piątek, 16 lutego 2018

Prostowanie "szoku"

Komentarz w „elce” pod informacją dotyczącą kończącego się remontu żłobka i klubu Malucha:
cena za miejsce w zlobku ?.Tanie wyniesie dojazd do Leszna i pobyt malucha w zlobku oczywiscie w Lesznie.Podajcie cene gorowska –szok

Pobyt dziecka w żłobku i Klubie Malucha: 1zł za 1 godzinę. Do tego należy doliczyć koszty posiłków, które w tej chwili szacowane są na 12 zł dziennie. Wysokość opłaty za wyżywienie ma wynosić maksymalnie 12 zł. Ta sprawa nie jest jeszcze przesądzona, gdyż dyrekcja żłobka i klubu Malucha skierowała zapytanie ofertowe na catering. Cena za posiłek może być niższa, ale nie może być wyższa, bo tak zadecydowała Rada Miejska. Dodać trzeba, że dzieci będą posilały się 4 razy dziennie: pierwsze i drugie śniadanie, dwudaniowy obiad, podwieczorek.

Cena 1 zł za godzinę obowiązuje w przypadku pozostawania dziecka przez 10 godzin. Jeżeli rodzice dziecka będą chcieli, by ich pociecha przebywała w żłobku powyżej dziesięciu godzin, to wówczas opłata za pobyt wyniesie 40 zł za każdą kolejną godzinę.

Maksymalnie do żłobka może uczęszczać 90 dzieci. W tej chwili złożono 71 deklaracji. Tak więc są jeszcze wolne miejsca. Trzeba pamiętać o tym, że do żłobka mogą uczęszczać maluchy w wieku od 20 tygodnia życia do 1 roku. Z punktu widzenia przepisów do żłobka lub Klubu Malucha mogą uczęszczać również dzieci w wieku o 1 r.ż. do lat 3. To do rodziców należy wybór. Najczęściej rodzicom jest to całkowicie obojętne i decyzję w tym zakresie powierzają kierownictwu placówki. W chwili obecnej do żłobka zapisanych jest 6 maluchów w wieku od 2 tygodnia do 1 r.z.

Co do stawki za 1 godzinę pobytu w placówce, to należą one do jednych z najniższych w regionie. Są stawki w wysokości 1,50 zł za godzinę, 1,60 zł za godzinę. Przypominam raz jeszcze, podana kwota za wyżywienie nie jest ostateczna. Jest to tylko górna granica stawki. Jej wysokość zostanie ustalona po wyborze dostawcy cateringu. Zaznaczyć przy tym trzeba, że w kwestii cateringu nie idzie tylko o cenę posiłku, ale o spełnienia wielu wymagań dotyczących kaloryczności posiłków, ich zróżnicowania. W końcu to będą spożywały małe dzieci.


I tak to u nas właśnie się dzieje. Jeszcze nic nie jest ostatecznie rozstrzygnięte już osoby niedoinformowane informują o swoim „szoku”. Ja też jestem w autentycznym szoku, że można publicznie popisywać się niekompetencją!

środa, 14 lutego 2018

Bożnica


Długo poszukiwałem tego zdjęcia. Kolega radny Tadeusz Biernacki, wczoraj udostępnił mi je, ku mojej niewymownej radości. Lojalnie również mnie poinformował, że zdjęcie to znalazł na stronie mieszkańca Góry – Zbigniewa Skibińskiego. Zdjęcie przedstawia synagogę w Górze. Znajdowała się ona przy ul. Altguhrauer (Starogórska).  Dokładnie: gdy skręcimy z ul. Kościuszki (idąc od Targu Miejskiego) w stronę Starej Góry, to za wysokim budynkiem (tuż przy skrzyżowaniu Kościuszki i Starogórskiej), po lewej stronie, znajduje się dom jednorodzinny, który powstał w latach 70 – ych XX w. 

Wcześniej, w II połowie XIX w., tutejsza gmina żydowska wzniosła tam synagogę. W tym czasie nasze miasto zamieszkiwała grupa Żydów (1871 r. – 106; 1880 r. – 98). Synagoga została podpalona w tzw. „Noc kryształową” (Kristallnacht) z 9/10 listopada 1938 r. Spalone ruiny zostały później rozebrane.

