Źródło zdjęć do przeróbki: gora.com.pl
"Jak ktoś żyje z tego, że zwalcza wroga, jest zainteresowany tym, aby wróg pozostał przy życiu". KONTAKT: robert.mazulewicz@gmail.com tel. 883 793 645. Gwarantuję 100% dyskrecji.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
sobota, 20 czerwca 2015
Moja osobista dobroć
W poście „Jazdy lokalne” pisałem Państwu o
pozbawionym podstaw prawnych pobieraniu przez przewodniczącego Rady Miejskiej, ryczałtu
na „jazdy lokalne” w wymiarze do 300 km miesięcznie. Podczas sesji Rady
Miejskiej, która odbyła się 16 czerwca br., radni unieważnili uchwałę z 27 kwietnia
2000 r., dotyczącą możliwości korzystania z tego niczym nieuzasadnionego przywileju.
W uzasadnieniu uchwały stwierdzono, że po analizie
radcy prawni tutejszego UMiG stwierdzili, że jest ona bezprawna.
Ktoś powie, że dobrze się stało. Ktoś inny
stwierdzi, że „załatwiłem” przewodniczącego Rady Miejskiej.
A sam zainteresowany cóż miał do powiedzenia w tej
sprawie? Jerzy Kubicki poinformował, że już od miesiąca maja nie pobiera
ryczałtu. Obecnie odbywa „jazdy lokalne” pobierając delegacje. Ponadto
przewodniczący Jerzy Kubicki stwierdził, że jest to lepsze wyjście, bo jako
delegowany jest objęty ubezpieczeniem. A przy ryczałcie nie był. W tym momencie
spojrzał w moim kierunku a w oczach jego odczytałem niebywałą wprost
wdzięczność za dobroć, którą mu w swojej nieskończonej łaskawości sprawiłem. W
moich oczach pojawiły się łzy najwyższego wzruszenia, które zrosiły mi policzki.
I gdyby nie to, że wstrzemięźliwy wielce jestem w okazywaniu uczuć płci „brzydkiej”,
to rzucilibyśmy sobie się w ramiona, by braterskiego „niedźwiadka” sobie
zafundować. Wytrzymałem jednak tę chwilę słabości, gdyż nie jestem rurą z
wodociągów miejskich i nie pękłem.
Jak więc widać dzięki mnie wzrósł poziom bezpieczeństwa
przewodniczącego, który dzięki mnie będzie korzystał z ubezpieczenia na wypadek,
gdyby (nie daj panie Boże!) coś mu się przytrafiło podczas „jazd lokalnych”.
Wiemy przecież jaki jest stan dróg powiatowych i gminnych. Niebezpieczeństwo
czyha na nich co kilka metrów. Serce me przepojone jest poczuciem dobrze
spełnionego obowiązku. A mówią, żem Kanalia co się zowie!
Kto kręci?
Znowu mamy problem z rzetelną informacją dotyczącą przebiegu
sesji Rady Miejskiej, która obradowała 16 czerwca br. Na internetowej stronie
gminy znajdujemy tylko część informacji o przebiegu sesji, i to nie najbardziej
istotnych z punktu widzenia mieszkańca naszej gminy.
W relacji pominięto całkowitym milczeniem sprawę związaną z
firmą „Ekokogeneracja”, która miała – nadal ma niezłomny zamiar – budować spalarnię
przetworzonych śmieci przy ul. Wierzbowej.
Sprawę tę poruszyła burmistrz Irena Krzyszkiewicz, która nieco
wzburzona stwierdziła, że w internecie pisze się nieprawdę na temat umowy
zawartej przez Zakład Energetyki Cieplnej z „Ekokogeneracją”. A ponieważ to ja
w poście "Klasyka ściemy” poruszyłem ów problem, więc jasne dla mnie było
stwierdzenie kto pisze ową „nieprawdę”.
