piątek, 8 kwietnia 2016

Generalska reprymenda

Nieraz człowiek chce dobrze, ale okazuje się, że zrobił źle. Przynajmniej w ocenie innych, którzy sądzą, że człowiek zrobił źle. I ma się potem najgłębsze wyrzuty sumienia, które pogłębiają się wraz ze świadomością, że ktoś znaczący, można z angielskiego rzec, że big fish.

Gdyby uwagę człowiekowi jakiś leszcz albo inna płotka nie byłoby sprawy. Ale jak uwagę zwraca big fish, to trzeba sprawę przemyśleć. I to przemyślenie mnie właśnie dotyczy. Opiszmy jednak najpierw rzecz całą, by Czytelnik miał wgląd w niezręczną sytuację, która mnie spotkała.

31 marca o godz. 830 odbywała się szybka sesja naszej Rady Miejskiej. Nieco na obrady się spóźniłem, ale wchodząc w pośpiechu zobaczyłem witający mnie środkowy paluszek, który kiwał się równomiernie na lewą i prawą stronę. Pomyślałem sobie, że paluszek komuś grozi. Odwróciłem się odruchowo, by zobaczyć komu tez grozi paluszek, bo przecież nie mi. Jak mógłby gro iż mi jakiś paluszek? Za co!? Przecież ja z samej łagodności i miłosierdzia zbudowany jestem. Wie to każdy.

Odwróciłem się, by zobaczyć jakiemu to huncwotowi grozi paluszek, który wciąż rytmicznie kiwał się z ze strony prawej na lewą. Za sobą zobaczyłem tylko solidne poniemieckie drzwi.

Kiwający się rytmicznie niczym wahadło pana Foucaulta paluszek jednak nadal się kiwał! Pojąłem, że tenże paluszek mi grozi! W okamgnieniu przyprowadziłem gruntowny remanent sumienia swojego, by odnaleźć w nim grzech jakowyś, który mógłbym popełnić. I z głębi sumienia swojego nie mogłam wydobyć nawet krztyny grzechu. Od boleści niespodziewanej, która spadła na mnie bez ostrzeżeń i gróźb, nawet nie wiem jak grzeszyć. Z trudem wyszedł człowiek z zaawansowanego syfilisu, nieprzyjemnej kiły i dość wrednej odmiany HIV. I jak tu grzeszyć?! Sami Państwo przyznają, że czysty jestem jak łza. Przynajmniej na razie.

Z kiwającego się paluszka przesunąłem wzrok w poszukiwaniu jego właściciela. Jakież było moje zdumienie, gdy kiwający się paluszek okazał się własnością Generała Gaśnicy, czyli znanego wszystkim szefa sikawkowych, ogniomistrzów, aspirantów, i innych specjalistów walczących z czerwonym kurem pod egidą św. Floriana.


Zdębiałem! Generał Gaśnica mi grozi! Ponownie przeszukałem otchłani swojego sumienia. Nie znalazłem nic! Zeskanowałem w ułamek sekundy otchłanie swojej pamięci. Znalazłem! Ma człowiek trochę wiedzy o tym i tamtym. Ale przecież nie pisałem np., że pan Generał Gaśnica wszedł w buty projektanta nowej strażnicy, i zaprojektował obok swojego gabinetu osobistą łazienkę, której w planie nie było. A jak w planie nie było, to w kosztorysie tez nie.

Zresztą po co komu wiedza o osobistej łazience naszego Generała Gaśnicy i kulisach jej budowy? Ważne, że czysty jest nasz miejscowy Generał Gaśnica. Przecież o tym nie pisałem – zadumałem się. Skąd więc wahadłowy palec?!

I przypomniałem sobie! Dzień wcześniej zadzwoniłem na numer alarmowy 112 i zgłosiłem, że kłęby dymu zasnuwają ulicę Szkolną. Sympatyczna pani dopytywała się czy widzę ogień. Zgodnie z prawdą odrzekłem, że nie widzę ognia, bo jego miejsce, z którego wydobywają się kłęby dymu przysłaniał mi budynek naszego ogólniaka, którego świetność już dawno przeminęła.

Po zgłoszeniu dymu, pokuśtykałem korzystając z pomocy mojej oddanej mi przyjaciółki madame de Culi dalej. Na skrzyżowaniu ulicy Szkolnej z Armii Polskiej dojrzałem źródło dymu. Kłęby dymu buchały po niebo z okolic położonych przy ulicy Leśnej i Przylesia.

