środa, 4 stycznia 2017

Warto być przyzwoitym

Mój kontrkandydat Kamil Kutny żali się, łka i kwili niczym dziecię na moim facebookowym fanpage, gdzie w przypływie niesamowitej łaski i miłosierdzia pozwoliłem jego umysłowi wrzucać przeróżnego rodzaju twory jego dość żałosnej wyobraźni.

Wykorzystując moje miłosierdzie i mój profil zamieścił tam jakieś dziwne "Oświadczenie", którego sensu pojąć nie mogę. On proszę Państwa biadoli - niczym dziewica po utracie cnoty - że rzekomo stał się moją ofiarą, chociaż ja do jego ciała ani rąk, ani innych członków nie zbliżałem. Z tego jego chaosu myślowego zrozumiałem tyle, że głównie chodzi mu o to, że w ogóle o nim piszę. Kolejną miernotę przenoszę w ten sposób do historii. A ta nie dość, że nie jest mi za to wdzięczna to jeszcze smarkami i łzami mój prześliczny profil nawilża.

Ciekawy jest ten wątek, gdzie mój drobny kontrkandydat o garbatym i haczykowatym nosie (garbaty nos jest prawdą materialną, której nikt nie podważy, chyba że skalpel wielce szanownego radnego Zygmunta Icieka, który specjalizuje się w ginekologii oraz pobocznie w medycynie estetycznej warg sromowych) przypomina mi o fakcie (prawdziwym) zatrzymania mnie przez policję celem dostarczenia mnie na salę sądową w Głogowie.

Otóż, by być przyzwoitym, to należy przypomnieć całą historię, którą opisałem 5 lutego 2015 roku w artykule zatytułowanym "Świadek na siłę" (link). 

Po upływie czasu sądzę, że stałem się ofiarą pani radcy prawnej Jolanty Samsel-Hryń, która zapragnęła na chama, wbrew mojemu sumieniu i niezgodnie ze stanem mojej wiedzy, wplątać mnie w historię, by zaszkodzić ludziom, o których istnieniu nie miałem zielonego pojęcia, tak jak do dzisiaj nie mam pojęcia, że taki ktoś jak mój kontrkandydat może być inteligentnym magistrem.

Proszę zauważyć, że sposób formułowania przez niego zdań, w których brak jest jakichkolwiek myśli, przypomina budowę cepa - narzędzia technologicznie zaawansowanego. To już nie moja wina, że ukształtowany jest on na kształt rolniczy (rolnik szuka żony).

Dziwię się kontrkandydatowi, że wyciąga cuchnącą, lecz nie dla mnie, sprawę w której to efekcie ja stałem się ofiarą. To nie podatnicy powinni zapłacić za moje przewiezienie do sądu, ale tzw. radczyni prawna Jolanta Samsel-Hryń, która myśląc durnie sądziła, że będę łatwym łupem jej manipulacji i pogrążę Bogu ducha winnych ludzi. 

I tu prosiłbym pana Kamila Kutnego, by pouczył źródło prawniczej wiedzy, że: warto być przyzwoitym. W mojej ocenie przyzwoicie to zachowałem się ja, a podle tzw. pani mecenas. 

Jeżeli chodzi o moich przyjaciół z rynku, których wypomina mi pan Kutny, to we wspomnianym wyżej kontekście wolę ich towarzystwo niż pańskie i pani tzw. mecenas, gdyż są szczerzy do bólu, serdeczni i nie są zakłamani do szpiku kości. Także patrząc ogólnie na jednego mojego kolegę z rynku przypada jedna tzw. pani mecenas i 1,5 magistra takiego jak pan. Tylko niech pan pamięta, że Jan Paweł II i papież Franciszek nie dzielą ludzi na tych, którzy stoją w rynku, leżą na ławce, są ubodzy i głodni, zmarznięci i chorzy (bo władza ma ich w dupie), ale uważają, że wszystkie istoty na świecie są sobie równe. A pan jest przykładem kołtuna katolickiego, który sądzi, że z dorobku Jana Pawła II i papieża Franciszka można brać tylko te wisienki, które panu smakują.  Warto przyzwoicie podchodzić do tych słów.