Pragnę tylko przypomnieć, że w poście „Klasyka ściemy”
dowodziłem, iż nie ma takiej możliwości, by burmistrz Irena Krzyszkiewicz,
która z ramienia gminy sprawuje nadzór właścicielski nad ZEC nie wiedziała, iż
tenże ZEC zawarł z „Ekokogeneracją” umowę na dzierżawę terenu przy ul.
Wierzbowej na okres 10 lat.
Swoje przekonanie co do niemożności zajścia tego typu
nieświadomości u szefowej gminy wywiodłem ze znajomości osobowości burmistrz
Ireny Krzyszkiewicz. Co prawda od pewnego czasu jest ona członkinią Platformy,
rzekomo Obywatelskiej, ale reszta „platfusów” inteligencją, sprytem, wiedzą i
doświadczeniem jej nie dorównuje. O! Gdyby powiedział to starosta – niestety! –
Wołowicz uwierzyłbym w ciemno! Ale z szefową gminy rzecz ma się zgoła inaczej.
Napisany przeze mnie post „Klasyka ściemy” wywołany został
pewną nerwowością okazywaną przez władze samorządowe naszej gminy, które to „ni
z kija – ni z pietruszki” nawoływać zaczęły do pisania przez mieszkańców naszej
gminy protestów w sprawie budowy spalarni śmieci. Owe protesty miały posłużyć za
alibi dla władzy przed kolejnym postępowaniem przed Samorządowym Kolegium
Odwoławczym w Legnicy.
A muszą Państwo wiedzieć, że 7 maja 2015 r. „Ekokogeneracja”
otrzymała z SKO w Legnicy decyzję, która uchyliła w całości decyzję burmistrz
Ireny Krzyszkiewicz o odmowie wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach
inwestycji, czyli budowy spalarni śmieci. SKO nakazało burmistrz Irenie
Krzyszkiewicz ponownie rozpatrzyć sprawę. Decyzja SKO zarzuca burmistrz Irenie
Krzyszkiewicz wadliwość przeprowadzonego postępowania administracyjnego,
niesprecyzowanie przesłanek powodujących niewydanie decyzji o środowiskowych
uwarunkowaniach inwestycji i to tym bardziej, że pozytywnie o środowiskowych
uwarunkowaniach wypowiedziała się Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska we
Wrocławiu. SKO zauważyło również, iż brak jest podstawy prawnej dla odmowy
wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach. Z decyzji legnickiej SKO
dowiadujemy się również, że odmowę wydania decyzji dla realizacji inwestycji
przez „Ekokogenerację” burmistrz Irena Krzyszkiewicz argumentowała …protestami
zgłaszanymi przez mieszkańców! Tak więc już wiadomo jest czemu służyć mają
protesty, do których pisania szefowa gminy zachęcała na forum „Elki”.
A co na to „Ekokogeneracja”? Zapowiada ona, że w przypadku
wygaśnięcia podpisanych z ZEC – em warunkowych umów na dostawę energii cieplnej
i w związku z przedłużającym się procesem wydania przez burmistrza Góry decyzji
o środowiskowych uwarunkowaniach inwestycji, rozważy wystąpienie na drogę
sądową o zwrot nakładów, które poniósł w związku z przygotowaniem inwestycji
oraz zasądzenie odszkodowania.
Tak sytuacja wygląda na ten ulotny moment. Powróćmy jednak
do sesji. Komentując post „Klasyka ściemy” burmistrz stwierdziła, że nic nie
wiedziała o 10 letnim terminie dzierżawy przez „Ekokogenerację” działki przy
ul. Wierzbowej. Stwierdziła także, że do umowy podpisano aneks, który zmieniał
okres dzierżawy z 6 miesięcznego na 10 letni o czym nie była poinformowana
przez ówczesnego prezesa ZEC – Jerzego Bireckiego. Wg oświadczenia burmistrz
Ireny Krzyszkiewicz w protokołach z posiedzeń Rady Nadzorczej ZEC nie ma
wzmianki o 10 letnim okresie dzierżawy, który dodany został – wg jej słów –
dopiero w aneksie do umowy., co miało miejsce 30 września 2014 r. Ów aneks,
który otrzymała Irena Krzyszkiewicz, miał nie zawierać 1 strony. Szefowa gminy
zapewniła równocześnie, że wszelkie dokumenty dotyczące tej sprawy zostaną
upublicznione. Na koniec stwierdziła, iż w ZEC działy się też „różne dziwne
rzeczy”, ale nie wyjaśniła jakie.
