poniedziałek, 16 lutego 2015

Dwa oblicza barbarzyństwa

List od Czytelnika:

Barbarzyństwa i okrucieństwa nie sposób komentować. Bo nie ma takich słów, które mogłyby oddać ludzkie myśli i uczucia na powyższy widok.

Przypatrzmy się jak sprawa bezdomnych zwierząt uregulowana jest w naszej gminie.

Obecnie wciąż obowiązuje uchwała Rady Miejskiej Góry w 28 marca 2014 r., która stanowi podstawę do opieki nad bezdomnymi zwierzętami. W uchwale tej sprecyzowano tryb postępowania z bezdomnymi zwierzętami.

Znajduje się tam zapowiedź wyłapywania bezdomnych zwierząt, ale po uprzednim sprawdzeniu czy są one rzeczywiście bezdomne. Zwierzęta uznane za bezdomne podlegają stałemu wyłapywaniu przez schronisko dla zwierząt prowadzone przez Głogowskie Stowarzyszenie Pomocy Zwierzętom „Amicus” lub przedsiębiorcę prowadzącego działalność gospodarczą w tym zakresie. Znajdujemy też w uchwale zapowiedź, że działania zmierzające do odłowienia bezdomnego zwierzęcia ma nastąpić maksymalnie w ciągu 48 godzin od zgłoszenia o pojawieniu się tegoż zwierzęcia.

Uchwała dopuszcza również sterylizację lub kastrację zwierząt, usypianiu ślepych miotów, które to zabiegi wykonywane będą przez lekarzy weterynarii współpracujących ze schroniskiem dla bezdomnych zwierząt, prowadzonym przez Głogowskie Stowarzyszenie Pomocy Zwierzętom „Amicus” lub przez lekarza weterynarii działającego na podstawie zlecenia udzielonego przez gminę Góra. Takim zabiegom nie podlegają zwierzęta w okresie 14 dni od umieszczenia ich w schronisku, z uwagi na możliwość zgłoszenia się właściciela.

Sprecyzowano również zasady opieki nad wolno żyjącymi kotami. Polega ona na ustaleniu  miejsc ich przebywania, dokarmiania kotów wolno żyjących ze środków finansowych pochodzących z budżetu naszej gminy tym współpracę mieszkańcami (karmicielami), którzy podejmą się opieki nad wolno żyjącymi kotami. W takiej sytuacji spisane zostanie porozumienie pomiędzy gminą Góra, a karmicielem określającego przekazywanie karmy dla kotów wolno żyjących. Zakłada się też poszukiwanie miejsc schronienia dla wolno żyjących kotów.

Wskazano też miejsce czasowego pobytu zwierząt gospodarskich, które znajduje się w gospodarstwie rolnym (Rogów Górowski nr 20).

Na realizację tych zadań w roku 2014 przeznaczono określone środki finansowe. W roku 2014 wyniosły one 30.000 zł. W szczegółach wygląda to następująco:
- koszty leczenia weterynaryjnego – 2.500 zł;
- koszty wyłapywania bezdomnych zwierząt – 3.000 zł;
- koszty zakupu karmy - 2.500 zł;
- koszty związane z umieszczeniem zwierzęcia w schronisku – 22.000 zł.

W celu realizacji uchwały gmina Góra zawarła 7 czerwca 2014 r. porozumienie z gminą Głogów, która prowadzi Miejskie Schronisko dla bezdomnych zwierząt w Głogowie. Na mocy umowy gmina Głogów ma przyjmować bezdomne psy z naszej gminy w ilości do 15 sztuk rocznie. W zamian nasza gmina ponosi związane z tym koszty.

I tak. Musimy wpłacić 2000 zł + VAT za: „gotowość przyjęcia psów do schroniska." Jest to opłata jednorazowa. Za przyjęcie każdego psa do schroniska obowiązuje również jednorazowa opłata w kwocie 85 zł + VAT, a za każdy dzień pobytu psa w schronisku gmina musi zapłacić 14 zł + VAT. Gdyby psina rozchorowała się w schronisku, to wówczas dojdzie naszej gminie dodatkowa opłata za jego leczenie, która wyniesie tyle, ile udokumentowane koszty leczenia psiaczka.

