środa, 15 czerwca 2016

Kucie pały

Istnieje, o czym niewielu z Państwa wie, blog o nazwie „Oko Góry”. Zawarte tam informacje dupy co prawda nie rozrywają a miejscowy lud czytelniczy rzadko tam zagląda (przez co nie traci nic istotnego), ale anonimowy autor ma okazję się produkować i udowodnić, że literki w zdania składać potrafi. W dzisiejszych czasach to również sztuka w zaniku.

Nie pochylam się tu nad zawartością owych literek składanych w dania, gdyż lekarze stanowczo nie pozwalają mi się denerwować. W starych, dobrych czasach człowiek chlał i nadciśnienia nie miał. A teraz wódkę widzi tylko na półkach sklepowych i ma nadciśnienie. Tak to się proszę Państwa kończy się człowiekowi życie prawdziwe, gdy cnota (niestety!) zwycięża rozkoszny występek.

Wróćmy jednak do tematu, czyli bloga anonimowego autora, który posądził mnie o „donosicielstwo” oraz opublikowanie „Skargi” pewnego dziennikarza na pożal się Boże starostę. Szanowny anonim w trudzie i znoju, ocierając twórczy pot z niskiego czoła, kując gówno mające być w jego mniemaniu prawdą, posiłkując się jakimiś facebookowymi pierdlinami, które w mętnych oczach jego i karykaturalnym intelekcie, prawdą są równe prawdzie objawionej. Usiłuje ogłupić nielicznych Czytelników, że autorem owej opublikowanej na Wielce Czcigodną Pomyłkę Powiatu „Skargi” jest Adrian Grochowiak.

Ot, wymyśliła durna ze wszech miar pała! A nagłówkowa się pewnie przy tym niczym dżdżownica przy konstrukcji broni atomowej.

A prawda jest prozaiczna. Oto drogi anonimie mail do mnie, który wyjaśni Ci (postaraj się to zrozumieć) motywy mojej decyzji o niewyjawianiu nazwiska autora „Skargi”. Teraz już mogę to uczynić, gdyż zdjęta została klauzula poufności.
A tu pało niewybrednie kuta, czyli szanowny anonimie, masz podpis pod skargą.
No i proszę na jakiego wzorcowego cymbała wyszedłeś! Tylko wziąć miarę i w Sèvres złożyć. Najlepiej u stóp pogańskiej bogini Zmysłów Pomieszanych. Tak. W główce widzę zmiany zachodzą, pod kopułką wrze, widać sperma ujścia nie ma i wali w dekielek. A i zazdrość o niedostatek talentu ze strony anonima daje znać u anonima. No cóż. Jak się do pięt Grochowiakowi nie dorasta to trudno z tym boskim żartem żyć. Ale żyć trzeba. Pisać bzdur natomiast nie należy, bo kara spada tu i teraz.
P.S.
Przekaż swoim odważnym kolegom, że mam jeszcze kilka szyb do wybicia. A! I można jeszcze nocą w ramy okienne powalić. To takie bohaterskie! 

wtorek, 14 czerwca 2016

Niedoszła gwiazda "srebrnego ekranu"

Skargę dziennikarz napisał na najgorszego w dziejach powiatu starostę, czyli Wielce Czcigodną Pomyłkę – Piotra „Cielęcinę” Wołowicza. Wiem kto napisał skargę, ale zdradzić danych personalnych nie mogę, bo tak zażyczył sobie skarżący dziennikarz.



Fajny jest ten :”absurd”. Dla mnie oczywistym jest, że owym „absurdem” jest grabarz naszego szpitala, którego dziennikarz usiłował postawić przed kamerą, by Wielce Czcigodna Pomyłka mogła wytłumaczyć się z powodu zamknięcia szpitala. Miał członek „platfusowego” towarzystwa wzajemnej adoracji szansę błysnąć i wymiękł. A tak dzielnie sprzedawał szpital! Cuda na patyku obiecywał! A mądrzy ludzie przestrzegali, że nie tędy droga. Ale ich nie słuchał uwiedziony „rozumkowania szałem”. A teraz zamiast być gwiazdą „srebrnego ekranu” będzie jego postać nic nie znacząca, przedmiotem dochodzenia zasadności skargi.

Oczywiście nietrudno jest przewidzieć los skargi. Przy obowiązującej w Radzie Powiatu tzw. „arytmetyce”, „arytmetyczna większość”, której proszę nie mylić z moralnością, zasadami czy logiką, uzna skargę za nieuzasadnioną, by nie robić przykrości swojemu idolowi. Wszak on taki delikatny. „Generalnie” - używając ulubionego zwrotu Wielce Czcigodnej Pomyłki – jest on przecież kimś wyjątkowym. Nikt tak jak on nie podpisałby umowy o sprzedaży szpitala! Wyjątkowa umowa, której wyszliśmy trzymając wróbla, ale nie w garści lecz w przestworzach.

I co tam krzywda pielęgniarek, co tam wściekłość ludzi pozbawionych szpitala, co tam likwidacja ponad stu miejsc pracy! Ważne, że jest kaczo, byczo i indyczo. Dla niego, Wołowicza, bo los reszty, tych skrzywdzonych podjętą przez niego głupią decyzją jest  nieistotny. Liczy się wódz. Tyle, że za tym „wodzuniem” kroczy legion picu.