Zauważyłem, że w pana pobliżu pląta się taki blondyn o lekko świńskich oczach. Gdyby był pod pana ręką (i pod niczym więcej!) to niech mu pan przypomni, że jeszcze wisi mi kasę za wypracowania, które pisałem mu do ogólniaka. Ponadto proszę mu przypomnieć, że niegdyś wyciągnąłem go z sześciu luf w pierwszym semestrze. I przypomnieć mu również, że nie jest tak inteligentny jak sądzi, bo jak zauważyłem jego rozwój intelektualny zatrzymał się jeszcze w czasach gimnazjum.

Jeżeli chodzi o moje miejsce zamieszkania, które tak interesuje pana Kamila Kutnego, to stwierdzić muszę, że mieszkam tam, gdzie mam zapewnioną całodobową opiekę i nadzór. Pan Kamil Kutny doskonale wie, że ciężko chorowałem, chociaż taki jeden otyły i zapasiony blondyn o nieco świńskich oczach stwierdził podczas mojej choroby, że moje miejsce jest na cmentarzu komunalnym.


Mieszkam tam, gdzie mam zapewnione bezpieczeństwo, gdzie nikt nie wybija mi szyb wracając z baru przy ulicy Dworcowej, nikt po 10 razy w nocy nie dzwoni domofonem i nie ustawia palących się zniczy pod moim wejściem. Pan Kutny wie o czym mówię. Czy ja się mylę panie Kutny? 

Z drugiej strony dziwię się, że tak wybitnemu magistrowi, specjaliście od historii nie udaje się zdobyć pracy w miejscowej oświacie, tylko musi dojeżdżać około 40 km do Bukówca Górnego. Z drugiej strony się nie dziwię, bo moi liczni przyjaciele będący nauczycielami, jakoś nie wyobrażają sobie jego obecności w pokoju nauczycielskim i mówią, że: "Kutny?! Dziękujemy, obejdziemy się bez.". 

Także jak Państwo widzicie warto jest być przyzwoitym i przyzwoicie odpowiedzieć niewydarzonemu magistrowi. Nawiasem mówiąc ciekaw jestem o co to pan Kutny podał mnie do sądu? Gdyby pan Kutny był tak łaskawy i oświecił nas, bo warto być przyzwoitym i na swoim blogu opublikował skan "aktu oskarżenia", to wszyscy byśmy byli mu zapewne wdzięczni.

O Jezu! Zapomniałem, że pan Kutny zlikwidował swojego anonimowego bloga (jaki bohater bez imienia i nazwiska!), gdy nałgał niczym pies na temat autorstwa pewnego posta umieszczonego na moim blogu. Już wtedy okazał się instynktem samozachowawczym, który stracił wypisując brednie. Tekst pod tytułem "Kucie pały" dostępny jest tutaj.

Kończąc polemikę (ha ha ha!) z niedoważonym magistrem, który bezpodstawnie uwierzył w swoją wielkość i inteligencję stwierdzić należy, iż jedynymi cechami predysponującymi go do pełnienia funkcji radnego jest wydatny kinol mogący pomóc mu w zdobyciu pracy w jednej z placówek edukacyjnych na terenie naszej gminy. O ile wiem chwilowo etaty woźnych są niestety zajęte. A ja - jak wiecie Drodzy Wyborcy - roboty od gminy nie oczekuję, ale to gmina oczekuje ode mnie, że jak zostanę radnym to przyglądnę się temu i owemu, czemu nikt się dotąd nie odważył przyjrzeć z bliska. Pani burmistrz na mnie liczy. 

P.S. A tu pokazuję Państwu udokumentowane maile od pana Kamila Kutnego, który w chwilach trudnych zwracał się do mnie z prośbą o pomoc.

Rok temu pan magister przesłał mi swoją pracę magisterską z licznymi błędami ortograficznymi. Nie dało się czytać.


Tu pan magister Kamil Kutny przesłał mi garść donosów na lokalne środowisko PSL. 
Wyborcy to lud. 