Taki sam los spotkał w tym czasie cmentarz żydowski (kirkut) przy ul Lipowej. On również został w „Noc kryształową” zdewastowany. Działka przeszła na własność gestapo a w 1943 r, została sprzedana. Proce dewastacji tego miejsca trwał również po 1945 r. Obecnie znajduje się tam tablica, która upamiętnia to miejsce.


Kilka lat temu, gdy przeprowadzano tam roboty ziemne związane z rozbudową sąsiedniego domku, wyraźnie było widać zarysy fundamentów po tej budowli. Niestety, nikt nie zadbał o to, by je zbadać. A szkoda, bo podobna sytuacja może już nie mieć nigdy miejsca. 

Zapomniany reportaż IV

W poniedziałek wieczorem Jan Minta Wyjaśnił mi, że jednak Fafik bywa zawsze otwarty, a w Domu Kultury – na ograniczonej przestrzeni życiowej, w niewielu niestety pomieszczeniach – wre zwykła działalność kulturalna.
Jan Minta – w latach 1954 – 1976 był kierownikiem Domu Kultury.
Tak tylko akurat trafiłem.
PSS, właściciel Fafika zamknął nieoczekiwanie lokal na dwa dni (co się normalnie nie zdarza) i trzeba było nawet odwołać zapowiedziane niedzielne spotkanie literackie. Wspólny klub Domu Kultury i ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej) ma bowiem od pewnego czasu, swoją siedzibę w Fafiku. Kawiarnia leży w centrum Góry a nie poza murami, jak Dom Kultury, gdzie trzeba iść koło trupiarni. Fafik jest też pięknie wyposażony, na co stać PSS a nie PDK (Powiatowy Dom Kultury). Więc w każdą niedzielę po południu odbywają się w Fafiku spotkania, że zaś miejsc nie ma tam zbyt wiele – ludzie zajmują stoliki już na kilka godzin przed imprezą.

Jan Minta jest okazem – jak na stosunki panujące w administracji kulturalnej. Od czterdziestu lat pełni funkcję kierownika PDK w Górze! Żaden powiat województwa wrocławskiego nie może pochwalić się czymś podobnym. Może nawet żaden powiat w kraju?

Dziwny błąd autora reportażu!
Na początek – znów temat wojenny, od którego zaczyna się tu rozmowa z każdym nieco starszym człowiekiem. Nie tylko przecież tu, nie tylko w Górze… Dwudziestojednoletni Minta spędził pięć młodych lat swego życia w hitlerowskich kacetach. Nie szło na to patrzeć, nie idzie o tym myśleć – mówi Minta.

- A są ludzie, którzy już rozprawiają o trzeciej wojnie światowej. Nie zawsze banalne słowa brzmią banalnie.

- Co rok gorzej się czuję. Tamto zostawiło ślad. Wraca jak bumerang.

Jan Minta urodził się 19 V. 1917 r. w Lutowniewie k. Krotoszyna. Przed II wojną światową, w latach 1932 – 39 grał w zawodowej orkiestrze wojskowej 56 pułku piechoty w Krotoszynie. Po kampanii wrześniowej trafił do niemieckiej niewoli. Jego matka była Niemką. Władze postawiły ultimatum, albo syn podpisze Volkslistę, albo trafi do więzienia. W efekcie Jan Minta najpierw został uwięziony w klasztorze w Gostyniu a następnie w VII forcie w Poznaniu. Później był więźniem obozów koncentracyjnych Dachau i Sachsnchaussen (nr obozowy 10.694). Do Góry przybył w 1953 r. Pracował w cukrowni i tam grał na trąbce w orkiestrze przyzakładowej kierowanej przez Stanisława Szkudlarka. Nigdy nie posiadł wykształcenia muzycznego w potocznym tego słowa znaczeniu. Był samoukiem, ale w zawiłe prawidła muzyczne wprowadzał go jego starszy brat – Franciszek Minta – który w połowie lat 60 – ych był kierownikiem orkiestry dętej. Był on związany z Wrocławiem. Większość starszego pokolenia górowian kojarzy Jana Mintę  z orkiestrą dętą, której był kapelmistrzem do roku 2000. Zmarł 12.01.2002 r. W latach 50 -tych Jan Minta opracował na motywach dolnośląskiej melodii ludowej, zaczerpniętej ze śpiewnika Józefa Majchrzaka, górowski hejnał, (po raz pierwszy zagrany w trakcie Dni Góry w roku 1960).
Minta przywędrował do Góry z Poznańskiego; przedtem, zaraz po wojnie, był zawodnikiem piłkarskim we Wrocławiu. Krzepa mu przetrwała i teraz jak znalazł: Minta ma autentyczny mir u chuliganów.

