niedziela, 11 września 2016

Basenowe "bordello"

A poniżej mają Państwo trzy zdjęcia obrazujące „bordello” na terenie chluby naszego miasta, jakim bez cienia wątpliwości, jest nasz basen. Zdjęcia są frapujące, wymowne i obiektywne. Żaden tam fotoshop, czy inne pierdoły zamazujące rzeczywistość. Tak dba o estetykę, ład i porządek chluby i dumy naszego miasta, dyrektor – radny – aktywista Ryszard Wawer.



A takie rury widoczne na zdjęciu, leżą sobie tam rok z „okładem”. To pozostałość po prawykonawcy basenu, który teraz sądzi się z naszą gminą o jakieś pieniądze. Piękni i grzecznie leżą sobie rury, stanowiąc wrośnięty już element pejzażu basenowego. Ten nowatorski element krajobrazu zawdzięczamy wysokiemu poczuciu estetyki reprezentowanemu przez dyrektora – radnego – aktywistę Ryszarda Wawera. Oczywiście, nie musicie Państwo podzielać „estetycznych” upodobań” dyrektora – radnego – aktywisty Ryszarda Wawera, ale musicie i powinniście docenić trud dyrektora, by takie „bordello” tolerować. Z drugiej strony, jak jest się członkiem żałosnej koalicji w powiecie, to trudno oczekiwać od dyrektora – radnego – aktywisty Ryszarda Wawera, elementarnej, pozytywistycznej pracy. Widać wyraźnie, że własne „ja” (w mojej ocenia drobniutkie) ogranicza myślenie. Nie przeszkadza to jednak pobierać dyrektorskiej gaży z Państwa podatków fundowanej. 

sobota, 10 września 2016

The end

Rozhulali się bez miary i intelektu zwolennicy obecnego starosty, czyli Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu – Piotra Wołowicza. Na wieść o zarządzie komisarycznym dla powiatu cisi wielbiciele Czcigodnej Pomyłki w komentarzach na portalu „elki” leją łzy nad niesprawiedliwością wojewody, który z przyczyn „politycznych” (jakże by inaczej!) raczy zrobić nam tę przyjemność, że zdejmie z powiatu garb w postaci Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu.

Rzecz jasna z polityką tak rozumianą obrońcy Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu się stanowczo nie zgadzają. Pomijają przy tym fakt, że to na skutek polityki Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu została – na nasze wspólne nieszczęście – starostą. Przypomnę tylko, iż zdychająca obecnie formacja polityczna, która w nazwie ma przymiotnik „Obywatelska”, od roku 2016 współrządziła naszym powiatem.
Obrońcy Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu, jakby o niechcenia, przechodzą nad porządkiem do faktu, że zdychająca platfusowa kompania, popierała byłą starościnę Beatę „Bukietową” Ponę i była z nieżyjącą już „SamąBronką” w koalicji. Wszak mój najdroższy przyjaciel, źródła radości oczu moich, istotny człowiek drugiego planu, intrygant wspaniały, czyli Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki był wówczas wiceprzewodniczącym Rady Powiatu.

Pamiętam jak ówczesny szef tego gremium – Władysław Stanisławski, zawsze przy glosowaniach, pieszczotliwie zwracał się do mojego drogiego „Banana” z najuprzejmiejszą prośbą o pomoc w policzeniu głosów.
„Marku” – słodkim głosem mówił przewodniczący Władysław Stanisławski – „proszę, pomóc mi policzyć głosy”.
Wiceprzewodniczący Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki kraśniał z radości, że matematyk z wykształcenia, tak ufa w jego umiejętność poprawnego zliczenia do astronomicznej wprost cyfry piętnaście. Pęczniał po tym wezwaniu w oczach, jakby był w dziewiątym miesiącu wiadomo czego, a za moment miał rodzić.

Trzeba też przyznać mojemu pupilowi, że gdy przyszło do zmiany na fotelu starosty, to radość źrenic moich, potrafiła się ustawić, to znaczy nastawić żagle na sprzyjające wiatry. Po obaleniu „Bukietowej” światłość oczu moich został wicestarostą. Nadawał się do tej roli wyjątkowo. Był przystojny.