Zostało umieszczone, bo miałem nadzieję, że któraś metalowa kulka trafi go w głowę i niedoszły magister dojdzie do siebie. Niestety. Nie doszedł!


wtorek, 3 stycznia 2017

Magisterska tandeta

Będąc dzisiaj u lekarza na ulicy Świętosławy w Górze, w znakomitej przychodni "Pharma-Medica", dostrzegłem ogromne poruszenie wśród dzieci zamieszkujących tamten rejon. Dzieci wybiegały z wyraźnym przestrachem oczach z klatek schodowych i z wielką bojaźnią oglądały się za siebie. Niektóre z nich sięgały po telefony i zlęknionym głosem informowały, że boją się wejść do klatki schodowej, bo "coś" tam straszy.

Zaintrygowany zaglądnąłem do klatki schodowej i zobaczyłem, że na drzwiach wewnętrznych przy domofonie, znajduje się jakaś płachta, która z daleka mogła przypominać znane Państwu znaki występujące na transformatorach wysokiego napięcia. Przynajmniej mi się tak na pierwszy rzut oka wydawało, ponieważ wzrok mam słaby, a i oświetlenie wejścia do klatki schodowej słabe jest niczym moi kontrkandydaci w niedzielnych wyborach.

Przyzwyczaiwszy wzrok do zmroku dostrzegłem, że wewnętrzne drzwi doinwestowane zostały plakatem wyborczym mojego szanownego kontrkandydata, który od jakiś trzech lat się już goli, a od kilkunastu lat nie czuć od niego pieluszki i pudru.



Drzwi ubogacone zostały przez mojego kontrkandydata Kamila Kutnego, którego wizerunek zdobiący plakat słusznie mógł w dzieciach budzić sporą dozę przerażenia, gdyż jego wygląd na zdjęciu jest nieco demoniczny. Mi osobiście jego podobizna przypomina początkującego przedsiębiorcę pogrzebowego.

Przyjrzałem się krzywo zadrukowanej kartce (co krzywe się rodzi, krzywe pozostanie!) i opierając się na wystającym z plakatu nieco garbatym nosie (chyba wydrukowany w technice 3D), przeczytałem iż mój szanowny kontrkandydat uważa, że: "Warto być przyzwoitym". Ja uważam, że z przyzwoitością obnosić się nie należy, bo przyzwoitość to cecha wrodzona ludzi przyzwoitych, a czym bardziej dany człowiek czuje, że nie jest przyzwoity, tym bardziej zapewnia o tym, że jest przyzwoity. Ale to uwaga na marginesie i w żadnym stopniu nie odnosząca się do osoby kontrkandydata.



Wpatrując się dłużej w plakat, który w mojej opinii charakteryzował się garbatym i haczykowatym nosem, zauważyłem kolejny napis: "Wybory Uzupełniające do Rady Miejskiej Góry". W tym miejscu ogarnął mnie wewnętrzny chłód, gdyż w napisie tym jest wulgarny i bezczelny błąd ortograficzny. Moje wzburzenie potęgował fakt, iż mój kontrkandydat jest magistrem, więc teoretycznie powinien posiadać wyższe wykształcenie. Wkurzył mnie też fakt, że Pan kandydat - magister uczy dzieci a nie wie, że przymiotnik "uzupełniający" piszemy z małej litery, pod warunkiem, że przymiotnik ów nie rozpoczyna zdania.

Jak widać więc, nasz kochany magister, musi starać się być nie tylko przyzwoitym, ale także bardziej wykształconym w języku ojczystym, bo polskie dzieci uczy! Dlatego proponuję magistrowi (?) by zamiast uzupełniać skład Rady Miejskiej uzupełnił rażące luki w znajomości ortografii ojczystej, bo polskie dzieci uczy! Będzie to z korzyścią dla dzieci, magistra i gminy Góra. Po ewentualnym opanowaniu ortografii polskiej pan magister będzie mógł ubiegać się o mandat radnego, gdyż będzie wtedy przyzwoitym nauczycielem, który polskie dzieci uczy.

Intryguje mnie tylko takie zagadnienie. Czy pan magister i nauczyciel zamierza osobiście posprzątać swoje krzywo wydrukowane plakaty wyborcze (na krzywy ryj?) po wyborach? Mieszkańcy TBS ciężko pracują na opłacenie swojego lokum, a część opłaty za najem przeznaczana jest na utrzymanie czystości na klatach schodowych. Wszystkie szyby będzie trzeba wymyć przy pomocy jakiegoś środka chemicznego, bo klej na taśmie, za pomocą której umocowano te przezabawne plakaty z nosem wydrukowanym w technice 3D, błędem ortograficznym, na lichej jakości papierze, tak łatwo nie zejdzie.