Do dnia dzisiejszego na stronie ZEC żadnych dokumentów
dotyczących tej sprawy nie odnalazłem. Takoż samo na internetowej stronie
naszej gminy.
By rozwikłać tę nieco zagadkową historię zaglądnąłem na
internetową stronę „Ekokogeneracji”. I znalazłem tam taki oto cymes.
A więc umowę dzierżawy podpisano już 16 października 2013
r., czyli miesiąc po konferencji dotyczącej „Technologii instalacji wodorowego
generatora energii”, która to odbyła się w sali nr 106 UMiG. W konferencji tej
uczestniczyła burmistrz Irena Krzyszkiewicz, ówczesny prezes ZEC – Jerzy Birecki
oraz prezes „Ekokogeneracji” – Jerzy Rychlicki.
Na internetowej stronie „Ekokogeneracji” przeglądnąłem wykaz
umów z innymi gminami, które zdecydowały się na budowę spalarni śmieci. I tak w
Brodnicy umowa dzierżawy opiewa na okres 10 lat. Nowy Dwór Mazowiecki - 10 lat
dzierżawy. Dlaczego więc w Górze okres dzierżawy miałby trwać 6 miesięcy?!
Jakoś tego nie pojmuję, bo włożyć w inwestycję ok. 10 mln zł i nie mieć
pewności, że ten interes się zwróci, to chyba filantrop jakiś musi być
inwestorem.
Szkoda tylko, że burmistrz Irena Krzyszkiewicz, nie
poinformowała radnych (i tak nikt nie pytał!), dlaczego np. jeszcze w 2014 r.
nie wyciągnięto konsekwencji służbowych wobec byłego prezesa ZEC – Jerzego Bireckiego?
Żal też, że nie usłyszeliśmy czy zbadano pod względem
prawnym, czy były prezes ZEC miał prawo do samodzielnego podpisania aneksu do
umowy. Przykro też słuchać, gdy szefowa gminy przyznaje się do niestarannego
nadzoru właścicielskiego nad spółką będącą własnością gminy a więc wszystkich.
Warto byłoby też spytać o dalsze losy członków Rady Nadzorczej ZEC, którzy
najwyraźniej zawalili sprawę na całej linii.
Rysuje się przed naszą gminą widmo procesu a mieszkańcy wciąż
nie wiedzą kto jest winien i w jakim stopniu. Opinia publiczna informowana jest
o sprawie wybiórczo, i jak widać nie w pełni. Miejmy nadzieję, że uda się
uniknąć procesu i wypłacenia odszkodowania. Wypada wierzyć, że nie powtórzy
się, jak zły sen, sytuacja jaką powiat miał z wysypiskiem śmieci w Rudnej
Wielkiej.
Sądzę, że dla jasności sprawy całość dokumentów związanych z
„Ekokogeneracją” należy ujawnić, by nie dawać pola do plotek i niesłusznych
oskarżeń. Tylko cudowna prawda jest tutaj pożądana. Że ktoś tu kręci to czuć.