Drugą, i ostatnią jego zaletą, było fakt, że w ciemno można było założyć, że w swoim gabinecie będzie nieobecny. W godzinach pracy przebywał zazwyczaj u ówczesnego wiceburmistrza. a obecnie Wielce Czcigodnej Pomyłki Powiatu, gdzie wspólnie kuli lepszą przyszłość naszego powiatu, z podkreśleniem szczególnej roli szpitala. W efekcie Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu została starostą a mieszkańcy powiatu bez szpitala.

O! przypomniało mi się, że „Bukietową” popierał też obecny wicestarosta Paweł Niedźwiedź, dla przyjaciół „Misiu”. Też przestał ja popierać, gdy w perspektywie z szeregowego radnego z uposażeniem 670 zł plus 150 za przewodnictwo komisji, został członkiem Zarządu Powiatu z wynagrodzeniem w kwocie 1250 zł. Wąsoski „Misiu”, gdy zostawał członkiem Zarządu Powiatu w 2010 r., prosił ówczesnego starostę Jana Kalinowskiego, by ten zwolnił go z obowiązku uczestniczenia w mszach lub innych uroczystościach z udziałem księży. Światopoglądowo „Misiowi” to nie pasowało. A teraz słyszę, że „Misiu” z Wąsosza rodem, w uroczystościach z udziałem wielebnych udział bierze. Aż mnie chęć bierze, by do lektury Apulejusza wrócić i „Metamorfozy albo złoty osioł” ponownie przeczytać. Oczywiście, nawet nasz „Misiu” ma prawo przeżyć swą „noc mediolańską.” Nie zmienia to jednak przeszłości.

Jeden z wpisów obciąża za stan finansów powiatu odszkodowanie za nieudolną budowę strażnicy. I ja się z tym zgadzam, i ja z tym nie polemizuję. Tylko przypominam, że gdy budowano strażnicę, to radnymi koalicyjnymi byli zarówno „Bananowy Uśmiech”, jak i zacny wąsoski „Misiu”. I mieli oni wpływ, a przynajmniej mogli go mieć, na to, co wówczas przy budowie strażnicy wyczyniano. Kto przyczynił do nagłośnienia nieprawidłowości przy budowie strażnicy? Nie „Misiu”, nie „Bananowy Uśmiech”, ale ja. A kto miał obowiązek nad tym czuwać? Kto brał diety i miał budowę strażnicy w dupie?!

A jak starosta Jan Kalinowski wezwał NIK, by ten skontrolował budowę strażnicy i wyciągając jedynie słuszny wniosek z wniosków zawartych w tymże protokole i zdymisjonował osobę za te nieprawidłowości odpowiedzialną, co się działo? Pierwszy przykłusował do starosty Jana Kalinowskiego nasz kochany „Banan” z żądaniem zaprzestania jakichkolwiek zmian kadrowych, bo zbliżają się wybory samorządowe, a zmiany mogą być źle odebrane. Dupa tam, że jest protokół, ustalono winnych! Bożek wyborów ważniejszy! Tak, ze jak się pisze o odszkodowaniu za strażnicę, to przyzwoitość nakazuje pamiętać o tym drobnym fakcie, że odwalająca obecnie kitę platfusowa partia w tę strażnicę jest również umoczona. Wszak była w koalicji z „SamąBronką”. Rzeczywiście, niepokalane poczęcie.

O rzekomych kredytach szpitala, jego zadłużeniu, braku perspektyw dla rozwoju i „milionach”, które rzekomo z tytułu jego „sprzedaży” wpłynęły na konto starostwa, to ja się zastanawiam czemu, w którymś z psychiatryków zwalniają pacjentów przed ostatecznym wyleczeniem? Dobrze jednak, że portal „elki” tekst mówiący o tych bzdurach umieścił na znamiennym, żółtym tle. Przez to wszystko jest jasne. Dziękuję „elko”!