Ze zgrozą skonstatowałem, że właśnie w tej okolicy mieszka nasz Generał Gaśnica, na którego widok – jak wieść gminna niesie – pożary same gasną. Pomyślałem, że być może ofiarą czerwonego kura może być – nie daj Boże! – nasz waleczny Generał. Przez moment oczami swojej niczym niepohamowanej wyobraźni ujrzałem Generała Gaśnicę w czeluściach wszech pożerającego ognia. A jest z niego kawał chłopa, to i skwarka byłaby przednia. Oblizałem się mimochodem a w brzuchu mi zaburczało. Uspokoiłem swoje stargane nerwy dopiero wówczas, gdy najkrótszą drogą od siedziby naszych strażaków, czyli od wieży ciśnień nadjechał majestatyczne wóz strażacki. Jego wielkość i majestat szczególnie podkreślał szybkość z jaką się poruszał. Pędził niczym oszalały ślimak.

Skończyła się sesja gminna a ja udałem się w kierunku dostojnego, czystego Generała Gaśnicy, by upewnić się o co mu chodzi. Okazało się, że dobrze kombinowałem. Nie chodziło o osobistą łazienkę, której w pierwotnych planach budowy strażnicy nie było, ale o moje zgłoszenie z dnia poprzedniego.

Nasz nieustraszony pogromca pożarów miał do mnie pretensję, że zadzwoniłem pod nr 112 zamiast pod nr lokalny, który mi przypomniał – 998. Drga zgłoszona pretensja dotyczyła zepsutej – wg niego przeze mnie – statystyki. A wiadomo, że statystyka rzecz święta, która prawdę nam powie. Trzecia pretensja dotyczyła tego, że nie polazłem w miejsce skąd wydobywał się dym. Generał Gaśnica wyjaśnił mi, że źródłem wszechogarniającego dymu było ognisko, przy którym nawet pieczono kiełbaski. Stwierdziłem, ze w naszym mieście jest zakaz palenia ognisk i dopytywałem się czy na miłośnika pieczonych kiełbasek nałożono mandat. Najdzielniejszy z dzielnych stwierdził, że jego straż nie jest od nakładania mandatów i odesłał mnie do nie mniej niż on straży miejskiej.


Ta ostania pretensja ubodła mnie osobiście. Stwierdziłem, że: „nie ma dymu bez ognia”, co Generał Gaśnica przyznał (chociaż z dużą niechęcią) oraz że szalona prędkość, z którą obecnie się poruszam, raczej takie wycieczki wyklucza, bo nasze chodniki przyjazne ludziom chodzącym pod rękę z madame de Cula, nie należą. Generał Gaśnica był jednak odmiennego zdania i pouczał mnie – na przyszłość – że mam ustalać źródło dymu. Wiedząc, że z Generałem Gaśnicą żartów nie ma zobowiązałem się, że nie tylko będę ustalał źródło dymu, ale dodatkowo – w ramach skruchy – będę nosił z sobą gaśnicę. Ku mojej niewysłowionej uldze Generał Gaśnica z najwyższą radością przyjął moje zapewnienia. A ja w skrytości ducha swojego pomyślałem: „Jak ja będę nosił z sobą gaśnicę to po jaki (wiadomo co) Generał Gaśnica? A może długotrwałe szefowanie strażakom wpłynęło u Generała Gaśnicy na pojawienie się sodówki? 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Objawienie geniusza

Burza rzęsistych oklasków przywitała – podobno – powszechnie uwielbianego starostę powiatu górowskiego – Piotra Wołowicza, zwanego wśród urzędników starostwa „Cielęciną”.

Powodem owacji na stojąc, huraganu oklasków był fakt zamknięcia w dniu dzisiejszym ostatniego oddziału szpitalnego – pediatrii. Wiadomym jest bowiem powszechnie, że zgodnie ze świętą umową o sprzedaży szpitala, za każdy zamknięty oddział szpitalny, nabywca szpitala Polskie Centrum Zdrowia, zobowiązał się do wpłaty 1 miliona złotych na konto starostwa.

Co prawda lekarze pediatrzy, którzy pracowali na tym oddziale już 1 kwietnia złożyli gremialnie wypowiedzenie z pracy, ale decyzję o zamknięciu ostatniego oddziału obwieszczono dzisiaj, przed południem. Lekarze, którzy tam pracowali nie otrzymywali wynagrodzenia za pracę już od stycznia br. Wielkie mi mecyje! Robić im się za darmo nie chciało. Ten wrzód przeciął właściciel szpitala, wychodząc z założenia, że zawód lekarski to misja. A idzie wiosna i za chwilę w ogrodach zacznie rosnąc kapusta, sałata, obrodzą papierówki, marchewka, i da się jakoś wyżyć. Warzywa są zdrowe i aż dziwne, że lekarze tego prostego faktu nie rozumieją.