I raz jeszcze apel do szefa górowskiego PiS – u: Niech oni sobie idą w pizdu, Panie Kaziu!

niedziela, 5 czerwca 2016

Jemu nie wisi

Skandalem zapachniało w powietrzu. Górowianin Mieczysław Gryza, obecnie mieszkaniec stolicy Pyrlandii, dokonał w pełni świadomego aktu „wandalizmu”. Wyborował ścianie zabytkowego ratusza w Legnicy niewielką dziurkę. Celem jego akcji było zwrócenie uwagi opinii publicznej na niszczenie zabytków w Polsce, które odbywa się na naszych oczach, przy milczącej aprobacie władz, konserwatorów zabytków i cholera wie jeszcze kogo.

Mieczysław Gryza, znany mi osobiście, gdyż nie tylko był moim sąsiadem z podwórka oddalonego przez ulicę, ale był też członkiem Amatorskiego Klubu Filmowego „Profil”, którym kierował nieżyjący już niestety Józef Lesiak, wielki przyjaciel młodzieży i autentyczny autorytet dla nas wszystkich. Mieciu kręcił filmy amatorskie, które zawsze łamały wszelkie konwencje. Miał też oddanego przyjaciela „Dudusia” – Jurka Gudalewicza, który obecnie jest szanowanym inżynierem w KGHM, chociaż – jak pamiętam – wówczas absolutnie nic na to nie wskazywało.

Razem Mietek i „Duduś” tworzyli nieodłączną parę podczas kręcenia filmów. Pamiętam taki film „Na śmierć rewolucjonisty”. Rolę „rewolucjonisty” grał oczywiście „Duduś”. Był luty, zimno jak cholera a „Duduś” musiał zaiwaniać na miejsce symbolicznego rozstrzelania na bosaka. Dodatkowo na miejscu rzekomej egzekucji „Duduś” miał rozerwać na znak bezgranicznego oddania sprawie rewolucji i pogardy dla oczekującej go śmierci. Koszulę, w którą był przyodziany. „Duduś” jednak nieoczekiwanie zmienił scenariusz filmu i nie chcąc narażać się w domu na konsekwencje z tytułu znacznego uszkodzenia koszuli, zaczął ją z mozołem rozpinać guzik po guziku. Kamera włączona, reżyser Mietek kręci a „rewolucjonista” z angielską flegmą rozpina koszulę guzik po guziku. Mietka nieomal szlag nie trafił! Posypały się joby! „Duduś” siny z zimna, Mietek wkurwiony na maksa. Stop! Kręcą od nowa. Przy powtórce wszystko idzie zgodnie z planem. „Duduś” rozrywa koszulę jednym ruchem rąk i widzą ukazuje się mizerna (sorry Duduś, ale oszczędnie byłeś wówczas zbudowany) rewolucjonisty bohatersko wystawiona na kule czarnej redakcji.
Tak, tak. Wesoła z nas była rodzinka w „Profilu”. Wesoła, bardzo zgrana, pomysłowa, często przyprawiająca innych o ból głowy ku naszej niewymownej uciesze.
 Od lewej: Mieczysław "Mietal" Gryza, ja, "Duduś"

Z „Dudusiem” spróbowałem wtedy po raz pierwszy wódeczki. „Duduś” przytargał do „Profilu” połóweczkę „Klubowej”. Konał będę a tego smaku nie zapomnę. Woła mnie i pyta czy coś wypijemy. Ja zbaraniałem, bom smaku wódki jeszcze w swoim życiu, które wówczas składało się z kilkunastu przepięknych wiosen, nie miałem zaszczytu poznać. Ale co miałem wymięknąć?! Zaszyliśmy się w kanciapie pod schodami, gdzie sprzątaczki przetrzymywały swój sprzęt. Literatkami piliśmy! A co?! Jak spaść to z dużego konia nie kucyka!
Mietek i „Duduś” chodzili do tej samej klasy w ogólniaku. Mietek był szeroko znany w szkole ze swojego „olewajskiego” stosunku do narzucanych przez szkołę konwenansów. Szkolna akademia. Chłopcy w garniturach pod krawatami, dziewczęta granatowe spódniczki plus białe bluzki. Atmosfera podniosła, w powietrzu czuć nadęcie i cały idiotyzm sytuacji. Akademia się zaczyna. Wpada odrobinę spóźniony Miecio. W garniturze, trampkach (bywało, że i w laczkach), pod marynarką koszulka gimnastyczna na szelkach, spod której wyrasta bujny zarost klatki piersiowej. Nadęta atmosfera pęka niczym bańka mydlana, przez przestrzeń sali przetacza się uczniowski rechot, dostojne grono pedagogiczne zgorszone. I ma Mietek upragniony efekt – szlag trafił podniosły nastrój. A o cóż innego mogło chodzić raczkującemu artyście?

Jak więc Państwo widzą nasz górowski z krwi i kości artysta Miecio się za bardzo nie zmienił, o czym świadczy treść listu, z którego dowiedzą się Państwo w czym rzecz. Dodać należy, że w dostarczonym liście jest mowa też o sprawie, która dotyczy naszej gminy. Obszernej informacji na ten temat dostarczy link zamieszczony w liście.

LIST OTWARTY

Listem tym chcę wyjaśnić motywy, dla których w performansie wykonanym podczas finału XXV Międzynarodowego Konkursu Sztuki Złotniczej w Legnicy zrobiłem dziurę w ścianie legnickiego Ratusza.
Jestem poznańskim artystą, który urodził i wychował się na Dolnym Śląsku. Zawsze bolało mnie, powszechne na naszych ziemiach odzyskanych, okrutne traktowanie tego, co „poniemieckie”.
W 2007 roku podjąłem próbę rewitalizacji starego, zniszczonego mostu kolejowego na rzece Barycz w Osetnie. Przepięknego mostu, który, choć zabytkowy, nie interesuje urzędów.
Mimo moich wieloletnich starań i interwencji w tej sprawie, władze gminy pozostały na jego los obojętne.