Fajny jest też post, w którym anonimowy autor stwierdza, że Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu jest: „dobrym i uczciwym administratorem”. Tak, tak. Dobry z niego administrator. W roku szkolnym ok. 7.40 zawiezie własne dziecię do szkoły na Podwalu a starostwo pracuje od 7. Podrzuci uchwałę o zamknięciu aptek wbrew „Prawu farmaceutycznemu”. Tak, tak. Dobry z niego administrator. Przyklepie wybór dyrektora „Arkadii” z programem ściągniętym z internetu, czyli chamskim plagiatem. Tak, tak, dobry i uczciwy z niego administrator. Zablokować mojego bloga. Super sprawny administrator. Zachowywać drogi powiatowe w estetyce szwajcarskiego sera. Tak, tak, dobry i sprawny z niego administrator. Na czele Komisji Rewizyjnej postawić członka koalicji, by ten patrzył na ręce swoim. Tak, tak, uczciwy z niego administrator. Kupić sobie nowe mebelki do gabinetu. Tak, tak, bardzo sprawny administrator. „Sprzedać” szpital bez wpisywania długu na hipotekę. Bardzo sprawny i uczciwy administrator. Skazać setkę ludzi pracujących w szpitalu na niewiadomą. Tak, tak, dobry i jaki ludzki administrator. Obniżyć etaty kobietą pracującym w „Arkadii”, które mają dzieci na utrzymaniu a sobie i radnym w obliczu finansowej zapaści powiatu wynagrodzenie pozostawić bez zmian. Tak, tak, bardzo uczciwy administrator. A przy tym jaki mądry! A przenikliwy jaki! W języku polskim jeszcze na te określenia słów nie stworzono.


Czas kończyć. I tego posta i Wielce Czcigodną Pomyłkę Powiatu w roli starosty. Czas skończyć z koalicją bezmyślnych klakierów pozbawionych empatii dla mieszkańców tego powiatu. Czas skończyć z chorym powiatowym samorządem, którego rządząca koalicja kieruje się nie żywotnymi interesami swoich mieszkańców a dobrostanem garstki rządzących. Przez te sześć lat ich kichy stolcowe wystarczająco nabrzmiały. Trzeba ciąć.

środa, 7 września 2016

Sieroctwo czy olewajstwo?

Na zdjęciu poniżej mają Państwo zaszczyt, wątpliwej urody zresztą, oglądać nieco zdefektowaną bramę wjazdową wiodącą do naszego nowego basenu miejskiego. Nie jest to dla mnie widok nowy, ale już raczej szarzyzna dnia codziennego. Taki widok można zaobserwować już od dłuższego czasu i jakoś nic nie wskazuje, by miał on zamiar ulec radykalnej zmianie, czyli dostąpić zaszczytu bycia naprawioną.

Naszym basenem zarządza Ośrodek Kultury Fizycznej, na którego czele stoi dyrektor Ryszard Wawer. Osobiście znam dyrektora i krótkowidzem nie jest, bo ta wada dawała mu jakieś alibi. Czemuż więc szanowny dyrektor OKF – u dopuszcza do trwania takiej sytuacji?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Mogę się tylko poruszać w gąszczu domysłów. Być może znudziło mu się dyrektorowanie i stwarza pani burmistrz pretekst do wywalenia go z zajmowanego stanowiska na zbitą twarz?  Być może całkowicie pochłonięty jest pilnowaniem dyrektorskiego fotela? A może niska pensja zniechęca go do należytej troski o nasze samorządowe minie?

Ktoś może słusznie zauważyć, że dyrektor oprócz dyrektorowania OKF – owi jest jeszcze radnym powiatowym i nadmiar obowiązków nie pozwala mu na zajęcie się bramą? A ktoś inny może również dodać, że dyrektor Ryszard Wawer jest też członkiem Zarządu Powiatu, co czyni jego czas jeszcze cenniejszym, jego osobę jeszcze cenniejszą i w takiej sytuacji brama jest tylko żałosną duperelą, na której dyrektorowi – aktywiście żal czasu?

Tu muszę Państwu wyznać, że dyrektor – radny – aktywista Ryszard Wawer nie jest radnym, który udziela się podczas sesji Rady Powiatu. Jako stały obserwator sesji powiatowych stwierdzam, że jest na sesji, ale jakby go tam nie było. Owszem zabiera głos rozmawiając szeptem z moim i kobiet ulubieńcem, przeuroczym współwłaścicielem lombardu, moją ukochaną mordką „Bananem” (radnym Markiem Biernackim). Z tzw. „protokołów” z posiedzeń Zarządu Powiatu wynika niezbicie, bo w sposób udokumentowany, że dyrektor – radny – aktywista raczej głosu tam nie zabiera, ale dietę w wysokości ponad 1250 zł., nie podlegającą opodatkowaniu, pobiera.


Tak że nie znane są przyczyny oziębłości dyrektora – radnego – aktywisty wobec osieroconej bramy. Wiem natomiast, że serwery Powiatowego Urzędu Pracy mają jeszcze wolne miejsce na tego typu dyrektorskie sieroctwo.

I po bajzlu!