Chodzi tylko o to, by ustalić kto!
sobota, 13 czerwca 2015
Pisz pan na Berdyczów
Onegdaj,
bo 11 maja roku Pańskiego, skierowałem maila do dyrektora Administracji Lokali
Komunalnych w Górze, w którym to zawarłem nieco pytań dotyczących
funkcjonowania tej jednostki. Prawdę mówiąc działalność ALK, która nie cieszy
się dobrą opinią wśród tych, którzy zmuszeni są do korzystania z jej wątpliwej
jakości usług. Na czele tej jednostki, która podlega bezpośrednio burmistrz Irenie Krzyszkiewicz, stoi dyrektor Marek Downar. Poniżej mają
Państwo skriny pytań, które zadałem dyrektorowi ALK, a na które do dnia
dzisiejszego nie otrzymałem odpowiedzi. Sytuację też resztą przewidziałem, gdyż
nieco znam dyrektora ALK i wiedziałem, że odpowiedzi na moje pytania go
przerosną. Przerost ów nastąpi z prostego powodu: dyrektor ALK tych pytań nie
ogarnie! I się nie myliłem.
Podczas
majowej sesji naszej niezrównanej Rady Miejskiej miało miejsce takie oto
wydarzenie. Niezrównany w wygadywaniu głupot i pseudo – mądrości przewodniczący
tego szlachetnego ciała uchwałodawczego – Jerzy „chochoł” Kubicki – zarzucił radnemu
Adrianowi Grochowiakowi że ten dezorganizuje pracę szanownego dyrektora – i teraz
uwaga! – poprzez żądanie od dyrektora tegoż ALK różnych informacji.
W
celu ukazania rozpaczliwej sytuacji dyrektora ALK pozwolono mu również na
występ. Wzmiankowany dyrektor wstał i zaczął najzwyczajniej jęczeć, biadolić i
lamentować nad swoim niezwykle ciężkim położeniem. Sytuacja stała się ciężko kretyńska
i zalatująca zapachem komuszym. Nad salą obrad zawisła ciężka atmosfera. „Poszkodowany”
dyrektor ALK nieomal łkał opowiadając o „niegodziwościach” radnego Adriana
Grochowiaka. My zbierało się na śmiech, bo podobnych cyrków dawno nie widziałem.
Pełne kuglarstwo samorządowe! Tyle, że aktor tandetą zalatywał. Dyrektor ALK
jako aktor (nawet amator) kompletnie się nie sprawdził. Jako dyrektor ALK natomiast
się sprawdził, bo biadolił zgodnie z wolą jaśnie nam panujących.
Należy
też – by być obiektywnym – skierować słowa najwyższej przestrogi pod adresem
radnego Adriana Grochowiaka. Szanowny pan radny sądzi, że w naszej lokalnej
odmianie tzw. „samorządu” można tak sobie hasać i pytać bez odgórnej
akceptacji? Co pan sobie wyobraża? Że taki dyrektor ALK jest od odpowiadania na
pana pytania? A może by pan najpierw uzgodnił treść pytań? Przesłał je dyrektorowi
ALK do konsultacji i akceptacji? Co by panu zaszkodziło. Ale nie! Pan nie chce
się trzymać niedawno ustanowionej tradycji! Pan – za przeproszeniem! - szczasz
na wypracowane w pocie czoła tradycje naszego samorządu w naszym lokalnym
wydaniu! Pan śmiesz mieć inne zdanie niż samorządowa władza! Pan najwyraźniej nie
zauważasz, że przygniatająca większość radnych popiera panią burmistrz, chociaż
nie bardzo wie o co chodzi. A pan chcesz mieć własne zdanie! Nie tutaj,
szanowny panie radny! Nie tutaj i nie teraz!
Albo
takie wyskakiwanie z wątpliwościami podczas sesji. Wyciąganie różnych rzeczy na
wierzch. A nie można tak zdusić tej żądzy wiedzy w sobie? Patrz pan, jak reszta
radnych o nic nie pyta, nie ma wątpliwości, duchowych rozterek i głosuje „po
kursie i obowiązującej linii”. I miewają się dobrze! Dieta leci, szefowa
zadowolona, pochwali, uśmiech skieruje, rączkę gładą poda. I fajnie jest!
Taki samorządowiec jest ceniony, niczym tombak wśród Buszmenów.