Wiadomo jest powszechnie, że dotąd nabywca szpitala zamknął 3 oddziały i z tego tytułu na konto starostwa wpłynęły 3 mln zł. Co prawda nie wprowadzono tej kwoty jeszcze do budżetu naszego powiatu, ale – podobno – wynikło to z tego, iż oczekiwano od grudnia 2013 r., gdy „sprzedano” szpital na pełną kwotę, tj. 4 mln zł. Jak Państwo widzicie nasz ukochany i uwielbiany starosta okazał się człowiekiem ze wszech miar przewidującym, dalekowzrocznym. Można rzec nawet, że otarł się o geniusz.

Mylił się za to mój najdroższy przyjaciel, radość żywota mojego, krynica mądrości, pierwszy biznesmen powiatu mgr inż. Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki, który w grudniu 2013 wieścił pielęgniarką górowskiego szpitala nieustający rozwój placówki, wyższe płace, wzrost poziomu usług zdrowotnych i rozszerzenie działalności świadczonych usług medycznych.

Wszystkim dech zapierał rozmach, z jakim nabywca szpitala Polskie Centrum Zdrowia, reorganizował niegdyś nasz szpital. Zwalniano ludzi z pracy (pewnie nierobów), przechodzono z umów o pracę na umowy opiewające na 1/23 etatu, ¼ etatu (pewnie, żeby personelowi we łbach się nie poprzewracało), zamontowano kamery (żeby pracownicy wiedzieli, że nowy właściciel czuwa dniem i nocą), podniesiono opłaty za zakład opiekuńcze leczniczy, zdjęcia rtg i inne usługi (by chorzy przekonali się na własnej skórze, że warto dbać o zdrowie).

Pamiętam, jak ówczesny przewodniczący Rady Powiatu – Edward Szendryk, zachwalał nabywcę szpitala. Kreślił promieniste perspektywy rozwoju górowskiej lecznicy, w której nieco później zaczął pracować, by osobiście wziąć udział w szpitalnej rewolucji. Popierał w ten sposób swojego przyszłego zięcia – „Bananowego Uśmiecha”.

W celu dalszego dynamicznego rozwoju górowskiego szpitala zlikwidowano tomograf komputerowy w nadziei, że wysoki poziom kadry medycznej ściągniętej do górowskiego szpitala będzie miała przeszywający pacjenta na wskroś wzrok, co spowoduje, że tomograf stanie się zbytecznym. Ci, których całe rzesze ściągniętych z całego województwa specjalistów o przeszywającym na wskroś pacjenta wzroku, pomimo tych umiejętności nie potrafiono zdiagnozować, wożono do Rawicza. W ten sposób rzesze chorych miały okazję podziwiać z okien karetek transportu sanitarnego nasz polski krajobraz. Może rzec, że wycieczki te miały wymiar edukacyjny, który zakłócany był jazdą karetki po dziurach.

A nasz ukochany przywódca, zwany pieszczotliwie „Cielęciną” siedział w zaciszu gabinetu i cicho liczył: zamknięty wewnętrzny = 1 mln zł, zamknięta chirurgia = 1 mln zł, zamknięty położniczy = 1 mln zł., zamknięty dziecięcy = 1 mln zł. Później z mozołem, marszczą swoje niskie czoło, żmudnie na palcach sumował mityczne kary. Raz wychodziło mu 5 mln, innym razem 3, ale bywało też, że po umaczaniu palca atramentem na znak, iż konkretny milion został wliczony w rachunek niewątpliwego zysku, udawało mu się otrzymać właściwą sumę, co napawało go taką dumą, że z tylnej kiszeni swoich workowatych spodni wyciągał grzebień, który dostał na pryma aprilis od Słońca Góry, naszego Majestatu. Z uczuciem dumy czytał napis na grzebieniu: „Na mądrej głowie włosy nie rosną”.

Zaprawdę, powiadam Państwu, że wielkim człowiekiem jest nasz słusznie przez wszystkich powiatowy przywódca. Drżą przed nim włodarze ościennych gmin, którzy z bojaźni przed jego wielkością nie pojawiają się na sesjach Rady Powiatu. Owszem, zaszczyca swoją obecnością sesje Rady Powiatu nasz Majestat, ale wymyka się podczas przerwy widząc, że jej jasność bleknie w obliczu intelektualnej jasności ukochanego przez masy pracujące miast i wsi, inteligentów, którzy wszystkiego co w życiu potrzebne nauczyli się już w przedszkolu, a więc dla nich dalsza nauka nie miała już sensu, wodza naszego powiatu, pieszczotliwie zwanego „Cielęciną”. To słowo wymawiać należy z czcią, najgłębszą miłością i wdzięcznością za dokonanie transakcji XXI stulecia.