Idąc śladem wyborczego hasła "warto być przyzwoitym" byłoby ze strony pana magistra czymś przyzwoitym własnoręczne usunięcie plakatów, wymycie szyb i to już w niedziele wieczorem. Chodzi tu o dobro dzieci, którym nie należy pokazywać takiej tandety. Niech biorą przykład z najlepszych, bo jak widać z naszego magistra nie warto.

Sabotaż!

Na pewnej wiosennej sesji naszej Rady Miejskiej, radny Wacław Grzebieluch, zadał naszej Przeukochanej Pani burmistrz pytanie dotyczące parku, który górowianom znany jest pod historyczną nazwą „amfiteatru”. Radnemu Wacławowi Grzebieluchowi chodziło o to, że i owszem coś tam w parku się dzieje, ze zrobiono 2 sztuki nowych schodów, ale do schodów tych nie dołączono poręczy.

Wiadomo, że jak człowiek młody i zdrowy, to skacze niczym górska kozica i żadne barierki do tego mu są niepotrzebne. Ale nadciąga starość i rączość kozicy zanika. A jeszcze choroba jak dojdzie, to stuk – puk, stuk – puk, lewa noga a za minutę prawa do niej dołącza i jakoś tak człowiek czuje się jak pół – żółw.

A radny Wacław Grzebieluch zna się na chorobach i urazach, jak rzadko kto. Wiadomo! Lekarz – legenda, co to nie jeden łeb pofastrygował (nawet pusty i głupi), niejeden uraz wyleczył a złożone kończyny dolne i górne w tysiące liczyć może. A o prozaicznych wyrostkach robaczkowych nie wspomnę.

I nasz drogi doktor grzecznie spytał się naszej miłościwie nam panującej Pani, którą lud nasz kocha i wielbi dniami i nocami, o owe barierki, których brak było przy całkiem nowych schodach, dość kunsztownie wykonanych. Nasz uwielbiany doktor, żywa legenda górowskiej medycyny, zatroskany losem ludzi starszych, dopytywał się u Gminnej Władzy Najwyższej o możliwość zamontowania takich poręczy, by ludziom starszym i niesprawnym chodzenie przez park ułatwić a i nie narażać ich na urazy mniej lub bardziej dotkliwe, bo do najbliższego szpitala mamy tak daleko, jak do rozumu ci, którzy go „sprzedali”.

Nasza Gwiazda Gwiazd, moje Natchnienie, nasza wspólna 10 Muza, zapewniła naszego zacnego i powszechnie szanowanego doktora, że takie poręcze będą. A wiadomo powszechnie, że jak Najłaskawsza z Najłaskawszych, Kwiat Kwiatów, Róża Róż, coś obieca, to choćby kamień miał beczeć, to tak się stanie!


Ale najwyraźniej coś się zacięło w sprawnie działającej maszynerii naszego Uwielbianego Majestatu. Do dnia dzisiejszego poręczy przy schodach nie ma! A obietnica padła! I to publicznie. Znając niespełnioną miłość mego życie wiem, że to wroga robota ludzi dążących do kompromitacji Pierwszej Damy Gminy. Pani nasza, uosobienie cnót wszelakich nigdy nie łamie danego słowa! 

Dlatego apeluję do Serca Serc, by wykrył podstępnego sabotażystę, który na szwank naraził jej nieskazitelność, słowność i troskę o ludzi starszych i przykładnie ukarał. Sądzę, że karą adekwatną do przewiny sabotażysty będzie skazanie na trwałe towarzystwo Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu i jego zastępcy w nieudolności niejakiego „Misia”. Niech podstępny sabotażysta umiera z nudów!

Jakie to proste!

Ludzie, trzymajcie mnie w trzech przynajmniej, bo jeden nie da rady! Nasza Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu, tzw. „starosta” (Boże, miej nas w opiece!), raczył podzielić się swoimi wynurzeniami i zapowiedział, że być może w naszym mieście powiatowym, które dzięki jego i innych nieudaczników staraniem staje się wsią o randze powiatowej, może odrodzić się szpital.