 Jako artysta wykonałem na moście performans. Moja praca w postaci relacji multimedialnej z tej akcji, została nagrodzona w 2012 roku na legnickim konkursie. Odbierając wyróżnienie od organizatorów, chciałem by historia mostu, choćby symbolicznie, miała swój ciąg dalszy. Rozsypałem otrzymaną nagrodę (1 kg srebra w granulacie), siejąc w ten sposób ideę ratowania mostu wśród zebranych gości.


Ostatni raz byłem w Osetnie dwa tygodnie temu. Niestety nadal jest on rozkradany przez złomiarzy
i niszczeje. W 2015 roku, w swoich powrotach na ziemie dolnośląskie, trafiłem do Jędrzychowa - miejscowości oddalonej ok. 35 km od Legnicy. Jest tam zrujnowany, rozkradziony zbór poewangelicki, który jak most na Baryczy, niszczeje w oczach.

Hańbiąca dewastacja jest obojętna mieszkańcom, władzom i urzędom powołanym do ochrony zabytków. Wobec takich zachowań, niegodnych Polski i Polaka, postanowiłem „przywlec tego rozkładającego się trupa na salony”. Z jędrzychowskiej cegły zrobiłem naszyjnik, nagrodzony przez międzynarodowe, prestiżowe jury. Można go obejrzeć na wystawie Galerii Sztuki w Legnicy (Plac Katedralny 1) wśród najlepszych dzieł tegorocznego konkursu.


„Sztuka jest po to, by stawiać pytania.” Milczenie i obojętność wobec niszczenia cennego zabytku uznałem za cel mojego ataku. Przy użyciu młotowiertarki, na uroczystym rozdaniu nagród 21 maja 2016 roku w legnickim Ratuszu, skomentowałem swoją konkursową pracę. W imieniu Jędrzychowa wykonałem performans zadając pytanie: „Jakie są granice tolerancji dla niszczenia zabytków?”.


Usłyszałem, że będzie wyrok na wandala. A odpowiedzi należy szukać w cegle z naszyjnika…„38 sekund, które wywołało takie oburzenie, poświęciłem dla Jędrzychowa i dla sztuki.

38 sekund - tyle czasu zajęło mi symboliczne naruszenie wewnętrznej, wielokrotnie remontowanej i tynkowanej ściany Ratusza. A powszechna, nie tylko na Dolnym Śląsku, zagłada zabytków trwa od dziesiątek lat w przyzwoleniu i obojętności władz i urzędów.

 Prawdziwym absurdem i hipokryzją jest dla mnie histeryczna reakcja na dziurę w ścianie wielkości jak pod gniazdko elektryczne i jednocześnie kompletna obojętność wobec Jędrzychowa i jego bogatej historii. Niestety tragiczna sytuacja tego ewangelickiego zboru to tylko jeden z niechlubnych przykładów, jakich w naszym kraju mamy tak wiele. Rozejrzyjcie się wokoło. Ile zabytków jest rujnowanych ignorancją i doraźnymi interesami?

Po performansie pozostał kawałek cegły z legnickiego Ratusza. Wykonam z niego prace artystyczną - obiekt do myślenia. Jestem przekonany, że jako dzieło sztuki będzie miał większe szanse na przetrwanie niż w architekturze, jak pokazuje 700-letnia historia jędrzychowskiego zabytku.

Kończąc ten list sparafrazuję znane przysłowie: „Uderz w ratusz a ruiny się odezwą”. Co mają do powiedzenia? Zapraszam na wycieczkę do Jędrzychowa.


Performer
Mieczysław

sobota, 4 czerwca 2016

Niech idą w pizdu!

No więc szlag trafił górowski szpital! Spełniło się to, o czym pisałem w grudniu 2013 r, gdy bezmyślnie, bez wyobraźni, bez poczucie odpowiedzialności za zdrowie i życie mieszkańców powiatu górowskiego, z przekonaniem (nie popartym intelektem i rzetelną wiedzą) o wyższości zarządzania szpitalem przez prywaciarza nad zarządzaniem z nadania samorządu), o czekającym nas cudzie przemieniającym nasz szpital, który miał się dokonać pod rządami „Gazeli biznesu”, jakim to tytułem szpanował i czarował głupich i naiwnych, nabywca szpital - PCZ Wrocław.

No i cud się dokonał! Aż mieszkańcy ze zdziwienia buziuchny pootwierali. Co jakiś czas powiat obiegała informacja o zamykaniu kolejnych oddziałów. Buch! Inie ma oddziału chirurgicznego. Cud! Istniał nieprzerwanie od 1945 r., (licząc tylko okres od przyłączenia Góry do Polski). Buch! I cud kolejny. Znikł oddział wewnętrzny. Też z długą tradycją. Bach, bach! I podwoje dla pacjentów, czyli Państwa, zamyka ginekologia i położnictwo, dzięki czemu nikt, kto przyjdzie na świat, nie poda w cv: miejsce urodzenie – Góra. Jakież to proste! Ba! Piwko z małą pianką. Cud kolejny z łańcuch cudów szpitalnych wieszczonych przez Wielce Czcigodną Pomyłkę Powiatu , starostę najgorszego w jego historii – Piotra „Cielęcinę” Wołowicza, zwanego prywatnie przez znaczną część pracowników starostwa „Łysym Nieudacznikiem”. Całość cudów dopełniło zamknięcie oddziału dziecięcego, izby przyjęć oraz ograniczenie dni pracy pracowni RTG od poniedziałku do piątku, i to w ograniczonej liczbie godzin.