Naprawdę pięknie spisało się nam Nadleśnictwo Góra Śl. w kwestii przywrócenia w dotychczasowej „Oazie bajzlu” ładu, porządku i składu. Ręce same się składają do oklasków a pierś naszego najukochańszego nadleśniczego magistra i inżyniera Tomasza Multańskiego, z całą pewnością nabrzmiewa dumą niczym sutki rozochoconej niewiasty.

Ale cóż ja mogę w obliczu dumnie wypiętej piersi nadleśniczego?! Orderu wszak nie przypnę, bo mocy takiej nie mam. Ale pochwalić za ten czyn chcę i muszę. Brawo panie nadleśniczy! To się nazywa natychmiastowy i skuteczny odzew. Widać, że nasze Nadleśnictwo Góra Śl. ma gospodarza całą – mówiąc potocznie – „gębą”.

No cóż, szkoda tylko, że „gospodarz całą gębą” rzadko lustruje podległy sobie teren i wieści o różnych "bajzlowatych" sytuacjach czerpie z mojego bloga, którego przecież nikt nie czyta. Znacznie lepiej byłoby, gdyby szef naszych miejscowych lasów odwiedzał częściej swoje przeurocze gospodarstwo i własnymi oczętami rozkoszował się tym, czym przyszło mu rządzić. Wówczas z całą pewnością pozbawiony byłbym możliwości, której absolutnie proszę Państwa nie łączyć z przyjemnością, opisywania ewidentnych zaniedbań w naszym nadleśnictwie.

Ja wiem, że czasy, że czasy teraz niepewne, ale jak jest niekontrolowany „bajzel”, to różne jego efekty mogą być. Bywa tak, że są przykre, smutne i mogą cofnąć każdego człowieka w jego karierze zawodowej.

Aby zakończyć ten skromny pościk raz jeszcze szczerze dziękuję panu nadleśniczemu Tomaszowi Multańskiemu, za szybką reakcję. Pozwolę sobie również życzyć panu nadleśniczemu, by lasy nasze wolne były od patogenów. I Nadleśnictwo też. Żegnam najczulej tradycyjnym „Darz bór!”





niedziela, 28 sierpnia 2016

"Po owocach ich poznacie"

Poniżej widzą Państwo skan pisma, które burmistrz Irena Krzyszkiewicz skierowała do prezesa zarządu PCZ Góra Śl., w sprawie niewywiązania się przez niego z obietnicy przedstawienia na piśmie oczekiwań wobec powiatu i gminy. Pisemne sformułowanie oczekiwań PCZ miał – w domyśle – pomóc PCZ na wznowienie działalności „sprzedanego” szpitala.

Osobiście nie miałem żadnych złudzeń w kwestii uzyskania od PCZ Góra Śl. jakiejkolwiek odpowiedzi. Spotkanie z dnia 19 czerwca miało jednak jeden jedyny pozytywny skutek. Uzmysłowiło wszystkim, którzy byli na nim obecni, pokrętność działań właścicieli PCZ, którzy w niczym nie są winni zamknięciu działalności szpitala. Winni – wg niech- są inni, ale nie oni.

Oczywiście winni, wrednemu dla nas wszystkich finałowi w postaci pozbawienia nas zamkniętej opieki zdrowotnej, znajdowali się na sali obrad, ale "popielca" z ich strony ni było. Ani Wielce Czcigodna Pomyłka Powiatu Górowskiego – Piotr Wołowicz, ani też jego zastępca – Paweł Niedźwiedź, głosu nie zabrali. Bo i co tu mówić, gdy dało się w kwestii sprzedaży szpitala kosmicznej dupy?! Przyznać się? Na taką rzecz trzeba mieć honor, sumienie i cywilną odwagę. A nie deficyt tych trzech cech.

Górowianie – mówiąc delikatnie – nico przespali pozbycie się szpitala. Wielu z nich uniesionych mirażem nowoczesnego szpitala, którą to wizję kreślił przed pielęgniarkami np. mój serdeczny przyjaciel radny powiatowy „Banan” (Marek Biernacki) bezkrytycznie, bo bez udziału rozumu, uwierzyło, że jak przyjdzie „prywaciarz”, to nam taką lecznicę zmajstruje, że ho, ho! Pękała będzie od specjalistów i to co najmniej z profesorskimi tytułami.