I ludzie mnie spotykają i pytają czy prawdą jest owa wiadomość, że nasz szpital niczym mityczny Feniks z popiołów powstanie? A mnie zatyka ze złości krtań, że moi ukochani górowianie jeszcze dają wiarę niedorzecznością i absurdom wygadywanym przez owego pana, który tak walnie przyczynił się do tzw. „sprzedaży” szpitala.

Co prawda w komentarzach pod artykułem na portalu „Elki”, w którym snuje swoje fantasmagorie ów najgorszy w dziejach powiatu starosta, nie ma dla jego pokracznych i pachnących na odległość menelizmem intelektualnym tzw. „myśli”, żadnej litości, ale trochę osób dało się zwieść i w sercach ich zakiełkowała nadzieja. I ja ich rozumiem. Tylko nie rozumiem, jak można uwierzyć człowiekowi, którego decyzja doprowadziła do zniknięcia naszego szpitala w to, że ten szpital się cudem odrodzi. Obrazowo mówiąc tzw. „starosta” rzuca tonącemu deskę, która ma rzekomo ocalić mu życie. Problem polega tylko na tym, że jest to deska ołowiana.

Bzdury plecie po prostu ów dziwny człowiek. I to dodatkowo człowiek, którego fatalna działalność przyczyniła się walnie do bezpowrotnego zaprzepaszczenia dorobku wielu pokoleń górowian, rozgonienia na „cztery wiatry” wysoko kwalifikowanego personelu szpitala. I ten człowiek, który tak beztrosko oddał szpital wrocławskiej „bandzie czworga” ma jeszcze czelność składać niejasne obietnice. Zapomniał nawet przeprosić górowian za szpital! Ma „honor” i „cywilną odwagę”! Nieudacznik w ząbek szarpany!

A teraz słów kilka o budżecie powiatu. Założono w nim, że do kasy powiatu ma wpłynąć 3.750 tys. zł. z tytułu sprzedaży szpitala. Podobno syndycy mają nam to zapewnić. Podobno starosta ma bujną czuprynę. Oczywiście wpisanie tej kwoty do budżetu jest prostym i wulgarnym gwałtem popełnionym na zdrowym rozsądku i księgowości, który ma od tego dziwnego człowieka oddalić na czas jakiś widmo w pełni zasłużonego bezrobocia.

Dziwi jedna fakt, że ów dziwny człowiek nie dopisał do kwoty 3.750 ty. zł. jeszcze 4 milionów należnych powiatowi z tytułu kar za zamknięcie 4 oddziałów naszego niegdyś szpitala. To jak to jest? W tej dziwnej „umowie – sprzedaży” zapisano kary a teraz ich się nie egzekwuje?! Toż tam podpisy tzw. „starosty” i „wicestarosty” („Misia” dla przyjaciół) widnieją, że tak się stanie i nic?! To wasze podpisy nic już nie znaczą?! Nawet dla was samych?! Oszukali nas! – powiedzą. Przez własną głupotę i rażącą niekompetencję, zadufanie w swoje mityczne umiejętności, wiarę w cud, który sprawić miał PCZ, niechęć do słuchania ludzi przerastających was o niebo inteligencją, wiedzą, doświadczeniem, stracili górowianie szpital.

Pozostawmy na boku przygłupawe wywody owego dziwnego człowieka, którego nazwiska tu wspominał nie będę, gdyż na to nie zasługuje. Byłby to zbyt wielki dla niego zaszczyt. Chociaż muszę Państwu powiedzieć, że ów człowiek nazwał mnie ostatnio „menelem”. I ja się na niego za to nie obraziłem! Bo wyraz „menel” mnie nie obraża. Mogę ja sobie dla niego być „menelem”, bylebym nie był menelem intelektualnym z Platformy, rzekomo Obywatelskiej.