A co na to w Wielce Czcigodna Pomyłka? Nic! Bo co rozsądnego może powiedzieć człowiek, który zgadza się na umowę, w której za 1/6 kwoty należnej, nabywca naszego szpitala, czyli PCZ Wrocław, otrzymuje akt notarialny, na mocy którego staje się właścicielem szpitala. I w akcie owym nie ma zabezpieczającego starostwo zapisu, że stanie się nim po zapłaceniu całej kwoty.

Ktoś z Państwa zakrzyknąć może w oburzeniu, że sprawa śmierdzi. I ma prawo tak zakrzyknąć! Bo idiotyzm związany z przeniesienie praw własności szpitala przed spłatą ostatniej raty jest krystalicznym idiotyzmem. I kiedy "na mieście" ludzie mnie pytają o to, czy ci, którzy sprzedali w ten idiotyczny sposób nasz szpital, dostali za to od  „Gazeli biznesu” tzw. „wziątkę”, to ja, w sposób kategoryczny i stanowczy temu zaprzeczam.

Swoje przypuszczenie o nie wzięciu „wziątki” opieram na znajomości tak Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu, jak i wysoko postawionych członków „Gazeli biznesu”, których wątpliwy „zaszczyt” miałem poznać dzięki procesowi sądowemu (obrzydliwe kreatury!), występując tam w roli oskarżonego przez nich (czego absolutnie się nie wstydzę i nie żałuję), którzy po 5 lub góra 10 min. rozmowy z „Łysym Nieudacznikiem”, kapnęli by się z kim mają do czynienia, i że wręczanie ww. tzw. „wziątki” byłoby wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Dlatego najuprzejmiej proszę proszę Państwa, by nie zaczepiać mnie na ulicy i nie szeptać, nerwowo przy tym się oglądając, że Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu dostała za nieudolną sprzedaż powiatu „wziątkę” w postaci rzekomej bardzo wartościowej działki nad morzem, w górach czy na Mazurach. Kto chce niech sobie w to wierzy, ale ja wierzył będę w to tak samo, jak w to, że Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu nadaje się na starostę lub że jest inteligentny.

Z kolei interesującym przyczynkiem do sprawy sprzedaży szpitala są wyznania mojego ukochanego i wielce sprytnego radnego Marka „Bananowego Uśmiecha” Biernackiego (oby dni jego promieniały zyskownymi geszeftami a poduszki do snu jego wypchane były banknotami z różnych krajów świata o możliwie najwyższym nominale), który ostatnio w rozmowie ze mną stwierdził, iż w sprawie sformułowań w umowie: „Zarząd Powiatu go oszukał”. Zawsze wiedziałem, że kochany „Bananowy Uśmiech” jest nieodrodnym synem Naiwności, który w bezmiarze swojej ufności do ludzi palnie jakaś gafę. I właśnie ten bezmiar ufności, ocean zaufania do innych przedstawicieli rodzaju ludzkiego spowodował, że nasze niebożątko Mareczek głosował za sprzedażą szpitala.  Nie znał treści umowy po prostu i kierował się najszczerszym przekonaniem, że „Łysy Nieudacznik” jest inteligentny (jakież okrutne rozczarowanie) i nie podpisze  tak idiotycznie sformułowanej umowy.

I ja w to wierzę głęboko i szczerze, tak jak w to, że wicestarosta Paweł Niedźwiedź nigdy nie został przyłapany przez policję z marychą we Wrocławiu.

Proszę jednak zauważyć, że szpital zamknięto, ale Wielce Czcigodna Pomyłka i jego niedoszły zastępca - niedoszły burmistrz Wąsosza, czyli Paweł Niedźwiedź - nadal piastują swoje funkcje. I to jest zgroza! Poczucie niesmaku ma mnóstwo mieszkańców naszego miasta, którzy pytają mnie kiedy ci tacy i owacy (ze względu na wymogi związane z przestrzeganiem zasad obyczajowości poprzestanę na „takich i owakich”, nie rozwijając pierwotnego znaczenia tych sformułowań), stracą swoją robotę.

Na takie dictum rozmówców rozkładam bezradnie ramiona i stwierdzam, za jednym z opozycyjnych radnych, że: „arytmetyka jest nieubłagana”, co oznacza, że większość radnych popiera starostę „Cielęcinę” i w tej sytuacji nie ma mowy o skutecznym odwołaniu go z tej lukratywnej posady. Rozmówcy na taką wypowiedź reagują gorzkim śmiechem i patrzą na mnie z niedowierzaniem jak lekarze z leszczyńskiego szpitala, którzy kazali się bliskim żegnać ze mną, gdy dwukrotnie wybierałem się na nieznany nikomu brzeg.

Nawiasem mówiąc przypominam sobie, że jak zjawiłem się na nieznanym mi brzegu, to od razu stanąłem przed jakąś komisją. Taki brodaty jej przewodniczył. Klucz miał ogromny na nieco zardzewiałym łańcuchu, którym rytmicznie pukał w stół.