Wracając
do rzeczy stwierdzić trzeba, że ja odpowiedzi na zadane pytania od dyrektora
ALK wydębię. Po swojej stronie mam prawo a nie tzw. „lokalną samorządową tradycję”.
Będzie dyrektora to bolało, bo boleć musi. Wszak cierpienie uszlachetnia.
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Na ratunek
Niegdyś w tym miejscu znajdował się park cieszący się dużym powodzeniem wśród górowian. Miał on jeszcze tradycję przedwojenną i stanowił uroczy kompleks zieleni w samym sercu naszego miasta.
Obecnie zamiast parku mamy zabetonowaną nawierzchnię, która uroku miastu nie dodaje i tak naprawdę nie rozwiązuje problemów z parkowaniem w mieście, gdyż jak informowali mnie już wielokrotnie znajomi kierowcy, na parkingu tym odnaleźć można wciąż samochody o tych powtarzających się numerach rejestracyjnych. Pomimo, że znajduje się tam tabliczka informująca o możliwości postoju do 2 godzin to jednak informacja ta jest przez wielu posiadaczy aut ignorowana. Z ubolewaniem jednak stwierdzić należy, że parking ten jest bezpłatny, gdyż wybudowany jest z funduszy unijnych, a to nie pozwala postawić tam parkometrów – ulubionych gadżetów pani burmistrz. Trzeba przyznać, że przepisy unijne nie pozwalające na taki myk, są w niesmak wielu kierowcom, którzy z utęsknieniem oczekują na możliwość wniesienia symbolicznej złotówki do kasy gminy, by przewodniczący Rady Miejskiej Jerzy „Chochoł” Kubicki mógł swobodnie pobrać ok. 250 złotych na sławetne „jazdy lokalne”.
W miniony piątek spotkałem swojego dobrego znajomego Przemka. Poinformował mnie on z wyraźnym przejęciem w głosie, że świerk ten wykazuje wyraźne objawy obumierania. Podzieliłem niepokój szanownego kolegi, gdyż pod tym świerkiem nie jednokrotnie w młodości działy się rzeczy, które wspominam dzisiaj z rozrzewnieniem. Z kolei kolega Przemek ma do świerku stosunek potrosze rodzinny. Drzewo te zasadził jego dziadek Jan Janowski, który tuż po wojnie uruchamiał górowskie wodociągi i przez wiele lat był ich kierownikiem.
Ponieważ niezbyt chciało mi się iść na tę betonową pustynię, która jest po prostu odrażająca postanowiłem wykonać telefon w celu poinformowania niedoinformowanej władzy o sytuacji w jakiej znajduje się świerk.
Pierwszy telefon wykonałem do wydziału ochrony środowiska urzędu, ale okazało się, że pani naczelnik ma urlop. A drzewo cierpi! Drugi telefon wykonałem do Tekomu, który opiekuje się miejską zielenią. Tam nikt nie powiedział mi nic, gdyż telefon był głuchy niczym pień. A drzewo usycha! Trzeci telefon wykonałem do sekretariatu burmistrza i poprosiłem o połączenie z wiceburmistrzem, co pani sekretarka wykonała, ale okazało się, że wiceburmistrz Andrzej Rogala ma naradę i w tej sytuacji nie może ze mną rozmawiać. A drzewo cierpi!
Widząc, że sytuacja jest beznadziejna – a drzewo cierpi! - postanowiliśmy z Przemkiem zająć się sprawą osobiście. Dokonaliśmy wizji lokalnej i zauważyliśmy, że drzewo usycha, a ziemia wokół niego jest tak sama twarda jak betonowa kostka położona na parkingu.
Pierwszy telefon wykonałem do wydziału ochrony środowiska urzędu, ale okazało się, że pani naczelnik ma urlop. A drzewo cierpi! Drugi telefon wykonałem do Tekomu, który opiekuje się miejską zielenią. Tam nikt nie powiedział mi nic, gdyż telefon był głuchy niczym pień. A drzewo usycha! Trzeci telefon wykonałem do sekretariatu burmistrza i poprosiłem o połączenie z wiceburmistrzem, co pani sekretarka wykonała, ale okazało się, że wiceburmistrz Andrzej Rogala ma naradę i w tej sytuacji nie może ze mną rozmawiać. A drzewo cierpi!