Jest jednak sposób na unieważnienie aktu notarialnego dotyczącego tzw. „sprzedaży” szpitala. Prawo powiada, że oświadczenie woli składane przez osobę, która z jakichkolwiek powodów znajdowała się w stanie wyłączającym świadome albo swobodne powzięcie decyzji i wyrażenie woli jest nieważne. Ustawodawca miał tu na myśli w szczególności choroby psychiczne, niedorozwój umysłowy albo inne – choćby przemijające – zaburzenia czynności psychicznych.

Myśl ta nasunęła mi się pod wpływem analizy wypowiedzi szeregu mieszkańców naszego miasta, którzy – po naświetleniu zapisów umowy – najczęściej chwytali się za głowę i krzyczeli: „zwariowali!?”, „durnie!”, „to kretyni!”, „wariaci!”. O domniemanym „łapówkarstwie” i „złodziejstwie” nie wspominam, bo nie są to choroby ciała, ale przywary umysłu często towarzyszące politykom, którymi przecież nie są nasi „oni”. No chyba, że z Koziej Wólki.

Ja tam nie wiem, jak było z obu panami w chwili parafowania przez nich tej niekorzystanej dla powiatu i szkodliwej dla jej mieszkańców umowy. To mogą orzec tylko specjaliści. Ale warto spróbować tej drogi, bo to chyba trakt najprostszy.


Może w końcu „oni” zrobią coś pożytecznego dla naszej małej Ojczyzny. A wstyd też będzie mniejszy niż wieczna niesława i pogarda z tytułu pozbawienia 35 tys. mieszkańców powiatu opieki zdrowotnej, na straży której powiat ma stać.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

"Leśna gospodarka"

Od Czytelnika, któremu dziękuję, otrzymałem garstkę zdjęć wykonanych przez niego podczas wczorajszego spaceru po naszym podmiejskim lesie. Widok tych zdjęć nie buduje. Są na świecie palanty, dla których las kojarzy się z kontenerem na śmieci. Szkoda tylko, ze ich rodzice, w odpowiednim do tego czasie, w kontenerze ich nie porzucili, albo „gumki” nie użyli.

Cóż tu rzec?! Oprócz tego, że mamy idiotów na stanie, to jeszcze „olewajstwo” Nadleśnictwa Góra Sł., widać jak na dłoni otwartą na tzw. „wziątkę”. Bo śmieci te nie są z wczoraj, ani z przed tygodnia, ale leżą sobie od dobrych 2 miesięcy. A Nadleśnictwu i Nadleśniczemu to najwyraźniej leży i powiewa. Nadleśniczy mieszka w Załęczu i po czarownej godzinie 15 zrywa się do domku. W czterech literkach ma podległy mu las. I niech mi nikt nie mówi, że jest inaczej, bo która to już moja blogowa interwencja w sprawie lasów Nadleśnictwa Góra Śl? O telefonicznych rozmowach nie wspomnę przez wrodzoną dla siebie skromność.

A w mojej ocenie procesy gnilne w naszym Nadleśnictwie są daleko posunięte. Za daleko! Czyżby pan Nadleśniczy niczym borsuk w sadełko urzędnicze porósł?! Proste pilnowanie fotela mu wystarcza oraz branie niewygórowanej pensji w kwocie ok. 200 tys. zł rocznie? Czy lud prosty ma mówić, że pan Nadleśniczy nic nie robi, tylko w stołek pierdzi?!

Ja wiem, że własne pierdlinki pachną przewybornie ich twórcom. Ale ja osobiście nimi się nie zachwycam, tak jak nie zachwycam się notorycznym brakiem nadzoru ze strony pana Nadleśniczego nad – najwyraźniej nieopatrznie i na wyrost – powierzonym mu lasom. Za dużo panie Nadleśniczy tych moich interwencji. Stanowczo za dużo! A co za dużo, to wiadomo, nawet … nie zeżre. A ja mam to łykać?!


Może panu znudziło się piastowanie funkcji Nadleśniczego? To może weź pan i do RDLP w Poznaniu napisz pismo z prośbą o uwolnienie od funkcji, która pana przerasta? Jakby pan miał obawy, że temu pismu mogą odmówić, to ja panu – całkowicie społecznie! – napiszę takie, że przejdzie pan i pismo do historii, i to całych Lasów Państwowych. I staniesz pan się nieśmiertelny! Wiadomo, że lubię ludziom całkowicie bezinteresownie nieść pociechę i pomoc serdeczną w chwilach dla niech trudnych, gdy grozi im spoczęcie na śmietnisku historii, w kwaterze nazwanej „Nieudacznicy”.