Epizod z piłką nożną miał miejsce jeszcze w obozie w Sachsnchaussen, gdy Jan Minta grał w drużynie więźniów obozu przeciwko swoim prześladowcom. Wyniku meczu nie znamy, ale musiał posiadać spore umiejętności piłkarskie, gdyż po wojnie grał we wrocławskim klubie piłkarskim IKS, którego następczynią jest Ślęża Wrocław.
Lubi Górę; w ogóle ceni sobie spokój po t a m t y m. Gospodarczym systemem zbudował domek, Prezydium pomogło; Prezydium pomaga dalej: Domowi Kultury. Syn Minty chce iść po maturze na Studium Kulturalno – Oświatowe. Może wróci potem do Góry, może będzie instruktorem w PDK.

Syn Jana Minty, Aleksander, pracował w górowskim Domu Kultury. Skończył wspomniane studium we Wrocławiu a w latach 1976 86 był kierownikiem Domu Kultury.
Minta lubi swoją robotę, prowadzi zajęcia muzyczne, przekonuje żonę, że taki jest już los działacza kulturalnego: nie osiem, lecz dwanaście godzin w miejscu pracy…

Właściwie pełna nazwa tej placówki brzmi: MPDK – Międzyzakładowy Powiatowy Dom Kultury. Górowski przemysł dokłada się swymi złotówkami. Po kilkadziesiąt złotówek rocznie od jednego zatrudnionego. Ale ponieważ zatrudnionych jest w sumie nie tak wielu – Minta dysponuje stosunkowo drobną sumą na tzw. działalność, czyli to wszystko, co tworzy prawdziwe ż y c i e każdej podobnej placówki.

- Wiążemy koniec z końcem. Cudów z tego nie ma.

Były pracownik i działacz kulturalny, dyrektor Domu Kultury w latach 1992 – 2003 – Jerzy Jakuczun, wspomina, że u schyłku lat 80 –ych woził z Wrocławia instrumenty dęte z likwidowanego Teatru Żydowskiego we Wrocławiu (obecnie mieści się tam Teatr Polski), które dla górowskiej orkiestry dętej załatwił Franciszek Minta.
Mógłbym się porozwodzić: o kółku fotograficznym, o prelekcjach (ostatnio: Zagadnienia pierwszej miłości), o tych imprezach w Fafiku, zwłaszcza o kapeli: pięciosobowej, sławnej w województwie, ludowej kapeli; jej szef, kolejarz – emeryt, lat 72 – pan Wacław Olszewski dojeżdża tu z Leszna w piątek i świątek, bo nie ma Leszno takiej kapeli mazurkowo – oberkowej, i w ogóle niewiele już dziś zostało już ludowych kapel…

Ludowa kapela, która nie miała nazwy, funkcjonowała W Domu Kultury w latach 1956 – 78. Grała muzykę ludową z pogranicza Wielkopolski i Dolnego Śląska. W jej skład wchodzili: Wacław Olszewski – klarnet, Władysław Kłak – skrzypce, Eugeniusz Świątek – akordeon, Jan Kubiak – kontrabas, Tadeusz Hirsz – akordeon, Czesław Majowicz – skrzypce, klarnet, Franciszek Rabiega (Leszno) - Kapela rzeczywiście była fenomenem w ówczesnym województwie wrocławskim. Wielokrotnie grała przed mikrofonami Polskiego Radia Wrocław.

Najgorzej z tańcem, lub raczej – z chłopcami do tańca, bo dziewczęta są: akurat przychodzi jedna, w tutejszej mini – spódniczce (dłuższe to niż w Warszawie, dużo dłuższe niż w Londynie) i chce wstąpić do baletu. Minta zna dziewczynę, kiedyś już tańczyła, ale teraz musi jej odmówić: skąd ci wezmę partnera?