A teraz sobie policzmy. Azorek znalazł się w schronisku. Już na wjeździe do schroniska za Azorka gmina musi wyłożyć 85 zł + 23%VAT = 104,55 zł. Azorek mieszka w schronisku 30 dni, co gminę kosztuje 516 zł z 23% VAT. Czyli przyjęcie Azorka i jego 30 dniowy pobyt w schronisku dla bezdomnych zwierząt kosztuje naszą gminę (podatników!) 620,55 zł. Dodać jeszcze należy opłatę za „gotowość” schroniska do przyjęcia Azorka. Ponieważ założono w umowie, że rocznie schronisko przyjmie do 15 psów, więc kwotę 2000 zł + VAT należy podzielić przez 15 piesków potencjalnych pensjonariuszy, co daje 164 zł na jednego Azorka (z VAT). Więc w sumie, umieszczenia jednego bezpańskiego pieska na 30 dni w schronisku kosztuje gminę (podatników!) 784,55 zł z VAT.

A to jeszcze nie koniec kosztów związanych z bezpańskim Azorkiem. Azorka trzeba wyłapać i dowieźć do schroniska. Takie czynności wykonuje dla naszej gminy Głogowskie Stowarzyszenie Pomocy Zwierzętom „Amicus”. Zawarta z tym stowarzyszeniem umowa przewiduje, iż wyłapanie bezdomnego psa i jego przewiezienie do Głogowa będzie kosztowało naszą gminę (podatników!) 600 zł + 23% VAT = 738 zł.

Tak więc 30 dniowy pobyt Azorka zamknie się łącznie kwotą 1522,55 zł. A i na tym może się nie skończyć, bo jak Azorek w schronisku zachoruje to osobną fakturę gmina dostanie za jego leczenie. A to nie są tanie rzeczy, jak sami Państwo wiedzą!

Dla porównania tylko podam, że renta socjalna wypłacana przez ZUS lub KRUS od 1 marca będzie wynosiła 739,58 zł brutto.Porównując dalej wiedzmy, że podstawowy zasiłek dla bezrobotnych (100%) w okresie pierwszych trzech miesięcy wynosi - 823,60 zł brutto (711,48 netto) a w okresie kolejnych miesięcy posiadania prawa do zasiłku - 646,70 zł brutto (568,50 netto). Jednym słowem nasze kochane Państwo zgadza się na taką sytuację, że utrzymanie bezdomnego psa w schronisku kosztuje nieco mniej miesięcznie niż człowieka bezrobotnego. Inny przykład. Wysokość zasiłku otrzymywanego za opiekę nad osobą niepełnosprawną wynosi 153 zł miesięcznie, czyli jest to koszt za niecałe 9 dni utrzymania Azorka w schronisku (17,22 zł dziennie bez kosztów dodatkowych). 

Ostatni przykład. Zasiłek okresowy wypłacany przez Ośrodek Pomocy Społecznej w przypadku osoby samotnie gospodarującej nie może być wyższy niż 418 zł i niższy niż 20 zł miesięcznie. Zauważcie Państwo, że Azorka w schronisku nie da się za tę kwotę utrzymać, ale człowieka to i owszem.

Kochajmy więc naszych polityków za ich miłość do piesków w pierwszym rzędzie a do ludzi na szarym końcu.

wtorek, 10 lutego 2015

Niekompetentny do bólu



Osrany rynek, totalny burdel i nikt nie wie co jest grane. Mam dość takiej sytuacji, w której spotykają mnie ludzie:

- Panie Mazulewicz! Widziałeś Pan osrany rynek?! Widziałeś Pan tamto?!

Toż kurwa mać! Ja nie jestem na etacie w gminie, bo są "godniejsi". Niemniej nerw mnie ruszył i zadzwoniłem do wiceburmistrza (durny pomysł!) by poinformować go o pewnych faktach. Była rozmowa to z cyklu "przemawiał dziad do obrazu, a obraz ani razu". Taką mamy władzę, taką sobie wybraliśmy. O! Przypomniało mi się tylko, że rodzinny klan Rogali nie zdobył zaufania społecznego i nie może pochwalić się tym, że ma mandat zaufania.
Burmistrz na urlopie, wiceburmistrz fizycznie obecne, intelektualnie nieobecny, rozpiździaj w gminie. No i jest jak jest. Mamy kolorowy syf. W to wszystko jeszcze węża wpuścić, bo nasrane już jest.