Tylko geniusz mógł bowiem oddać wszystkie udziały naszego szpitala za dwie raty należności za szpital. Ktoś powiedzieć może, że to niegospodarność, brak troski o mienie nas wszystkich. Ktoś niegrzeczny, z lukami w kulturze osobistej mógłby wysnuć błędny wniosek, iż nasz najdroższy wódz powiatu jest psychiczny. W tym miejscu pragnę Państwu rzec, że wg psychiatrów wszyscy jesteśmy psychicznie, tylko jeszcze nie zdiagnozowani.

We wtorek dyrektorską funkcję straciła Danuta Perek, która niegdyś była szefową wszystkich pielęgniarek i przewodniczącą zakładowej „Solidarności”. Ta wybitna menadżerka o podwójnym obliczu (była jednocześnie za i przeciw podarowaniu szpitala a jej postawa zależała od tego z kim rozmawiała). Pracownicy szpitala twierdza, że całym sercem i duszą była za rewolucyjnymi zmianami w naszym byłym szpitalu, aż do jego zamknięcia.

Geniusz naszego ojca powiatu, dobrodzieja, siewcy dobra, wielce Czcigodnego „Cielęciny” jest niewyczerpany. Podobno za 4 mln odszkodowania z tytułu zamknięcia 4 oddziałów, chce przeznaczyć na odbudowę zamkniętej opieki leczniczej. Podobno ma być to lecznica mobilna. Podobno planuje się zakup niepotrzebnych już „Bronkobusów”. Na razie jednego z przeznaczeniem na prosektorium. „Prosektorium pod Bronkiem”. Przyznają Państwo, że brzmi nieźle. Bądźmy zdrowi.


piątek, 25 marca 2016

Poroniony żart

Jest przysłowiowe „5 minut” do świąt Wielkiej Nocy, ale jaj mamy już dzisiaj. Bezpłatne jaja zafundowała nam nasza najdroższa pani burmistrz, murowana kandydatka na carową naszej gminy – Irena I Czernińska. Są to darmowe, wielkanocne, gminne jaja.

Mowa tu o ulotce, którą nasz Ukochany Majestat skierował do rodziców mających radość z posiadania dzieci. Ulotka dotyczy rządowego programu „500+".

Na internetowej stronie gminy można przeczytać informację, iż 22 marca odbyło się spotkanie z dyrektorami szkól i przedszkoli, podczas którego dyrektorzy – jak czytamy – wyrazili nieodparte pragnienie, by taka ulotka powstała i była kolportowana wśród rodziców. Przypomnę raz jeszcze, że spotkanie z dyrektorami placówek oświatowych miało miejsce 22 marca a już nazajutrz ulotka była gotowa. Tak wychodzi się naprzeciw oczekiwaniom!

Na internetowej stronie naszej gminy czytamy, że w kolportowanej i przeznaczonej dla osób uprawnionych do pobierania tego świadczenia, znaleźć się miały: „(…) podstawowe informacje o programie, najczęściej zadawane pytania dotyczące wypłaty świadczenia w ramach programu oraz odpowiedzi na te pytania, a także przykłady możliwych sytuacji rodzinnych wraz z rozstrzygnięciem, komu i w jakiej wysokości świadczenie zostanie wypłacone.”

+

Gdzie mają Państwo na ulotce informacje, o których mowa na oficjalnej stronie dworu naszego Majestatu? Nie ma. Jest za to zdjęcie Majestatu. I już nie wiem, czy ta ulotka przypadkowo nie jest niewczesnym, poronionym żartem prima aprilisowym.

Bezsprzecznie nic nowego zawartość ulotki nie wnosi do wiedzy rodziców na temat świadczenia. A szkoda, że właściwie nie wykorzystano okazji. Wszak to nie burmistrz Irena Krzyszkiewicz będzie odpowiedzialna za wypłacanie środków z tego programu, ale Ośrodek Pomocy Społecznej pod wodzą kierowniczki – Edyty Lisieckiej oraz jej pracowników. A nasza pani burmistrz wykorzystała ulotkę do reklamowania własnej podobizny za pieniądze podatników.

Proszę zauważyć, że w ulotce nie podano nawet adresu OPS – u, numerów kontaktowych pracowników, którzy znają tajniki tego programu, adresu do strony, z której można pobrać druki, przeczytać instrukcję dotycząca sposobu ich wypełnienia, informacje na temat niezbędnych dokumentów niezbędnych przy składaniu wniosku.

Mój znajomy nawet uwierzył w to, że wszystkie te informacje są w ulotce. Stwierdził, że na pewno zdjęcia Majestatu uzbrojone jest w chip, który odpowiada na zadawane głośno pytania i wyjaśnia wszelki wątpliwości. Ulotka - wg niego - ma być wyrazem otwarcia się Majestatu na nowoczesność a nawet ponowoczesność. Gadał do obrazka on, dziatwa jego, żona, teściowa, szwagier i szwagierka i nic! Zniechęcony brakiem odzewu spuścił manto synowi chodzącemu do 3 klasy gimnazjum, pod zarzutem, że uszkodził on gadającą "słit" fotkę ukochanego po gardło Majeststu.