Bo to jest tak: owszem, w liceum i w technikum są chłopcy (chociaż i tam przewaga dziewcząt), lecz szkoły prowadzą s w o j e życie kulturalne; do PDK ciągnie młodzież pracująca, samodzielna; a w tej właśnie grupie – chłopców jak na lekarstwo. Wyjeżdżają, idą do wojska (zmora kierownika: wiosenny i jesienny pobór – tuż przed akademiami 1 Maj, Rewolucja – trzeba oddawać podkształcony w tańcu męski narybek).

Przechodzimy do sali widowiskowej. Dziś poniedziałek: kino ma przerwę, można skorzystać i odbyć próbę prawie generalną, na scenie. A jutro przyjdą towarzysze z Komitetu, z Rady, żeby ocenić czy można z tym wystąpić na 1 Maja; bo Góry nie stać na obce, drogie zespoły – Góra ma sobie radzić sama.

Więc już pan Wacław Olszewski z dwoma kapelantami rozpoczyna ludową wiązankę i w jej takt skacze po scenie pięć par (chłopak od szóstej poszedł do wojska). Przy orkiestrze stoi kilka dziewcząt: z przyśpiewkami.”

C.d.n.



Reklama z głębi serca

Podnosiła uroczystość miała miejsce w naszym mieście przy ulicy Kościuszki. Pod koniec tygodnia otwarto tam samoobsługową myjnię samochodową. Właścicielami tej łaźni dla samochodów są dwaj wybitni górowscy biznesmeni (którzy z wrodzonej sobie skromności cechującej umysły wybitne) nie chcą ujawniać swoich nazwisk. Wolą swoje artystyczne przydomki, które w pełni oddają ich nieposzlakowane niczym charaktery.

Tak więc panowie „Paździoch” oraz „Bananowy Uśmiech” wysłupali nieco grosza, by zainwestować w ten pralniczy biznes. I nie chodzi tu tylko o prozaiczną (a im obcą i głęboko wstrętną) chęć pomnażania majątku (co w naszym kraju zawsze budziło niezdrowe emocje), ale o fakt tak prozaiczny, iż posiadane przez nich drobne wypychały im niemożebnie kieszenie, co powodowało, że osobniki zgryźliwe i pragnące dogryźć im do żywego, twierdziły (całkowicie bezpodstawnie!), że mają nadwagę.

A wiadomym jest wszem, że obaj czołowi biznesmeni naszej małej ojczyzny, mają sylwetki sportowe, ponętne i mogą robić na wybiegu dla modeli, reklamując na przykład staniki (no, może się nieco w tym miejscu odrobinę zagalopowałem).

Tak więc, by ciągle nie zaszywać kieszeni, które bezlitośnie obciążały im monety, nasi godni najwyższego podziwu ludzie wielu interesów postawili to, co postawili. Trzeba przyznać obiektywnie (a to boli!), że przy okazji nieźle zagospodarowali kawał placu, który miastu do tej pory chluby raczej nie przynosił. Pozbywając się drobnych podnieśli estetykę miasta. I to trzeba docenić, cholera jasna. I ja to doceniam, bo jak nie ja, to kto? (pytanie retoryczne).

Niestety, z powodu nawału obowiązków, nie mogłem przybyć na uroczyste otwarcie samochodowej łaźni. Wiem, co straciłem i łzami się do tej pory zanoszę (a jest 23,42). Wieść gminna niesie, że tego w dniu otwarcia tego przybytku wszelkie pojazdy były myte za darmo. To, że za darmo, to nic! Ale – podobno – z natrysków lała się nie pospolita woda, ale szampan Dom Perignon. Podwozia natomiast omywane były kokosową brendy Mendis Coconut. Wyprany samochód był również woskowany. Autentycznym pszczelim woskiem, które na lakier nanosiły obudzone z tej okazji pszczoły. By zapewnić im maksymalny komfort pracy w firmie „Hugo Boss” uszyto im ciepłe wdzianka na tę niesprzyjającą porę roku.