Widząc, że sytuacja jest beznadziejna – a drzewo cierpi! - postanowiliśmy z Przemkiem zająć się sprawą osobiście. Dokonaliśmy wizji lokalnej i zauważyliśmy, że drzewo usycha, a ziemia wokół niego jest tak sama twarda jak betonowa kostka położona na parkingu.
Po krótkiej naradzie do współpracy zaprosiliśmy radnego Adriana Grochowiaka, którego pradziadkiem był „ojciec” tegoż drzewa. Radny Grochowiak zadzwonił do jednego z pracowników Nadleśnictwa i zasięgnął fachowej porady co do sposobu przyjścia z pomocą choremu drzewu. Przystąpiono do organizacji akcji ratunkowej.
Adrian Grochowiak ze swojej diety zakupił: 160 litrów kory pod iglaki i paczkę jakościowego nawozu. Kolega Przemek poświęcił starannie zbieraną wodę deszczową w ilości 200 litrów, ponadto zapożyczył się u sąsiadów poprzez pożyczenie szpadla. Wszystko zostało to załadowane do samochodów i zawiezione na miejsce akcji.
Tuż po godzinie 18 rozpoczęły się prace. Wylano pierwszy baniak wody (50 litrów), by zmiękczyć glebę. Woda wsiąkła jak w gąbkę, ale pożyczonego od sąsiada szpadelka nie dało się nadal wbić. Wylano kolejne 50 litrów wody, która nadal wsiąkała niczym w gąbkę i rozpoczęto zmiękczanie ziemskiej skorupy, która w tym miejscu przypominała lawę wulkaniczną.
Szło ciężko, żmudnie i powoli. Po kolei z ziemi pod drzewem wyciągaliśmy: dwa fragmenty starych krawężników o łącznej wadze ponad 20 kg, pięć cegieł z grubsza pokruszonych, nieco kamieni, fragmenty szkła i kilkadziesiąt metrów plastykowych linek używanych do pakowania kostki brukowej.
Grunt sporo się obniżył i w tej sytuacji mogliśmy przystąpić do rozsypania nawozu a następnie 160 litrów kory.
Widzieliśmy jednak, że 100 litrów wody to dla odwodnionego drzewka jest zbyt mało i w tej sytuacji udaliśmy się po kolejne 100 litrów. A drzewko w tym czasie już piło i mniej cierpiało! Wróciliśmy z kolejną porcją wody i zasililiśmy drzewo tym życiodajnym płynem.
Praca dobiegła końca i zadowoleni – a drzewko pije i odżywa! - udaliśmy się oddać sąsiadowi szpadel.
Adrian Grochowiak ze swojej diety zakupił: 160 litrów kory pod iglaki i paczkę jakościowego nawozu. Kolega Przemek poświęcił starannie zbieraną wodę deszczową w ilości 200 litrów, ponadto zapożyczył się u sąsiadów poprzez pożyczenie szpadla. Wszystko zostało to załadowane do samochodów i zawiezione na miejsce akcji.
Tuż po godzinie 18 rozpoczęły się prace. Wylano pierwszy baniak wody (50 litrów), by zmiękczyć glebę. Woda wsiąkła jak w gąbkę, ale pożyczonego od sąsiada szpadelka nie dało się nadal wbić. Wylano kolejne 50 litrów wody, która nadal wsiąkała niczym w gąbkę i rozpoczęto zmiękczanie ziemskiej skorupy, która w tym miejscu przypominała lawę wulkaniczną.
Szło ciężko, żmudnie i powoli. Po kolei z ziemi pod drzewem wyciągaliśmy: dwa fragmenty starych krawężników o łącznej wadze ponad 20 kg, pięć cegieł z grubsza pokruszonych, nieco kamieni, fragmenty szkła i kilkadziesiąt metrów plastykowych linek używanych do pakowania kostki brukowej.