Jednym słowem mamy do czynienia nie z informacją skierowaną do potencjalnych świadczeniobiorców, ale z chamskim i głupie reklamowaniem własnej osoby. Można rzec, że konia kuli a ropuszka łapkę wdzięcznie podstawiła. No to ropuszkę podkułem. A co mi tam! Dobrych uczynków nigdy zbyt wiele! Kochajmy nasz Majestat, bo czyniąc podobne brewerie może odejść w polityczny niebyt

Żywcem pogrzebani



Tragedia wydarzyła się dwa dni temu (22 marca). Wprost niebywała. Prawie antyczna. Platformę, rzekomo Obywatelską, rozwiązano na Dolnym Śląsku. Schetyna spuścił Protasiewicza (zwanego też „chuliganem z frankfurckiego lotniska”) z funkcji barona regionalnego i mianował na jego miejsce europarlamentarzystę Bogdana Zdrojewskiego. Pamiętać należy, że górowska Platforma, rzekomo Obywatelska, popierała „Chuligana z frankfurckiego lotniska”.

B. Zdrojewski mianowany został komisarzem Platformy, rzekomo Obywatelskiej, na Dolny Śląsk. Rozwiązaniu uległy wszystkie partyjne struktury, tym też i kadłubowa Platforma, rzekomo Obywatelska na terenie naszej gminy Tak się bowiem jakoś złożyło, że w innych gminach wchodzących w skład naszego powiatu chętnych do tej obciachowej partii nie było.

Tak że w głębokim smutku pogrążył Schetyna również górowski, lilipuci oddziałek platfusowi dziatwy. Można rzec – bez przerysowania - że „szef szefów” Platformy, rzekomo Obywatelskiej żywcem pogrzebał swoich podkomendnych, którzy na tak dawno zgłosowali na „Chuligana z frankfurckiego lotniska”, próbując w ten sposób wykończyć Don Schetynę. W odwecie Don Grzegorz walnął potężnie z najgrubszej dostępnej mu rury kanalizacyjnej.

Muszą Państwo widzieć, że w lilipuciej do lokalnej struktury Platformy, rzekomo Obywatelskiej, należy np. najbardziej nieudolna w historii powiatu Wielce Czcigodna Pomyłka czyli Piotr Wołowicz, nasz ukochany Majestat (w tym oczywistym z oczywistych przypadków imienia i nazwiska przypominać Szanownym Czytankom nie trzeba, oryginalny w każdym milimetrze i calu, mój idol, źrenica moich oczu , radny „Bananowy Uśmiech” (sława Jego sięga rogatek naszego miasta, i nie tylko). Odnajdziemy też na skrawku papieru, na którym spisano nielicznych chętnych do bycia „platfusem”, nazwisko krótkie niczym błysk - Iskra. W tym byłym radnym tylko nazwisko wzbudza ciekawość. Zbędną zresztą niczym śnieg w lipcu. Członkiem tego lilipuciego tworu jest również wiceburmistrz naszej gminy, którego sensu tkwienia na tym stanowisku nie widzi ta wielu górowian. Ale oni chyba mają poważną wadę wzroku.

Wciąż pamiętać musimy – i to wszyscy, których dobry Bóg obdarował rozumem – że to ta lilipucia na naszym terenie formacja, jej ludzie, sprezentowali szpital dla gangu z Wrocławia.

Widziano dzisiaj członka tej lilipuciej gromadki „Bananowego Uśmiecha”. Podobno szedł smutny, przybity co wyrażało się ciałem zgiętym pod kątem 90 stopni ku ziemi, płakał głucho szlochając i potykając się co krok o gluty wypływające z jego własnego nosa. W takiej to boleści i czarnej rozpaczy był mój najdroższy na wieki wieków serdeczny przyjaciel.

I korzystając z danej sobie samej przy pisaniu powyższego posta okazji, pragnę gniewnie i stanowczo zaprzeczyć, jakoby mój najserdeczniejszy przyjaciel „Bananowy Uśmiech” szlochał i miał ciało zgięte w pól z powodu poszukiwań 5 groszy, które tego feralnego dla niego dnia zgubił. Mój wielce uczony i ogólnie poważany przyjaciel zachowuje się tak dopiero wówczas, gdy zgubi 10 groszy.

Wracając jednak do głównego tematu rozważań, należy stwierdzić, że najgorsze jeszcze przed członkami Platformy, rzekomo Obywatelskiej. Ich „capo de tutti capi” zapowiedział, że członków Platformy, rzekomo Obywatelskiej czeka weryfikacja! To już jest po prostu wendeta ze strony Don Schetyny. To jest niewyobrażalny prostacki odwet.