Zapytał o imię, nazwisko, datę urodzenia, ale robił jakby mechanicznie, bo – jak mi się wydawało – wszystko o mnie widział. „Cóż, czas na ciebie przyszedł” – rzekł. „Pożyłeś tyle ile miałeś i chwatit”. „Mówi się trudno odrzekłem”. I kiedy wydawało mi się, że to już koniec, to wtedy taki jeden ze skrzydłami w gipsie, który studiował jakieś papiery rzekł:
- Momento, monsignore Piotrusiu, spójrz łaskawie na to. I tu podał mu papiery jakoweś, które wcześniej pilnie studiował. Zbaraniałem, bo myślałem, że jakiś donos na drugi brzeg dostali a ja tu nieboszczyk nieomal i weź wytłumacz gościom, co w nim jest prawdą a co zwykłym oszczerstwem.
Monsignore Piotr zagłębił się w lekturze. Czytał szybko i co czas jakiś rzucał na mnie spojrzenie. W końcu spytał połamańca w gipsie:
- A ci, których ruszał w pismach swoich, to jakie notowania mają u nas?
- Mówiąc najkrócej to potencjalni kandydaci do siedziby Don Lucyfera. Po części swołocz, po części kombinatorzy, głupki, krętacze i głupcy. Zważ drogi Piotrze, że w pismach tego nieszczęśnika nikt nie jest przypadkowo. Wszyscy na bycie tam  solennie sobie zasłużyli.
- Zróbmy tak – nieoczekiwanie odezwał się rudzielec z dwoma różkami – niech on sobie wróci skąd przyszedł. I tak nam się nie wymknie. Ja go nie chcę nawet za dopłatą, bo spokój mam u siebie. Wy nie bardzo go chcecie, bo macie nadzieję, że przeróżne niegodziwości będzie nadal piętnował i starał się grzeszników, fałszywców maści różnej nawracać na drogę cnoty i tego waszego „Dekalogu”. Próżny jednak trud Robercik jest twój, bo jak mawiał Orwell „raz kurwa – zawsze kurwa.”
- Czym synu do nas przybyłeś? – spytał mnie monsignore Piotr.
- Łódką wiosłową – odrzekłem zgodnie z prawdą.
- Odesłać go migiem, ale ścigaczem wodnym, tam skąd przybył. Bo jeszcze nam się tu zagnieździ – zaordynował połamaniec.
I obudziłem się w szpitalu.
- Proszę powiedzieć czy wie Pan, gdzie się znajduje?- usłyszałem pytanie.
- W szpitalu w Górze – odpowiedziałem.
- Pan jest w szpitalu, ale w Lesznie – usłyszałem. Wtedy naprawdę się zdenerwowałem. Kurwa! To ja mam kitę w Lesznie odwalać, bo debile jakoweś szpital w ręce złodziei sprzedali! No kurwa, ja wam zrobię bal, tylko dojdę do siebie.

I dlatego myśl o tym, że moja ukochana Góra nie ma szpitala, przez głupią decyzję grupki bęcwałów, myśl o tym, jak wielką krzywdę wyrządzono mieszkańcom powiatu, w jaki chamski sposób potraktowano pielęgniarki naszego szpitala, którym poobcinano wynagrodzenia, pozmieniano umowy na śmieciówki, część z nich została „przedstawicielami handlowymi” (po 5 latach wykonywania takiej umowy traciły swoje uprawnienia do wykonywania zawodu); myśl o tej krzywdzie wyrządzonej nam wszystkim trzymała mnie przy duchu. Nie kurwa, bęcwały! Tak nie będzie! Nie po to ja tu powróciłem!

I doszła mnie wieść radosna. Grabarze naszego szpitala opuszczą wkrótce swoje stanowiska. Za sprawą miejscowego PiS – u przybędzie komisarz. Wówczas powiedzenie: „arytmetyka jest nieubłagana”, stanie się nieaktualne. Przy komisarycznym zarządzie nie ma bowiem Rady Powiatu i żadnej nieubłaganej arytmetyki. Jest komisarz i nic więcej. A jego czas nadchodzi nieubłaganie. Wyczekujemy go z utęsknieniem.

Górowski PiS nie ma innej możliwości, by sprawiedliwości stało się zadość. Wołowicz i Niedźwiedź won! Za szpital, za pielęgniarki, za zlikwidowanie szpitala. I niech nikt nie pierdoli, że oni chcieli dobrze. Jakby chcieli dobrze, to sprzedaliby szpital w cywilizowany sposób ludziom uczciwym a nie firmie, o której w momencie sprzedaży już krążyły złe wieści.

I dość mam już patrzenia na ich bezczelne miny i tępe spojrzenia podczas sesji. Dość mam ich widoku, bo ten powoduje u mnie odruch wymiotny. Niech cała opozycja pogodzi się z myślą o komisarzu. Nie warto być nieprzyzwoitym za dietę w kwocie 670 zł miesięcznie. Wiem, że nie będzie można się wygadać, nawrzucać. Tylko jaki pożytek z tego gadania, skoro: „arytmetyka jest nieubłagana”?! Mają sobie grabarze i ich bezmyślni poplecznicy trwać i brać diety? Z gadania opozycji nie ma żadnego pożytku, bo: „arytmetyka jest nieubłagana”. A Państwa gadanie niczego nie zmieni, ale za to przedłuża ich całkowicie szkodliwy pobyt na zajmowanych stanowiskach. To nie jest ani normalne ani też moralne. Kop w dupę należy im się, jak miska mleka nawet bezdomnemu kotu.

Dlatego proszę Pana, panie Kazimierzu Bogucki, o wymierzenie tego kopa. Pomaga pan burmistrz Irenie Krzyszkiewicz w załatwianiu różnych istotnych dla gminy spraw, pomimo różnic w przynależności partyjnej. I to jest piękne, szlachetne i służy nam wszystkim. Ale nie jest w interesie nas wszystkich utrzymywanie starosty, wicestarosty i ich popleczników przy władzy, z którą i tak nie wiedzą co zrobić. A jak już robią z niej, to krzywdę nam wszystkim.