A niebiosa się chmurzą na taką "leśną gospodarkę"

"Parkoskwer"?

Odbywając sylwestrowy obchód mojego miasta, ze szczególnym uwzględnieniem Placu B. Chrobrego, gdzie spędziłem większość swojego przepięknego dzieciństwa, zauważyłem taką oto tablicę, której fotografię widzicie Państwo poniżej.

 Raz „skwer” a raz „park”. Co to jest? „Parkoskwer” jakiś? Na mil wiele zapachniało mi to urzędniczym potworkiem językowym. Bo od dzieciństwa pamiętam, że nikt nigdy z mieszkańców Pl. B. Chrobrego nie mówił o tym miejscu inaczej niż „plac”.

U dołu tablicy ujrzałem informację, że źródeł tej sprzeczności logiczna, bo coś raz nazwane „skwerem” nie może niżej być już „parkiem”. Jako człowiek dociekliwy postanowiłem dociec czy rzeczony „skwer” jest tożsamy z pojęciem „park”.

Zajrzałem do Polskiej Klasyfikacji Obiektów Budowlanych i przeczytałem, że parki i skwery zapisane są osobno i nie są to pojęci a tożsame. I tak „park” to teren rekreacyjny, gdzie występuje duża ilość flory i często jest on zadrzewiony. Dodatkowo w miastach ma on charakter dużego, swobodnie ukształtowanego ogrodu z alejami spacerowymi. W przypadku „skweru” mamy najczęściej do czynienia z terenem zielonym, zielonymi trawnikami, klombami, krzewami i drzewami. Mogą się tam znajdować fontanny, ławki oraz inny sprzęt rekreacyjny.

Jak więc Państwo widzą „park” i „skwer” to kompletnie dwie różne rzeczy. I w tym momencie w każdym otwartym umyśle (byle nie na przestrzał), musi zakiełkować myśl taka: co to za pasztet? Czemu to ma służyć? Dziwne jest to, że „skwer” awansuje nagle do rangi „parku”, chociaż ma to tyle do siebie, co rozum pajaców – w mojej ocenie – darowujących nasz szpital wrocławskiej „bandzie czworga”.

Sądzę, że kluczem do wyjaśnienia tego dziwoląga prawnego jest punkt mówiący o przebywaniu na terenie skweru/parku osób nietrzeźwych. W ustawie o wychowaniu w trzeźwości, w art. 14.1, p.
2a znajduje się taki zapis: „Zabranie się spożywania napojów alkoholowych na ulicach, placach i w parkach, z wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punktach sprzedaży tych napojów.” Ustawa więc nie wymienia „skwerów”, jako miejsc, w których spożywanie jest niedozwolone. A gminy są zobligowane wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego do przestrzegania zasady wynikającej z zasad obowiązujących w demokratycznym państwie prawa, która to zasada nakazuje literalne stosowanie przepisów prawa, gdy owe przepisy niosą z sobą groźbę penalizacji (np. mandatu) a nie przepisów tego prawa dowolne rozciąganie w sposób wygodny dla uchwałodawcy, w tym przypadku Rady Miejskiej Góry.

Innymi słowy pojęcie „skwer” w ustawie o wychowaniu w trzeźwości nie występuje a więc spożywać alkohol w tym miejscu można. I to jest jasne niczym grom z jasnego nieba, bo Rada Gminy nie może poszerzyć swojej uchwały o zapis dotyczący „skweru”, gdyż „za wysokie progi na tak niskie nogi”.


Idzie mi tu jednak nie o picie, ale o bzdurny zapis o przebywaniu na skwerze/parku osób nietrzeźwych jest z najdurniejszego pomysłu rodem! Ustawa o wychowaniu w trzeźwości nic o tym nie mówi! Więc skąd się to wzięło?! Najczęściej z głupoty podpierającej się niewiedzą, którym towarzyszą pycha i samouwielbienie dla własnych, wydumanych rzekomych umiejętności i urojonych kompetencji.