Poniżej prezentuję rozmowę telefoniczną, a raczej mój monolog z Andrzejem Rogalą - jeszcze - wiceburmistrzem, który twierdzi, że też po mieście chodzi, ale w gówno nie wdepnął. Tu z wiceburmistrzem się nie zgodzę, bo w gówno wdepnął. A ono - w mojej ocenie - ma na imię Platforma Obywatelska, którą gardzę. 


Do sprawy wrócimy jutro.









piątek, 6 lutego 2015

Sesyjna (tania)jatka - II

Powróćmy ostatniej sesji Rady Powiatu i dyskusji nad utworzeniem Zespołu Szkół, w którym to znaleźć mają się mają Liceum Ogólnokształcące oraz dwujęzyczne Gimnazjum.


Pod koniec czerwca 2014 r., Rada Pedagogiczna LO podjęła uchwałę o utworzenie takiej szkoły. Rzecz jasna nauczyciele z LO nie działali z własnej inicjatywy, bo pomysł posiadał wówczas poparcie członków Zarządu Powiatu. Zarząd Powiatu podjął odpowiednią uchwałę, co było warunkiem niezbędnym do przekucia pomysłu w czyn. Startująca w wyborach samorządowych Platforma, rzekomo Obywatelska również chwaliła się tym pomysłem.

Jednak podczas ostatniej sesji starosta, czyli Wielce Czcigodna Pomyłka, zaczął utyskiwać, że pomysł może nie wypalić i wymyślać przeróżne przyczyny, dla których należy wstrzymać się z realizacją pomysłu. Biedaczek utyskiwał na to, że każdy z przedmiotów, które mają być wykładane w języku angielskim (chemia i biologia) w zwiększonej liczbie godzin, ma tylko jednego nauczyciela. W tej sytuacji starosta zapytywał co będzie, gdy uczący w języku angielskim zachoruje lub zajdzie jakiś inny wypadek losowy. Ponadto starosta obawiał się, że nie zdąży się z naborem, że nie wiadomo czy młodzież zechce zapisać się do gimnazjum. Jednym słowem szukał wygodnego pretekstu, by nie tworzyć nowej oferty edukacyjnej.

Słowom starosty zaprzeczyła nauczycielka LO – Edyta Bretsznaider, która odważnie wyszła na mównicę i powiedziała jak sprawy wyglądają rzeczywiście.

Po pierwsze. Dwa przedmioty nauczane w języku angielskim to w myśl przepisów jest minimum dla tego typu szkół. Z biegiem czasu ofertę można wzbogacić, ale od czegoś trzeba zacząć. Po drugie. Jest rozeznanie wśród uczniów i można mówić o dużym zainteresowaniu tę ofertą edukacyjną. „Dzieciom trzeba dać więcej” – stwierdziła Edyta Bretsznaider. Po trzecie. Do tego gimnazjum trafi młodzież wyselekcjonowana. Nie ma takiej możliwości, by ktoś kto w stopniu niskim znał język angielski stał się uczniem tej placówki.  Wszyscy dowiedzieli się też, że dyrekcja i nauczyciele LO nie zasypywali też „gruszek w popiele”, bo utworzono specjalny zespół, który zajmuje się utworzeniem gimnazjum dwujęzycznego oraz przygotowane są ankiety dla uczniów klas szóstych, w których zawarte jest pytanie o ich gotowość do nauki w gimnazjum dwujęzycznym.

Wypowiedź pani nauczycielki mocna rozświetliła w głowach wszystkim tym, którzy co nieco rozumieją, czyli tak ok. 30% radnych. A ci co nie skumali o co chodzi i tak kiwali głowami na znak, że nie rozumiejąc – coś kumają.

Głos zabrał radny Andrzej Wałęga, który stwierdził: „Zabieramy uczniów gminie Góra a ta sobie na to nie pozwoli. Całe przedsięwzięcie musi być poparte liczbami, ile dzieci, itp.”