Grunt sporo się obniżył i w tej sytuacji mogliśmy przystąpić do rozsypania nawozu a następnie 160 litrów kory.
Widzieliśmy jednak, że 100 litrów wody to dla odwodnionego drzewka jest zbyt mało i w tej sytuacji udaliśmy się po kolejne 100 litrów. A drzewko w tym czasie już piło i mniej cierpiało! Wróciliśmy z kolejną porcją wody i zasililiśmy drzewo tym życiodajnym płynem.
Praca dobiegła końca i zadowoleni – a drzewko pije i odżywa! - udaliśmy się oddać sąsiadowi szpadel.
Obszar wokół drzewa, który nie został pokryty kostką jest zbyt mały by dostarczyć świerkowi odpowiednią ilość wody. Jeżeli drzewo to nie będzie podlewane to prędzej czy później trafi je szlag. Tak jak trafił szlag prezydenturę Bronka (ależ się cieszę!). Widać było wyraźnie, że ktoś pokpił sprawę z drzewkiem i zamiast prawdziwej żyznej ziemi nasypany został tam zwykły pospolity piach i zakopano przeróżne śmieci. Ktoś tę inwestycję odbierał i na to uwagi nie zwrócił. A szkoda! Bo teraz mamy kłopot polegający na tym, że przy braku należytego nadzoru drzewo to uschnie. Każde drzewo w naszym mieście jest cenne, gdyż nadaje mu uroku. Należy mieć nadzieję, że władze docenią wagę tego problemu i spowodują by odpowiednie służby regularnie zajmowały się świerkiem, który ma pół wieku. Przypomnę tylko, że kadencja żadnej władzy nie trwa pół wieku, a drzewo to widziało nie jedną kadencję, nie jednego radnego, burmistrza i naczelnika. Ich nie ma, a on trwa. I niech tak zostanie.
Klasyka ściemy
Stare przysłowie mówi, że baba się nie przeżegna, dopóki
piorunu nie usłyszy. Tak też dzieje się w naszej gminie, gdzie burmistrz Irena
Krzyszkiewicz – najpierw nagrzeszywszy do woli – obecnie w stan głębokiej
pokuty wpadła i wzorem papieży wzywa do ogólno gminnej krucjaty. Krucjata owa
ma być skierowana przeciwko poganom, którzy nie szanują naszego środowiska i
chcą zbudować spalarnię śmieci, która ma podgrzewać wodę. Mowa tu o spalarni,
która mieścić się ma przy ul. Wierzbowej.
Na portalu „Panoramy Leszczyńskiej” zapoznać się na ten wynurzeniami szefowej gminy na ten temat. Pokrótce
mówiąc z gadki burmistrzyni nic a nic nie wynika. Jakiś taki chaos informacyjny
tam panuje i mnogość niedopowiedzeń. Gdy teks w „PL” przeczyta ktoś, kto nie jest
wtajemniczony w sedno samorządowych spraw może odnieść dziwne odczucia.
Odczucie pierwsze jest takie, iż nie wiadomo jaka firma (z Marsa?!),
wylądowała w Górze, upatrzyła sobie teren przy ul. Wierzbowej i postanowiła
wybudować tam wredną spalarnię śmieci. Dalej Czytelnik może odnieść nieodparte
wrażenie, że ta inwazja obcych odbyła się w sposób skryty i zakamuflowany a
władze naszej gminy całkowicie nic o tym nie wiedziały.
Warto więc i należy – w imię szacunku dla prawdy – przypomnieć
jak rzeczy miały się rzeczywiście, czyli bez picu i informacyjnego zadymiania obrazu.
Mamy w Górze firmę o wdzięcznej nazwie Zakład Energetyki Cieplnej.