A co będzie, ja się uprzejmie pytam, jak podczas weryfikacji członków górowskiej Platformy, rzekomo Obywatelskiej, będą badali IQ albo każą rozwiązywać test na inteligencję? Odpowiedź jest prosta. Może w gminie nie być lilipuciej partii.


wtorek, 22 marca 2016

Zdegradowana gmina

18 marca odbyły się pierwsze warsztaty dotyczące „Gminnego Programu Rewitalizacji Gminy na lata 2016 – 2020”. Program ten = ma być realizowany w oparciu o metodę partycypacji społecznej, czyli przy udziale mieszkańców naszej gminy. Pierwsze spotkanie nie należało do udanych pod względem frekwencji. Przybył nasz gminny Majestat wraz z członkami dworu, garść wasalnych księżniczek i książątek, którzy lenna swe otrzymali z kapryśnych rąk Majestatu. Frekwencji na pewno nie podniosła godzina spotkania: 830.Tak więc od strony lokalnej społeczności inauguracja wypadła pod zdechłym psem. Majestat wie co robi. Po co gmin, pospólstwo ma jej się szwendać po dobrach?

W sali nr 1 istniejącego – niezupełnie wiadomo po co – starostwa powiatowego, zasiadło również trzech zamówionych przez gminę fachowców do opracowania naukowych podstaw nowej w formie i zakresie rewitalizacji naszego miasta. I AK dowidzieliśmy się, że:
„Określenie wizji obszaru rewitalizowanego, celów strategicznych i wreszcie formułowanie kluczowych zadań, realizowane będzie w oparciu o partnerstwo lokalne przy zaangażowaniu przedstawicieli życia społecznego, gospodarczego oraz politycznego gminy Góra”. To założenie legło w gruzach już podczas pierwszego spotkania. Majestat udawał jednak, że w sali nr 1 dogorywającego starostwa powiatowego, tak nieudolnie kierowanego przez partyjnego towarzysza Ireny I Czernińskiej (jeszcze niepomazanej) bezbarwnego członka odsuniętej od żłoba Platformy, rzekomo Obywatelskiej, co jednak w niczym nie zmąciło radosnego nastroju naszego Najdroższego Majestatu ze wsi Czernina Dolna.

Fachowcy stwierdzili też, że celem nowej rewitalizacji będzie wyprowadzenie ze stanu kryzysowego obszarów zdegradowanych w gminie, poprzez działania całościowe, które mają za zadanie likwidację negatywnych zjawisk


Uprzedzając, trzeba powiedzieć wyraźnie, że fachowcy orzekli iż, : ,, gmina jest zupełnie zdegradowana”. Osłupiałe.! Dziewięć lat rządów Majestatu szlag trafił w ciągu kilku sekund. Jaki dorobek jaki pijar, kilkakrotnie przewyższający rzeczywiste osiągnięcia. Żal mi zrobiło się szczerze naszej Ireny I Czernińskiej (jeszcze bez korony). Łzy me gorące, szczere, polały się na podłogę padając z hałasem jak wycinane przez gminę drzewa, co następuję przy okazji każdej nieomal inwestycji.

Spojrzałem w kierunku Tej, która wielbię dniami i nocami, we śnie, na jawię i w różnych sytuacjach intymnych też. Jej kształtne piersi falowały gwałtownie, miotane falą sprzecznych uczuć. Najdroższe oczęta mrugały, uszy zrobiły się większe niż naturalnie, a z zadartego wiecznie noska buchały kłęby pary. Myślałem, że Majestat przyłoży referentom, którzy wywlekli na światło dzienne suche fakty, poparte twardą statystyką, która okazała się zabójczą bronią rujnującą w pył i kurz pijar. Przypomnę tylko, że ów pijar polegał na wmawianiu publice, iż Irena I Czernińska jest w każdym calu doskonała, nieomal boska, cudowna, przemądra i wyprzedza swoją epoką co najmniej o trzy stulecia, gdyż za jej myślami nikt nie nadąża, nawet sam Pan Bóg.

Fachowcy od rewitalizacji okazali się czarnymi niewdzięcznikami, którzy bez uprzednich konsultacji z Majestatem rozpuścili wieści o zdegenerowanym stanie gminy.
Dokonali tego w obecności Majestatu, w sposób bezczelny i prowokacyjny działając na szkodę tej znakomitej gospodyni, której ciasto samo w rękach rośnie. Jestem szczerze i dogłębnie oburzony.