I powtarzam raz jeszcze, że żal, ogromny żal ( jest 23, 51), mnie ogarnia, iż nie mogłem skorzystać z zaproszenia, które wystosowali do mojej ze wszech miar skromnej osoby biznesmeni: „Bananowy Uśmiech” i „Paździoszek”. Pragną jednak wyrazić swą wdzięczność za pamięć, kreślę te kilka skromnych zdań, by samochodowa pralnia, która już na starcie zapisała tak wspaniale, na trwale  znalazła się w krajobrazie naszego miasta i pamięci jego mieszkańców. 

wtorek, 13 lutego 2018

Krótko ale obficie

Sesja Rady Miejskiej, która odbyła się dzisiaj o 8.00 w programie miała trzy punkty zawierające uchwały. Najważniejszą z nich była uchwała dotycząca zmian w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego, na moc której będzie można w końcu rozpocząć budowę drugostronnego zasilania energetycznego linią WN 110 kV.

Pod obrady najpierw trafiła uchwała dotycząca zmian w budżecie gminy na rok bieżący. Wprowadzone zmiany nie były istotne z punktu widzenia budżetu. Na rok 2018 założono dochody budżetu na poziomie 95.068.795,69 zł. Po stronie wydatków budżetu założona kwota ma wielkość 107.062.463,62 zł. Deficyt budżetu ma w tym roku wynieść 11.993.667,93 zł. Omawiając tę kwestię burmistrz Irena Krzyszkiewicz stwierdziła, że suma wolnych środków wynosi obecnie ok. 5,5 mln zł., toteż i wysokość deficytu będzie można poddać korekcie i w efekcie będzie on niższy od zakładanego.

Zmiana przepisów podatkowych wymusiło na gminie zmiany zapisów w budżecie. Dokonana korekta polegała (w związku ze zmianą przepisów) na przeniesieniu 9 pozycji budżetowych, które dotąd figurowały w budżecie, jako wydatki inwestycyjne, do wydatków bieżących. Mowa tu o wydatkach do kwoty 10.000 zł. W budżecie gminy zapisano (zgodnie z przepisami wówczas obowiązującymi) szereg zakupów (np. traktorka ogrodowego, przydomowych oczyszczalni ścieków, lampy solarowej, altany ogrodowej itp.), które traktowane były jako wydatki inwestycyjne. Zmiana przepisów wymusiła przeniesienie ich do wydatków bieżących, gdyż kwota zakupu nie przekracza 10.000 zł (limit dotąd 3500 zł).

Ponadto burmistrz zasygnalizowała radnym, iż na kolejnej sesji nastąpi kolejna zmiana po stronie dochodów gminy. Otrzymaliśmy bowiem dofinansowanie z rządowego programu „Maluch+” w kwocie 148.500 zł. Ponieważ jednak budowa żłobka nam się wydłuża, kwotę tę musimy pomniejszyć o 1/12, co daje (po odjęciu) kwotę 136.725 zł, które przyjmiemy do budżetu. Środki te posłużą do zakupu wyposażenia do żłobka i klubu malucha. W związku z konicznością wyposażenia żłobka i klubu malucha zmniejszono budżet po stronie wydatków o kwotę 38.200 zł. Te pieniądze pierwotnie przeznaczone były na utwardzenie placu gminnego w Kłodzie Górowskiej. Przesunięto je na zakup wyposażenia dla żłobka i klubu malucha. Z horyzontu władz gminy ta inwestycja nie spada, gdyż przewiduje się wykonanie tej inwestycji po uzyskaniu środków finansowych ze źródeł zewnętrznych. To nie jedyne pieniądze przeznaczone na wyposażenie nowej placówki.

Omawiając kwestię żłobka radni dowiedzieli się, że remont ma się zakończyć do końca lutego. Burmistrz podkreśliła również fachowość i zaangażowanie wykonawcy remontu żłobka. Nie mniej od 8 lutego wykonawcy naliczone są odsetki wynikające z przepisów prawa. Dzienna wysokość odsetek – 9 tys. zł. Burmistrz poinformowała radnych, że dla gminy momentem zakończenia remontu żłobka (każdej budowy czy remontu) jest przyjęcie protokołu zdawczo – odbiorczego.