To już nie jest kwestia polityki, ale zasad. Sprawcy zamknięcia szpital niech idą w pizdu! Jest wina – jest kara. Niech Pan zrobi to, czego oczekuje niecierpliwie opinia publiczna, sponiewierane pielęgniarki, ludzie mający problem z dostaniem się do ościennych szpitali, które – pomimo zapewnień dolnośląskiego NFZ – nie chcą ich lub traktują bardzo niechętnie.

Niech sprawiedliwości Panie Kazimierzu stanie się więc zadość. I to jak najszybciej. Bo każdy dzień ich obecności w starostwie jest zniewagą  a dla nas wszystkich. Arytmetyka sprowadzi się wówczas do prostego równania: komisarz = grabarze won! To piękne równanie! Panie Kaziu! Niech oni jak najszybciej idą w pizdu!

piątek, 8 kwietnia 2016

Generalska reprymenda

Nieraz człowiek chce dobrze, ale okazuje się, że zrobił źle. Przynajmniej w ocenie innych, którzy sądzą, że człowiek zrobił źle. I ma się potem najgłębsze wyrzuty sumienia, które pogłębiają się wraz ze świadomością, że ktoś znaczący, można z angielskiego rzec, że big fish.

Gdyby uwagę człowiekowi jakiś leszcz albo inna płotka nie byłoby sprawy. Ale jak uwagę zwraca big fish, to trzeba sprawę przemyśleć. I to przemyślenie mnie właśnie dotyczy. Opiszmy jednak najpierw rzecz całą, by Czytelnik miał wgląd w niezręczną sytuację, która mnie spotkała.

31 marca o godz. 830 odbywała się szybka sesja naszej Rady Miejskiej. Nieco na obrady się spóźniłem, ale wchodząc w pośpiechu zobaczyłem witający mnie środkowy paluszek, który kiwał się równomiernie na lewą i prawą stronę. Pomyślałem sobie, że paluszek komuś grozi. Odwróciłem się odruchowo, by zobaczyć komu tez grozi paluszek, bo przecież nie mi. Jak mógłby gro iż mi jakiś paluszek? Za co!? Przecież ja z samej łagodności i miłosierdzia zbudowany jestem. Wie to każdy.

Odwróciłem się, by zobaczyć jakiemu to huncwotowi grozi paluszek, który wciąż rytmicznie kiwał się z ze strony prawej na lewą. Za sobą zobaczyłem tylko solidne poniemieckie drzwi.

Kiwający się rytmicznie niczym wahadło pana Foucaulta paluszek jednak nadal się kiwał! Pojąłem, że tenże paluszek mi grozi! W okamgnieniu przyprowadziłem gruntowny remanent sumienia swojego, by odnaleźć w nim grzech jakowyś, który mógłbym popełnić. I z głębi sumienia swojego nie mogłam wydobyć nawet krztyny grzechu. Od boleści niespodziewanej, która spadła na mnie bez ostrzeżeń i gróźb, nawet nie wiem jak grzeszyć. Z trudem wyszedł człowiek z zaawansowanego syfilisu, nieprzyjemnej kiły i dość wrednej odmiany HIV. I jak tu grzeszyć?! Sami Państwo przyznają, że czysty jestem jak łza. Przynajmniej na razie.

Z kiwającego się paluszka przesunąłem wzrok w poszukiwaniu jego właściciela. Jakież było moje zdumienie, gdy kiwający się paluszek okazał się własnością Generała Gaśnicy, czyli znanego wszystkim szefa sikawkowych, ogniomistrzów, aspirantów, i innych specjalistów walczących z czerwonym kurem pod egidą św. Floriana.


Zdębiałem! Generał Gaśnica mi grozi! Ponownie przeszukałem otchłani swojego sumienia. Nie znalazłem nic! Zeskanowałem w ułamek sekundy otchłanie swojej pamięci. Znalazłem! Ma człowiek trochę wiedzy o tym i tamtym. Ale przecież nie pisałem np., że pan Generał Gaśnica wszedł w buty projektanta nowej strażnicy, i zaprojektował obok swojego gabinetu osobistą łazienkę, której w planie nie było. A jak w planie nie było, to w kosztorysie tez nie.

Zresztą po co komu wiedza o osobistej łazience naszego Generała Gaśnicy i kulisach jej budowy? Ważne, że czysty jest nasz miejscowy Generał Gaśnica. Przecież o tym nie pisałem – zadumałem się. Skąd więc wahadłowy palec?!

I przypomniałem sobie! Dzień wcześniej zadzwoniłem na numer alarmowy 112 i zgłosiłem, że kłęby dymu zasnuwają ulicę Szkolną. Sympatyczna pani dopytywała się czy widzę ogień. Zgodnie z prawdą odrzekłem, że nie widzę ognia, bo jego miejsce, z którego wydobywają się kłęby dymu przysłaniał mi budynek naszego ogólniaka, którego świetność już dawno przeminęła.

Po zgłoszeniu dymu, pokuśtykałem korzystając z pomocy mojej oddanej mi przyjaciółki madame de Culi dalej. Na skrzyżowaniu ulicy Szkolnej z Armii Polskiej dojrzałem źródło dymu. Kłęby dymu buchały po niebo z okolic położonych przy ulicy Leśnej i Przylesia.