A prawda jest taka, że nasz były szpital, jaki był taki był, a teraz nie ma żadnego. I szydzą z nas z tego powodu w ościennych powiatach, o czym rozliczni górowianie przekonują się na własnej skórze. By być w zgodzie z prawdą zasłużyliśmy sobie na to, dopuszczając aktem wyborczym do władzy ludzi, którzy do jej sprawowania nie mają żadnych –predyspozycji. Tak, tak, bo ten akt wyborczy też dokonał się bez udziału rozumu. A grzech głupoty rodzi zawsze grzech kolejny.

W najcięższej sytuacji na skutek radosnej, i pozbawionej udziału rozumu, twórczości tzw. „starostów” znalazła się burmistrz Irena Krzyszkiewicz, która dzieli teraz odium społecznego gniewu z powodu zamknięcia szpitala. To z jej inicjatywy doszło do spotkania 19 czerwca br. Spotkania, które nie mogło mieć dla nas żadnych pozytywnych konsekwencji. Ludziom wciąż mieszają się kompetencje poszczególnych szczebli samorządu i przypisują burmistrzowi kompetencje, w które ustawa o samorządzie gminnym go nie wyposaża. I w ten sposób większość niewyrobionych samorządowo górowian, czyni winną braku szpitala burmistrz Ireną Krzyszkiewicz. Z doświadczenia i rozlicznych rozmów wiem, że do tej grupy mieszkańców żadna argumentacja oparta o brzmienie przepisów ustawy o samorządzie gminnym nie przemawia. Kontrargument jest prosty: „Gdyby chciała, to szpital by był!” Koniec i kropka.

Bardziej wyrobiona grupa mieszkańców naszego grodu używa argumentacji, która zahacza o rzeczywistość. Powiadają oni tak: „Burmistrz i sporo ludzi w radzie powiatu, to ludzie burmistrzyni. Startowali z jej list. Dlaczego więc pozwoliła im na sprzedaż szpitala?” Potrafią też brutalnie dodać, że Góra już nie jest miastem, tylko „wioską powiatową”. „Co to za miasto powiatowe bez szpitala?” – pytają z ogromną goryczą i nietajoną niczym złością.

Mieszkańcy pytają również o rolę radnych gminnych ubiegłej kadencji przy sprzedaży szpitala. Zgodnie z prawdą odpowiadam więc, że radni miejscy nie odegrali żadnej roli przy podejmowaniu decyzji o sprzedaży szpitala. By być precyzyjnym dodaję też, że Rada Miejska kadencji lat 2010 – 14 nie zajęła żadnego oficjalnego stanowiska w sprawie sprzedaży szpitala. I co słyszę? „A to mieli szpital w dupie?!”

Zła krew zaczyna krążyć w ludzkim krwioobiegu, atmosfera robi się duszna i napięta za sprawą braku szpitala. Wielu górowian na własnej skórze przekonało się, jak trudne, uciążliwe i niebezpieczne staje się nasze życie bez szpitala. Ludzie zaczynają się zastanawiać, czy władza samorządowa działa w ich imieniu, dla ich dobra, z myślą o nich. Czy też istniej ona tylko dla siebie samej.

Problem z dostępem do zamkniętego lecznictwa szpitalnego przysłaniać zaczął nawet nowe inwestycje gminne, których przecież nie brakuje. Kładzie się on cieniem na życiu górowian i wywołuje zrozumiały lęk. Te poczucie lęku jest szczególnie silne u ludzi w podeszłym wieku, schorowanych, którzy na co dzień walczą ze swoimi schorzeniami. Ludzi, którzy, o czym nie należy zapominać, łożyli na utrzymanie tego szpitala w przeszłości uczestnicząc w różnych zbiórkach na jego rzecz, nie zawsze dobrowolnych zresztą. Boją się też matki o swoje dzieci, bo każda gorączka malucha łączy się z ich trwogą i lękiem. I podróżą w nieznane, z chorym dzieckiem o różnej porze dnia i nocy.

