał (ale całkowicie mimochodem!), że takie filtry są drogie, że należy też patrzeć na sprawę z punktu widzenia firm… i takie tam trele – morele.

Radny Wacław Grzebieluch zadał kolejne pytanie (którego próżno szukać w relacji z sesji), które dotyczyło planowanej budowy chodnika przy ul. Sportowej. W ubiegłym roku wybudowano – tuż przed wyborami – nowy i elegancki chodnik po lewej stronie ul. Sportowej. W tym roku ma być wybudowany chodnik po stronie prawej. Radny dopytywał się więc o los rosnących przy tym chodniku topoli. Wg radnego nie należy ich wycinać i zdewastowany chodnik na odcinku ok. 70 m. którego szerokość wynosi nie więcej niż 1 m, nie powinien być w ogóle budowany. Radny Wacław Grzebieluch stwierdził, że nie jest to trakt licznie i często uczęszczany a wycinka drzew oszpeci krajobraz w tym miejscu.

Z radnym w polemikę wdała się burmistrz Irena Krzyszkiewicz, która narzekała na destrukcyjną rolę topoli niszczących przez swój wredny system korzeniowy (rozbudowany jak platfusowa mafia – dopisek mój.) nieustannie niszczy nawierzchnie chodników i ulic. Streszczając burmistrza (by nie przedłużać) rzec można tak: topola to ukryty Kukiz, który podżera stare i zdewastowane partie ze szczególnym uwzględnieniem naszego miasta. Dla tego też należy ten system uniżcztożyć jako wraży. Istnieje też niebezpieczeństwo, że podczas wichury topola się przewróci, bo powszechnie wiadomo, że każda wichura niszczy w sposób masowy tylko i wyłącznie topole.

Ponadto burmistrz Irena Krzyszkiewicz wyraziła swój żal, że radny Wacław Grzebieluch dopiero teraz wnosi swoje uwagi, gdy już opracowana jest dokumentacja. Wg niej jest już po czasie. Tu dodam, że radny Wacław Grzebieluch mógł się wcześniej zapoznać z materiałami studyjnymi do tej inwestycji, w fazie jaj planowania. Widomym powszechnie jest, że nasz samorząd otwarty jest (w każda sobotę, niedzielę i inne dni świąteczne) na obywatelskie konsultacje, które odbywają się w pokoju nr 999 (IV piętro UMiG). Jeżeli się nie odbywają w podanych dniach to oznacza, że zostały zakończone z sukcesem i zgodnie z wolą władzy.

Burmistrz Irena Krzyszkiewicz poinformował również, że aneksem zostanie z firmą „Gutkowski” przesunięty termin oddania do użytku naszego basenu.  Burmistrz wyraziła swoją niewymierna radość z powodu temperatury powierza, która rano 16 czerwca wynosiła 11 stopni, co uniemożliwia kąpiele. Firma „Gutkowski” nie zapłaci kar za nieterminową budowę basenu, bo wykonała wiele prac nie objętych kosztorysem, które trzeba było wykonać, pomimo że w tymże kosztorysie ich nie było. Ponadto – wg słów Ireny Krzyszkiewicz – rynna przelewowa zamówiona w słonecznej Italii przybyła do pochmurnej Góry dopiero 2 tygodnie po terminie. 

Kierując jedna swój przewidujący wzrok emerytowanej synagorlicy - nauczycielki w przyszłość, burmistrz Góry poinformowała radnych, że wybudowane zostanie - na terenie basenu – lodowisko. Nieckę pod lodowisko wykona nieodpłatnie firma „Gutkowski” a folią wyłoży nasz „Tekom”. Nie podano jednak kto będzie lał wodę do lodowiska. „Tekom” czy Mistrz Wodolejec?

Mówiąc o lodowisku burmistrz Irena Krzyszkiewicz również zastanawiał się głośno: czy będzie zima? Doszła do wniosku, że zimy nie będzie, ale to nic nie szkodzi, bo przy lodowisku będą ławeczki i mieszkańcy Góry będą mogli siedząc na nich podziwiać niezamarznięte oczko wodne. Piękny i budujący pomysł!

Z klarownego niczym maślanka z „Demi” wywodu szefowej gminy dowiedzieliśmy się również, że nastąpi sukcesywne przekazywanie do Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego w Górze, kawałków basenu. Idzie o to, że szanowny pan inspektor ma 21 dni ma przyjęcie obiektu. I aby trwało to szybciej jego zdolność do funkcjonowania będzie pan inspektor konsumował w kawałkach, bo od całości może się zadławić albo popaść w niestrawność żołądkową i odruchem wymiotnym wydalić z siebie całą inwestycję bez koniecznej konsumpcji w celu dopuszczenia do użytkowania.

I to tyle z tej nadzwyczajnej sesji, która miała swój smak i posmak. No, wędlina z górnej półki to nie była.