W przypadku naszej gminy badano poziom koncentracji negatywnych zjawisk społecznych. Do takich zaliczono: bezrobocie, ubóstwo, niski poziom edukacji, niewystarczający poziom uczestnictwa w życiu lokalnym i kulturalnym.

Dodatkowo jeżeli na obszarze danej gminy występuje co najmniej jedno negatywnych zjawisk:
- gospodarczych (w szczególności niskiego stopnia przedsiębiorczości, słabej kondycji lokalnych przedsiębiorstw),
- środowiskowych (przekroczenie standardów jakości środowiska, obecność odpadów stwarzających zagrożenie dla życia, zdrowia ludzi lub stanu środowiska),
- przestrzenno – funkcjonalną (niewystarczające wyposażenie w infrastrukturę techniczną i społeczną, braku dostępu do podstawowych usług lub ich niskiej jakości, niska jakość terenów publicznych)
- technicznych (degradacja stanu technicznego obiektów budowlanych, w tym o przeznaczeniu mieszkaniowym),

Zastrzeżono, że obszar rewitalizacji nie może być większy niż 20% powierzchni gminy a na nim nie może mieszkać więcej niż 30% mieszkańców gminy. Cel rewitalizacji – wyprowadzenie obszarów zdegradowanych z kryzysu.

Fachowcy przedstawili na slajdach interesujące dane. Suche dane, z którymi trudno jest polemizować, bo z faktami polemizuje tylko idiota.

I tak w naszej kochanej gminie mamy do czynienia z depopulacją. Nie jest to zjawisko nowe, bo od 2004 r. mamy stałą tendencję spadku liczby mieszkańców naszej gminy. W 2004 r. nasza gmina liczyła 20.919 mieszkańców, by na koniec 2014 r. zamieszkiwało ją 20.554. To są właśnie te „perspektywy”, które widzi, Ta, Która Wszystko Widzi za wyjątkiem realnych problemów naszej gminy.

Ciekawe są też dane dotyczące kolejnego wskaźnika. Idzie o urodzenia. W 2014 r. odnotowano 10,9 żywych urodzeń na 1000 mieszkańców naszej gminy. W tymże samym roku wskaźnik zgonów na 1000 mieszkańców wyniósł 8,96. Przybyło nam więc więcej mieszkańców niż ich zmarło. I wszystko byłyby pięknie, gdyby nie fakt, że saldo migracji na 1000 osób wyniosło aż – 7,0. Oznacza to, że mieszkańcy naszej gminy widząc przed sobą opiewane przez kandydatkę na monarchinię tzw. „perspektywy”. Wieją z „perspektywicznej” gminy do miast i gmin, gdzie oczy ich nie będą mogły napawać się Majestatem, słyszeć boskich dźwięków wydawanych przez Słońce Góry, co kąpać się w jej łaskawym spojrzeniu. Nie wiedzą co tracą nieszczęśni!

Pomimo, iż w roku 2014 mogliśmy pochwalić się dodatnim przyrostem naturalnym, to migracja ten dobry na przyszłość wynik całkowicie zniszczyła. Na pocieszenie dodam, że w 2011 r. pozom migracji był jeszcze większy i wskaźnik wyniósł wówczas -7,4. Był to 4 rok rządów Ireny I Czernińskiej a więc czas dynamicznego rozwoju naszej gminy, czas mów i uroczystego przecinania wstęg. A migracja rosła.

Przytoczone w trakcie spotkania dane jasno dowodzą, że społeczeństwo naszej gminy gwałtownie się starzeje. W roku 2004 w gminie Góra zamieszkiwało 1686 osób, które miały 70. i więcej lat. Dziesięć lat później (2014 r) było ich już 1838.

Gwałtownie skoczyła też liczba osób w przedziale wiekowym 65 do 69 lat. W roku 2004 odnotowano w tej grupie wiekowej 673 osoby, a w roku 2014 takich osób było już 1059.

Odnotować należy, że w 2004 r. w przedziale wiekowym 0 – 19 lat mieszkało w naszej gminie 5827 osób, W roku 2014 w tym przedziale wiekowym było 4465 osób, czyli o 1362 mniej. To jest prawdziwa miara dramatu jaki przeżywa nasza gmina.

Fachowcy wielokrotnie podczas swoich wystąpień podkreślali, że kluczowym wnioskiem w sferze społecznej jest niekorzystna struktura wiekowa mieszkańców naszej gminy. W naszej gminie kurczy się liczba osób w wieku produkcyjnym (2014 r. – 63,2%) oraz liczba osób w wieku przedprodukcyjnym (w roku 2004 – 20,8% as w roku 2014 – 18,9%) na rzecz osób w wieku poprodukcyjnym. Odsetek ludności w naszej gminie, która osiągnęła wiek poprodukcyjny wzrósł z 14,7%w roku 2004 do 17,9% w roku 2014.