Ze zgrozą skonstatowałem, że właśnie w tej okolicy mieszka nasz Generał Gaśnica, na którego widok – jak wieść gminna niesie – pożary same gasną. Pomyślałem, że być może ofiarą czerwonego kura może być – nie daj Boże! – nasz waleczny Generał. Przez moment oczami swojej niczym niepohamowanej wyobraźni ujrzałem Generała Gaśnicę w czeluściach wszech pożerającego ognia. A jest z niego kawał chłopa, to i skwarka byłaby przednia. Oblizałem się mimochodem a w brzuchu mi zaburczało. Uspokoiłem swoje stargane nerwy dopiero wówczas, gdy najkrótszą drogą od siedziby naszych strażaków, czyli od wieży ciśnień nadjechał majestatyczne wóz strażacki. Jego wielkość i majestat szczególnie podkreślał szybkość z jaką się poruszał. Pędził niczym oszalały ślimak.

Skończyła się sesja gminna a ja udałem się w kierunku dostojnego, czystego Generała Gaśnicy, by upewnić się o co mu chodzi. Okazało się, że dobrze kombinowałem. Nie chodziło o osobistą łazienkę, której w pierwotnych planach budowy strażnicy nie było, ale o moje zgłoszenie z dnia poprzedniego.

Nasz nieustraszony pogromca pożarów miał do mnie pretensję, że zadzwoniłem pod nr 112 zamiast pod nr lokalny, który mi przypomniał – 998. Drga zgłoszona pretensja dotyczyła zepsutej – wg niego przeze mnie – statystyki. A wiadomo, że statystyka rzecz święta, która prawdę nam powie. Trzecia pretensja dotyczyła tego, że nie polazłem w miejsce skąd wydobywał się dym. Generał Gaśnica wyjaśnił mi, że źródłem wszechogarniającego dymu było ognisko, przy którym nawet pieczono kiełbaski. Stwierdziłem, ze w naszym mieście jest zakaz palenia ognisk i dopytywałem się czy na miłośnika pieczonych kiełbasek nałożono mandat. Najdzielniejszy z dzielnych stwierdził, że jego straż nie jest od nakładania mandatów i odesłał mnie do nie mniej niż on straży miejskiej.


Ta ostania pretensja ubodła mnie osobiście. Stwierdziłem, że: „nie ma dymu bez ognia”, co Generał Gaśnica przyznał (chociaż z dużą niechęcią) oraz że szalona prędkość, z którą obecnie się poruszam, raczej takie wycieczki wyklucza, bo nasze chodniki przyjazne ludziom chodzącym pod rękę z madame de Cula, nie należą. Generał Gaśnica był jednak odmiennego zdania i pouczał mnie – na przyszłość – że mam ustalać źródło dymu. Wiedząc, że z Generałem Gaśnicą żartów nie ma zobowiązałem się, że nie tylko będę ustalał źródło dymu, ale dodatkowo – w ramach skruchy – będę nosił z sobą gaśnicę. Ku mojej niewysłowionej uldze Generał Gaśnica z najwyższą radością przyjął moje zapewnienia. A ja w skrytości ducha swojego pomyślałem: „Jak ja będę nosił z sobą gaśnicę to po jaki (wiadomo co) Generał Gaśnica? A może długotrwałe szefowanie strażakom wpłynęło u Generała Gaśnicy na pojawienie się sodówki? 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Objawienie geniusza

Burza rzęsistych oklasków przywitała – podobno – powszechnie uwielbianego starostę powiatu górowskiego – Piotra Wołowicza, zwanego wśród urzędników starostwa „Cielęciną”.

Powodem owacji na stojąc, huraganu oklasków był fakt zamknięcia w dniu dzisiejszym ostatniego oddziału szpitalnego – pediatrii. Wiadomym jest bowiem powszechnie, że zgodnie ze świętą umową o sprzedaży szpitala, za każdy zamknięty oddział szpitalny, nabywca szpitala Polskie Centrum Zdrowia, zobowiązał się do wpłaty 1 miliona złotych na konto starostwa.

Co prawda lekarze pediatrzy, którzy pracowali na tym oddziale już 1 kwietnia złożyli gremialnie wypowiedzenie z pracy, ale decyzję o zamknięciu ostatniego oddziału obwieszczono dzisiaj, przed południem. Lekarze, którzy tam pracowali nie otrzymywali wynagrodzenia za pracę już od stycznia br. Wielkie mi mecyje! Robić im się za darmo nie chciało. Ten wrzód przeciął właściciel szpitala, wychodząc z założenia, że zawód lekarski to misja. A idzie wiosna i za chwilę w ogrodach zacznie rosnąc kapusta, sałata, obrodzą papierówki, marchewka, i da się jakoś wyżyć. Warzywa są zdrowe i aż dziwne, że lekarze tego prostego faktu nie rozumieją.

Wiadomo jest powszechnie, że dotąd nabywca szpitala zamknął 3 oddziały i z tego tytułu na konto starostwa wpłynęły 3 mln zł. Co prawda nie wprowadzono tej kwoty jeszcze do budżetu naszego powiatu, ale – podobno – wynikło to z tego, iż oczekiwano od grudnia 2013 r., gdy „sprzedano” szpital na pełną kwotę, tj. 4 mln zł. Jak Państwo widzicie nasz ukochany i uwielbiany starosta okazał się człowiekiem ze wszech miar przewidującym, dalekowzrocznym. Można rzec nawet, że otarł się o geniusz.

Mylił się za to mój najdroższy przyjaciel, radość żywota mojego, krynica mądrości, pierwszy biznesmen powiatu mgr inż. Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki, który w grudniu 2013 wieścił pielęgniarką górowskiego szpitala nieustający rozwój placówki, wyższe płace, wzrost poziomu usług zdrowotnych i rozszerzenie działalności świadczonych usług medycznych.

