piątek, 30 grudnia 2016

Kochać bliźnich!

Poniżej przedstawiam Państwu treść pisma złożonego do naszej Przezacnej i Miłościwie nam panującej burmistrz Ireny Krzyszkiewicz. Impulsem do wypichcenia tegoż pisma stała się pewna przygoda, która z mojego powodu, przydarzyła się mojemu koledze Arturowi.
Było upalne czerwcowe popołudnie. Poprosiłem kolegę Artura, by ten w swojej nieskończonej łaskawości i dobroci serca przyjechał do mnie i podwiózł mnie do lekarza, z którego usług mam zaszczyt – choć przyjemność wątpliwą – korzystać. Arturek przystał na prośbę z ogromnym zapałem, który jaki równać mogę jedynie do tego, jaki towarzyszył pewnym mało rozumnym ludziom obdarowującym naszym szpitalem wrocławską „bandę czworga”. Na marginesie wspomnieć jednak należy, że mi wizyta u lekarza miała posłużyć a nam wszystkim żałosna sprzedaż szpital zaszkodzić.

Podobno najgorszy w dziejach powiatu starosta raczy pleść jakieś androny na temat odzyskania przez powiat szpitala. Z szampanem jednak trzeba delikatnie się obchodzić! Taki koreczek walnie w łepetynkę i już pierdoły publicznie się ludziom zasuwa. A jeszcze jak się ma czaszkę a’la Cyrankiewicz, to nawet uderzenie koreczka włos nie zamortyzuje.

Wróćmy jednak do tematu, by nie pleść durnot, jak osobnik wyżej wspomniany. Jemu wypada, mi nie. Wstydziłbym się.

I otóż mój kolega serdeczny przybył po mnie niezawodnie. Ale ponieważ tego popołudnia mocno zdrowotnie niedysponowany byłem, więc wysiadł samochodu, by pomóc mi pokonać kilka barier architektonicznych piętrzących się na mojej drodze ku wizycie lekarskiej. No i, jakoś wytargał mnie na zewnątrz. Patrzymy, a przy samochodzie straż trzymają nasi ukochani przez 118,99% mieszkańców powiatu strażnicy miejscy. A parę stanowili przezabawną! Jeden chudy z wąsem wiecheć przypominającym a drugi obficie natłuszczony.

Sadziłem, że obaj panowie wartę honorową zaciągnęli przy samochodzie lub w zachwyt nad nim popadli. Okazało się, że mój kolega stanął przednimi kołami na pasie. Tłumaczę więc najdzielniejszym z najdzielniejszych, że kolega ma zawieźć mnie do lekarza a pobyt jego dwóch przednich kół pojazdu trwał co najwyżej 2 minuty, i to bez haka!

Wąsatego jednak to nie interesowało. Sto złotych sobie zażyczył czym w nerw pewien wprowadził Arciego. No i się zaczęło! Policje wezwali, pierdoły o próbie przejechania jednego z nich zaczęli pociskać, głupoty wygadywać.

W efekcie mój przyjaciel „olał” ich mandat i sprawa trafiła do sądu. Rozprawa odbyła się przy pani udziale rozumu pani sędziny, która stwierdziła, że nie można karać kogoś, kto niesie pomoc cierpiącemu bliźniemu i uniewinniła mojego kolegę od obowiązku zapłaty mandatu, którego wysokość wzrosła do 300 zł.

Już więc Państwo widzicie tło pisma, które wystosowałem do mojej Ukochanej Idolki, Słońca naszej gminy i Majestatu wszystkich kochającego. Pismo to jest moją rozpaczliwą prośbą o wskazanie funkcjonariuszom Straży Miejskiej, utrzymywanej z podatków, m.in. mojego kolegi, o proste zrozumienie innych ludzi, ich potrzeb, cierpień, życiowych niespodzianek, sytuacji nagłych i nieprzewidywalnych.

Wydaje mi się strażnicy są dla ludzi i powinni służyć im pomocą a nie paragrafom, często durnym i nieżyciowym. Bo pytanie podstawowe brzmi: prawo jest dla ludzi czy ludzie dla pargrafów?