Przeraził, przynajmniej powinien, wskaźnik dotyczący sfery ubóstwa w naszej gminie. W 2010 roku z pomocy społecznej korzystało 1232 gospodarstwa domowe. W roku 2013 gospodarstw korzystających z pomocy społecznej było 1329. W roku 2014 liczba gospodarstw domowych korzystających z pomocy społecznej wyniosła 1236. Odsetek osób zmuszonych do korzystania z pomocy społecznej wyniósł w roku 2014 – 14,4%. Dla naszego powiatu był on jeszcze wyższy i wynosił w roku 2014 – 14,5%. W województwie dolnośląskim współczynnik ten wynosił w 2014 r. – 5,8% a w Polsce – 7,7%. Takie są niestety niepijarowskie suche fakty statystyczne.

Przerażające są też dane dotyczące bezrobocia. Co prawda w okresie pomiędzy grudniem roku 2010 (1904 bezrobotnych) a grudniem 2014 r. (1408 bezrobotnych) doszło do znaczącego spadku bezrobocia na terenie naszej gminy, to jednak przybywało w naszej gminie bezrobotnych, którzy nie mieli prawa do zasiłku. Na koniec 2014 r. odsetek bezrobotnych bez prawa do zasiłku wyniósł w naszej gminie 83,4%.

Niska na terenie naszej gminy jest przedsiębiorczość. Na 10 tys. mieszkańców naszej gminy przypadało w 2010 roku 851 zarejestrowanych podmiotów gospodarczych a w roku 2014 – 863. Jest to jednak mniej niż w roku 2013, gdy na 10 tys. mieszkańców naszej gminy przypadały 872 podmioty gospodarcze.

Zresztą, przedsiębiorczość nie jest silną cechą mieszkańców naszej gminy. Na 100 osób w wieku produkcyjnym tylko 9,0 osób prowadzi taką działalność. Statystyczna średnia dla naszego kraju wynosi 12,2, województwa dolnośląskiego 12,7.

Specjaliści przyglądnęli się też terenom zielonym. Na koniec 2014 r. udział terenów zielonych w naszej gminie w stosunku do ogółu powierzchni gminy wyniósł 0,1%. W naszej gminie największy udział w terenach zielonych mają cmentarze (14,7 ha), zieleń osiedlowa (12,6 ha), parki (7,3 ha), zieleńce (2 ha). Fakt. Mało tej zieleni na głowę mieszkańca gminy. Jeden mój znajomy stwierdził, że za to mamy rekordową ilość zielonych radnych. I toksycznych – dodał. Spytałem go o źródło takich informacji i usłyszałem, że pewne i sprawdzone wieści na ten temat ma nieznany mi bliżej Poliszynel. Z ubolewaniem stwierdziłem, że nie znam.

C.d.n. 

środa, 16 marca 2016

Majestat zaprasza

UMiG w Górze rozesłał zaproszenia na pewne spotkanie. Dotyczyć ma ono : „Opracowania Gminnego Programu Rewitalizacji na lata 2015 – 2020”. W zaproszeniu, które osobiście podpisała w akcie niezwykłej łaskawości nasza uwielbiana powszechnie kandydatka na carową naszej gminy, wyrażona  i wyłożona jest dobitnie taka oto myśl: „Pragniemy, (znaczy Majestat pragnie – przyp. moje) aby w procesie tym wzięli udział reprezentanci wszystkich aktywnych na terenie gminy środowisk”. Spotkanie odbyć się ma 18 marca  2016 r., o godz. 830 w sali nr 1 (parter budynku starostwa powiatowego).

Osobiście zgodnie z prawdą ja za takowego zaproszenia nie otrzymałem, gdyż Majestat w swojej nieskończonej łaskawości na pstrej chabecie kłusującej, uznał, iż aktyny nie jestem. Pies Majestatowi buźkę lizał. Nie to nie. I tak przyjdę, bo taka ma wola.

Interesujące jest to, że informacji o spotkaniu Niue znajdziecie Państwo na tablicy informacyjnej w rynku, ani też na tablicy ogłoszeń UMiG w tymże miejscu.

Najwyraźniej ukochana przez wszystkich kandydatka na carycę gminy Góra – Irena I Czernińska, wyszła z założenia, iż nie cały gmin zasługuje na to, by poznać założenia programu rewitalizacji. Gmin nie ma tu nic do gadania, gmin będzie mieszkał tak, jak zadecyduje Majestat oraz ci, których tenże Majestat uznał za godnych zaproszenia.


Tu uwaga: w wyborach do samorządu, które odbędą się w 2018 może wziąć udział pominięty w zaproszeniu gmin. Dobrze byłoby, by dzisiaj lekceważony gmin zagłosował wówczas na Majestat.