Kolejny punkt dotyczył przyjęcia uchwały w sprawie zaciągnięcia pożyczki z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej we Wrocławiu. Szczegóły opisałem we wczorajszym poście poświęconym kolektorom zamontowanym na budynku żłobka. Tak więc radni zaakceptowali zaciągnięcie pożyczki w kwocie 77.500 zł. Dodam tylko, że pożyczka ta oprocentowana jest w skali roku w wysokości 2,5%. To pierwszy plus. Drugi to ten, iż po spłacie 50% wartości pożyczki pozostałe 50% podlega umorzeniu. I trzeci plus, to fakt, iż nastąpiła zmiana przepisów, która niegdyś nakazywała środki w umorzonej wysokości zainwestować tylko w przedsięwzięcia ekologiczne. Obecnie trzeba je zainwestować w przedsięwzięcia dotyczące szeroko pojętej ochrony środowiska.

Radni przyjęli również uchwałę dotyczącą zmian w planie zagospodarowania przestrzennego naszej gminy, co ma związek z drugostronnym zasilaniem. Zmiany dotyczą następujących obrębów geodezyjnych: Góra, Stara Góra, Kłoda Górowska, Zawieścice, Grabowno, Szedziec, Bronów. Łączna powierzchnia objęta zmianami zagospodarowania przestrzennego wynosi 42 ha.

Burmistrz w kilku zdaniach przedstawiła perypetie towarzyszące zmianom w planie zagospodarowania przestrzennego. Przyjęcie przez Radę uchwały stanowi zwieńczenie biurokratycznej mordęgi, która jej towarzyszyła. Były odwołania, Wojewódzki Sąd Administracyjny i na końcu dobra wola nadzoru prawnego wojewody, co walnie przyczyniło się do końcowego sukcesu. W ciągu 2 najbliższych tygodni uchwała Rady Miejskiej ma zostać opublikowana w Dzienniku Urzędowym naszego województwa i wówczas wykonawca (firma „Elbud”) będzie mogła przystąpić do realizacji tej inwestycji, po której tak wielu górowian wiele oczekuje. Trudno podać obecnie dokładną datę zakończenia tej inwestycji. Pewnie okaże się to w ciągu najbliższego miesiąca. Z tytułu podatku od nieruchomości do gminnej kasy – jak oszacowano – będzie rocznie wpływał kwota 134.066 zł.

Burmistrz poinformowała radnych, iż trwają prace nad podziałem gminy na okręgi. Okręgów wyborczych w zbliżających się wyborach samorządowych będzie 15 a nie jak dotąd 21. Stąd też w zbliżających się wyborach wybierzemy 15 a nie 21 radnych. Wynika to ze spadku ludności gminy (poniżej 20 tys). Projekt uchwały jest na etapie konsultacji z komisarzem wyborczym we Wrocławiu. Sprawę pilotuje sekretarz naszej gminy – Tadeusz Otto (przeżył na tym stanowisku 4 burmistrzów i 6 Rad Miejskich). Można rzec, że nasz sekretarz jest niczym niezatapialny lotniskowiec. I bardzo dobrze, bo to z pożytkiem dla gminy i jej mieszkańców.

Ponadto burmistrz poinformowała radnych, że pomimo panującego w naszej gminie bezrobocia, brak jest chętnych do pracy. I tak UMiG bezskutecznie poszukuje chętnego na kierownika biura zarządzania kryzysowego. Odbyły się dwa nabory (przy drugim naborze podniesiono wynagrodzenie…i lipa! Drugi przykład to wspomniany „Elbud” (wykonawca drugostronnego zasilania). Zgłosił zapotrzebowanie na pracowników. Z całego powiatu zgłosiły się dwie osoby. Wg słów szefowej gminy oferowane tam zarobki oscylują w okolicach 3,5 tys. na „rączkę” plus dodatki. Chętnych brak, chociaż firma gwarantuje zatrudnienie na minimum 2 lata. Proza życia.

Tu pełen  niewysłowionej pokory, najsłodszej uprzejmości zwróciłem pani burmistrz uwagę, że na kierownika biura kryzysowego można by zatrudnić „świeżynę – emeryta”, czyli siedzącego podczas obrad radnego Arkadiusza Szupera. Żal, że chłop w pełni sił witalnych więdnął będzie w stanie spoczynku niczym niewinna stokrotka na mrozie. Pani burmistrz energicznie odpowiedziała, że: „Nie zatrudniamy emerytów!” No cóż, panu emerytowi pozostaje jedyni romans. Platoniczny rzecz jasna.