Wszystkim dech zapierał rozmach, z jakim nabywca szpitala Polskie Centrum Zdrowia, reorganizował niegdyś nasz szpital. Zwalniano ludzi z pracy (pewnie nierobów), przechodzono z umów o pracę na umowy opiewające na 1/23 etatu, ¼ etatu (pewnie, żeby personelowi we łbach się nie poprzewracało), zamontowano kamery (żeby pracownicy wiedzieli, że nowy właściciel czuwa dniem i nocą), podniesiono opłaty za zakład opiekuńcze leczniczy, zdjęcia rtg i inne usługi (by chorzy przekonali się na własnej skórze, że warto dbać o zdrowie).

Pamiętam, jak ówczesny przewodniczący Rady Powiatu – Edward Szendryk, zachwalał nabywcę szpitala. Kreślił promieniste perspektywy rozwoju górowskiej lecznicy, w której nieco później zaczął pracować, by osobiście wziąć udział w szpitalnej rewolucji. Popierał w ten sposób swojego przyszłego zięcia – „Bananowego Uśmiecha”.

W celu dalszego dynamicznego rozwoju górowskiego szpitala zlikwidowano tomograf komputerowy w nadziei, że wysoki poziom kadry medycznej ściągniętej do górowskiego szpitala będzie miała przeszywający pacjenta na wskroś wzrok, co spowoduje, że tomograf stanie się zbytecznym. Ci, których całe rzesze ściągniętych z całego województwa specjalistów o przeszywającym na wskroś pacjenta wzroku, pomimo tych umiejętności nie potrafiono zdiagnozować, wożono do Rawicza. W ten sposób rzesze chorych miały okazję podziwiać z okien karetek transportu sanitarnego nasz polski krajobraz. Może rzec, że wycieczki te miały wymiar edukacyjny, który zakłócany był jazdą karetki po dziurach.

A nasz ukochany przywódca, zwany pieszczotliwie „Cielęciną” siedział w zaciszu gabinetu i cicho liczył: zamknięty wewnętrzny = 1 mln zł, zamknięta chirurgia = 1 mln zł, zamknięty położniczy = 1 mln zł., zamknięty dziecięcy = 1 mln zł. Później z mozołem, marszczą swoje niskie czoło, żmudnie na palcach sumował mityczne kary. Raz wychodziło mu 5 mln, innym razem 3, ale bywało też, że po umaczaniu palca atramentem na znak, iż konkretny milion został wliczony w rachunek niewątpliwego zysku, udawało mu się otrzymać właściwą sumę, co napawało go taką dumą, że z tylnej kiszeni swoich workowatych spodni wyciągał grzebień, który dostał na pryma aprilis od Słońca Góry, naszego Majestatu. Z uczuciem dumy czytał napis na grzebieniu: „Na mądrej głowie włosy nie rosną”.

Zaprawdę, powiadam Państwu, że wielkim człowiekiem jest nasz słusznie przez wszystkich powiatowy przywódca. Drżą przed nim włodarze ościennych gmin, którzy z bojaźni przed jego wielkością nie pojawiają się na sesjach Rady Powiatu. Owszem, zaszczyca swoją obecnością sesje Rady Powiatu nasz Majestat, ale wymyka się podczas przerwy widząc, że jej jasność bleknie w obliczu intelektualnej jasności ukochanego przez masy pracujące miast i wsi, inteligentów, którzy wszystkiego co w życiu potrzebne nauczyli się już w przedszkolu, a więc dla nich dalsza nauka nie miała już sensu, wodza naszego powiatu, pieszczotliwie zwanego „Cielęciną”. To słowo wymawiać należy z czcią, najgłębszą miłością i wdzięcznością za dokonanie transakcji XXI stulecia.

Tylko geniusz mógł bowiem oddać wszystkie udziały naszego szpitala za dwie raty należności za szpital. Ktoś powiedzieć może, że to niegospodarność, brak troski o mienie nas wszystkich. Ktoś niegrzeczny, z lukami w kulturze osobistej mógłby wysnuć błędny wniosek, iż nasz najdroższy wódz powiatu jest psychiczny. W tym miejscu pragnę Państwu rzec, że wg psychiatrów wszyscy jesteśmy psychicznie, tylko jeszcze nie zdiagnozowani.

We wtorek dyrektorską funkcję straciła Danuta Perek, która niegdyś była szefową wszystkich pielęgniarek i przewodniczącą zakładowej „Solidarności”. Ta wybitna menadżerka o podwójnym obliczu (była jednocześnie za i przeciw podarowaniu szpitala a jej postawa zależała od tego z kim rozmawiała). Pracownicy szpitala twierdza, że całym sercem i duszą była za rewolucyjnymi zmianami w naszym byłym szpitalu, aż do jego zamknięcia.

Geniusz naszego ojca powiatu, dobrodzieja, siewcy dobra, wielce Czcigodnego „Cielęciny” jest niewyczerpany. Podobno za 4 mln odszkodowania z tytułu zamknięcia 4 oddziałów, chce przeznaczyć na odbudowę zamkniętej opieki leczniczej. Podobno ma być to lecznica mobilna. Podobno planuje się zakup niepotrzebnych już „Bronkobusów”. Na razie jednego z przeznaczeniem na prosektorium. „Prosektorium pod Bronkiem”. Przyznają Państwo, że brzmi nieźle. Bądźmy zdrowi.