Pod względem prawnym jest on spółką z ograniczoną odpowiedzialnością. Jej właścicielem
jest gmina Góra. Jak to w spółkach bywa, bo jest zgodne z prawem, zarządza nią zgromadzenie
wspólników. Gmina ma 100% udziałów w spółce ZEC, a więc z braku innych
wspólników, funkcję zgromadzenia wspólników pełni jednoosobowo burmistrz Irena
Krzyszkiewicz.
To właśnie spółka ZEC podpisała z firmą Ekokogeneracja S.A.
w Warszawie umowę o wydzierżawieniu na 10 części terenu przy ul. Wierzbowej,
gdzie miała zostać zrealizowana ta inwestycja. Usytuowanie spalarni – teren przy
kotłowni gazowej.
Jak więc jasno widać inwazji obcych nie było, aneksji
również a władze gminy doskonale wiedziały co i z kim zostało podpisane. I
dodajmy tu od razu, że podpisano umowę bez konsultacji z mieszkańcami gminy. Oczywiście,
w myśl zasady, że najważniejsze jest dobro mieszkańców. Zasady jedynie u nas deklaratywnej,
bo życie i praktyka dowodzi niebywałej wprost arogancji naszej władzy w kwestii
konsultacji społecznych.
Powiedzieć też sobie musimy szczerze i otwarcie, że bez
wiedzy i akceptacji zgromadzenia wspólników, czyli Ireny Krzyszkiewicz, rzecz
cała nie mogła zaistnieć.
Co prawda 3 września 2014 r. odbyło się w Domu Kultury
spotkanie z mieszkańcami, ale było ono efektem nacisku mieszkańców
zaniepokojonych wizją budowy spalarni śmieci. Pamiętać też należy, że za pasem
były wybory na burmistrza i jakiś ruch uspokajający opinię publiczna należało
wykonać. Powiedzmy też sobie, że nie były to konsultacje społeczne, ale luźna
gadka, podczas której reprezentant inwestora zaproponował niebywałą arogancję i
butę wobec mieszkańców zebranych w kinowej sali.
W artykule zamieszczonym na portalu „PL” odnajdujemy wątek, w
którym szefowa gminy, sprawczyni tego całego ambarasu, apeluje do mieszkańców
miasta, by ci pisali protesty, ale mają być one rzeczowo uargumentowane.
I w tym miejscu ja nie wiem czy mam śmiać się, płakać, wyć i
drzeć włosy z głowy. Nagle pani burmistrz przypomniała sobie o mieszkańcach. A
ja skromnie pytam: a czemuż to szanowna pani burmistrz nie pytała mieszkańców o
wyrażenie opinii zanim podpisano umowę? Wówczas lud był za głupi a po niecałym roku
niebywale wprost zmądrzał i dojrzał do pisania protestów?
A czemuż to lud ma wymagać gorące kasztany z tego ogniska? Lud
ani ogniska nie rozpalał, ani też śmieciowych kasztanów tam nie wrzucał? A
czemuż to na internetowej stronie Góry nie ma umowy z firmą Ekokogeneracja?
Czy pani burmistrz uważa, że lud za głupi jest, by zrozumieć treść umowy? Za
głupi na dostęp do umowy, ale mądry by pisać protesty?
Ktoś zajebał sprawę po całości, śmieci ante portas,
więc ludu na barykady?! Lud ma chronić dupska tych, którzy rzecz cała spartaczyli.
Oj, jak wtedy kocha się lud!
A my nie dajmy się robić w „wała”. Nie jesteśmy pachołkami
władzy, by lecieć na jej wezwanie, gdy sama nawarzyła kaszy. Niech władza sobie
ją konsumuje w zaciszu gabinetów, tak jak w zaciszu i skrycie, bez powiadomienia
ludu, podpisywała umowę. A jak władza skonsumuje umowę to ludowi w gardle
stanie. A jak coś stoi człowiekowi w gardle to musi to usunąć. Z praktyki wiem,
że najlepiej jest wyrzygać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