I na tym sesja się zakończyła a wszyscy rozeszli się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. 

poniedziałek, 12 lutego 2018

"Wzorcowa obsługa"


Ciężkie jest życie posiadacza samochodu w naszym kochanym powiecie. Drogi powiatowe wyglądają jakby w tę i we w tę jeździły po niej „Leopardy”. Tzw. „władza powiatowa” udaje, że problemu nie ma. Z drugiej strony, co ma robić? Kasy nie ma (i nie będzie), srebra powiatowe bezrozumnie złodziejom za nieomal za darmo oddane (a miało być tak pięknie, wspaniale, cudownie!). Więc tkwić trzeba na zajmowanych stanowiskach, wypłaty pobierać i udawać, że się jest ważnym, coś się znaczy (chyba we własnym ogromnie wygórowanym mniemaniu) i kombinować, jakby tu jeszcze przedwcześnie fuchy się nie pozbyć. Bo proszę Państwa, gdzie oni pójdą? W cholerę czy w diabły?! Nota bene, diabli nam nasłali!

Dzisiaj wszyscy ci, którzy przekroczyli progi masy upadłościowej, jaką bez wątpienie jest nasze(?) starostwo, by coś załatwić w wydziale komunikacji, na własnej skórze przekonali się o „wysokiej sprawności” i „życzliwym” podejściu do interesanta.

Dzisiaj interesantów wydziału komunikacji obsługiwała 1 osoba (słownie: jedna), która co prawda oddawała się swojej pracy niczym urodziwej kobiecie, ale petentów było trochę za dużo (wezmą i zejdą się na raz, jakby nic innego do roboty nie mieli!), więc na załatwienie swoich spraw musieli „nieco” poczekać. Zresztą, czym jest godzina czy dwie oczekiwania wobec długości życia Abrahama (175 lat)?

Faktem jest, że za takie postawienie sprawy od petenta można by dostać „z liścia”. Petent przychodzi i chce być obsłużony. Bo petent oczekuje – i słusznie! – że biorący sute pensje tzw. „starostowie”, potrafią zorganizować pracę wydziału komunikacji w ten sposób, by szanowny interesant nie dostał w trakcie oczekiwania na przyjęcie w wydziale komunikacji, odcisków na swoich tylnych szynkach.

Tym bardziej, że wydział komunikacji jest dla starostwa w stanie upadłości kurą znoszącą „złote jajka”, bo z opłat komunikacyjnych instytucja ta ma dochód w okolicach „banieczki”, tak przynajmniej zakłada w swoich pełnych fantazji założeniach budżetowych. A tu ludzie przychodzą, szmal ciężki dźwigają i jeszcze godzinami oczekiwać muszą. A ludzie swój czas cenią. I nic ich nie obchodzą problemy kadrowe starostwa. Rozumowanie jest proste: podatki płacimy, opłaty komunikacyjne wnosimy, to i szacunek dla nas się należy. I jak tu im nie przyznać racji?

I nie jest dzień dzisiejszy wyjątkowy. Wydział komunikacji oblegany jest non stop. Wątpię, by ta „władza” o tym wiedziała. Bo gdyby wiedziała, to by coś wymyśliła. Wymyśliła, wymyśliła…,czy ja od niech za wiele nie wymagam?

A lud słowem rodem ze słownika inwektyw rzuca, dziwi się po co w starostwie taki tłum urzędników skoro ich jeden przyjmuje? To tylko jeden jest w starostwie kompetentny w tej dziedzinie? – pytają? Przeszkolić z dwóch do zastępstwa w razie czego – sugerują inni. I mówią, że w Niemczech taka sytuacja jest nie do pomyślenia.


No tak, ale w Niemczech – na ich szczęście – nie „rządzą” ci, co tu rządzą (starostowie). Gdyby ich tam przeflancować – za karę dla nich! – to też w tamtejszym wydziale komunikacji wesoło by nie było. I tym się pocieszmy.