Pada też pytanie o szansę ponownego zaistnienia szpitala w Górze. Powiem obrazowo, że taka jak ta iż „cień miotły zamiecie cień śmieci”. Mniejsza o budynek, którego dostosowanie kosztowałoby grube miliny. Głupia decyzja, która w efekcie przyniosła likwidację naszego szpitala, było również rozgonienie na cztery wiatry wykształconego personelu szpitalnego. To był przeogromny kapitał tego szpitala, którego do rachunku dla PCZ nie doliczono. Obrazowo mówiąc w godzinę można znaleźć kandydata na starostę czy jego zastępcę, ale latami trzeba kształcić i uczyć lekarza, pielęgniarkę. Z punktu widzenia użyteczności społecznej żaden polityk nie jest dla społeczeństwa wart tyle co wykształcony lekarz czy pielęgniarka. Niestety, większość polityków sądzi – ze szkodą dla nas – że są czymś wyjątkowym. A najczęściej to sezonowe „ćwoki”.


Nieprzytomnie to dzikie jest i dalekie od standardów XXI wieku. A Państwo wciąż karmicie tych, którzy zaprzepaścili szpital. A żywić i odziewać winien ich fetysz: „prywatyzacja”. Tak jak my wszyscy „pożywiliśmy” się przy prywatyzacji szpitala. Zadziałać miała „niewidzialna ręka rynku”. 

Toteż proponuję, by tzw. „starostom” dała ona im żreć i odziała. A jak by im nie pasowało, to niech otworzą działalność gospodarczą. Wszak bogate doświadczenie przy tzw. „sprzedaży” szpitala dobrze obu panom wróży na niwie własnej, owocnej działalności gospodarczej. I niech ich w interesach pieści „niewidzialna ręka rynku”, tak jak oni nas „popieścili” w dziele pozbawienia mieszkańców powiatu naszego szpitala. 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Oaza bajzlu

Zmiana, przynajmniej personalna, przyszła też w Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Poznaniu. Od nieomal początku stycznia br. jest tam nowy dyrektor – Tomasz Markiewicz. A lasy na terenie naszego lasu podlegają właśnie Poznaniowi.

Podobno zmiana to dobra rzecz, ale w naszym Nadleśnictwie, którego zmiana jeszcze nie odwiedziła w ramach, jak to się niegdyś mówiło: „niezapowiadanej, gospodarskiej wizyty”, siła tradycji jest bardzo silna i odporna na zmiany. Nawet wówczas, gdy każda zmiana byłaby lepsza od żenującej nieporadności, obojętności, „olewajstwa” i typowego „tumiwisizmu”. Poniżej jaskrawy i niewątpliwie przykry dla oczu i wrażliwej duszy przykład niechlujstwa, nieróbstwa, braku nadzoru i zainteresowania losem tej bardzo dobrej inicjatywy.


Wybudowano niegdyś na obrzeżach naszego lasu „Remizę. Oazę w lesie”. Wybudowano i na skutek galopującej sklerozy władz Nadleśnictwa Góra Śl. zapomniano o tym, że wypadałoby dbać o jej dalszy los. Sama wszak ona do bytu się nie powołała. Wydano na jej stworzenie z niczego jakiś pieniądze publiczne, ludzie ją budujący poświęcili temu czas, w statystykach i sprawozdaniach fakt ten z pewnością odnotowano. Po upływie jakiegoś czasu okazało si e jednak, że to lipa, pic i popelina.
„Oaza”, której celem jest szczytna idea ochrony: „(…) najsłabszych, najmniej biologicznie odpornych drzewostanów jednogatunkowych, gdzie flora i fauna są ubogie”, stała się pośmiewiskiem szczytnych haseł głoszonych na tablicy.” Ironicznie do całej sytuacji się odnosząc, można rzec, że najsłabszym i najmniej odpornym pod kątem dbałości „Oazę” okazał się „drzewostan jednogatunkowy”, czyli stan leśniczy z Nadleśnictwa Góra Śl. Sądzę, że niezbędna jest w zaistniałej sytuacji znana leśnikom „trzebież późna”, by nie doszło do innego rodzaju trzebieży zwanej fachowo „przygodną” w ramach np. wycinki sanitarnej, która dla „drzewostanu” nie koniecznie może być przyjemna. Tym bardziej, że żyć nam przyszło w czasach nagłych i nieoczekiwanych zmian. Nie dla wszystkich muszą one być przyjemne.


I na koniec jeszcze jeden cytat z tablicy zachwalającej – bez pokrycia w widocznych na zdjęciach realiach „Oazy”: „Dla ptaków groźniejsza jest doba głodu, niż tygodnie mrozu.” Parafrazując to stwierdzenie myśl tak mnie nęka uporczywie: „Dla lasu groźniejszy jest stróż własnego stołka, niż ten kto ponad stołek kocha las”. Darz bór!