Nawet Wielce Czcigodna Pomyła raczyła stwierdzić: „Generalnie ze wszystkim się zgadzam.”

Pomysł poparła radna Mariola Szurynowska: „Pomysł wspaniały. Niech to gimnazjum zacznie funkcjonować.” Zadała tez pytanie: Co z testami poziomującymi?” Radnej – nauczycielce z Sicin chodziło to, by dziecko znało na odpowiednim poziomie język angielski. Odpowiedź jaka otrzymała w pełni ją usatysfakcjonowała.

Zastrzeżenie ponownie zgłosił radny Andrzej Wałęga, którego zainteresowała postawa gminy wobec decyzji ucznia o podjęciu nauki w gimnazjum dwujęzycznym podlegającym powiatowi a nie gminie. Niesie to za sobą utratę subwencji oświatowej, która jest przypisana do każdego ucznia a więc perspektywę zubożenia każdej gminy o spore pieniądze.

Pytanie to spotkało się z odpowiedzią ze strony radnego Mirosława Żłobińskiego, który bardzo zdziwiony zapytał: „Co gminy mają do tego gdzie dziecko będzie się uczyło? To suwerenna decyzja ucznia i jego rodziców. Gminy do tego nic nie mają!

Głos zabrała dyrektorka górowskiego LO – Małgorzata Patrzykąt: „Na posiedzeniu Zarządu przedstawiłam sprawę gimnazjum. Być może Państwo nie wszystko zrozumieli. Trzeba sprawdzić jak to wypadnie. 26 czerwca 2014 r. skierowaliśmy pismo do Zarządu w tej sprawie. Odpowiedź otrzymaliśmy w styczniu 2015 r., tuż przed feriami zimowymi.” To był piękny strzał w Zarząd. Rzec można, ze nastąpił nokaut.

Radny Grzegorz Aleksander Trojanek stwierdził: „Nic nie stoi na przeszkodzie, by gimnazjum powstało.

Radny Mirosław Żłobiński zaproponował, by na kolejne posiedzenie komisji oświaty lub sesję, gdy będzie omawiana sprawa powstania gimnazjum zaprosić przedstawicieli Rady Pedagogiczne z LO. Przewodniczący Jan Rewers zapowiedział, że tak się stanie.

Na tym dyskusję na temat utworzenie gimnazjum zakończona i czeka nas wszystkich ciąg dalszy.

Pięknie po nosku dwa razy oberwał podczas sesji radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki. A oto okoliczności, w których doszło do tego potężnego i ze wszech miar pożądanego centralnego pstryczka w nos zbyt zadarty i samozadowolony.

Sytuacja pierwsza.

Siedzi sobie radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki, siedzi, siedzi i słucha obrad sesji. Oczywiście, zgodnie z utarta tradycją nie ma nic do powiedzenia. Ot, po prostu wysiaduje swoją dietę (670 zł dieta + 150 zł dodatku jako szefa komisji bez obowiązku podatkowego).
W pewnym momencie pada pytanie o opinię kierowanej przez Marka „Bananowego Uśmiecha” Biernackiego komisji budżetu i gospodarki na temat budżetu. Ten stwierdza, że tyle a tyle głosów było za, przeciw, wstrzymało się. Dodał również, że na komisji nie było pytań.

Zareagował na to radny Mirosław Żłobiński, który powiedział: „Czy na pewno? Była rozmowa. Trudno nazwać ja dyskusją. Ja zadałem 3 pytania.”

Flagowy sztandar koalicji nieco spurpurowiał a lice jego nieco się nadymało złością.

Sytuacja druga.

Przy omawianiu budżetu, w chwili gdy opozycja ten budżet krytykowała o głos poprosił radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki. Z powagą i pełen przejęcia, jakby błonę dziewiczą przebijał po raz pierwszy w życiu, radny ów rzekł: „Dziwię się, że osoby które nie miały nic do powiedzenia podczas komisji na temat budżetu teraz zabierają głos.”

Riposta była natychmiastowa. Karzącą miecz sprawiedliwości dzierżył w swoich dłoniach radny Marek Zagrobelny. Takimi oto słowami – strzałami przebił on radnego „Bananowego Uśmiecha”:
„Pan, panie radny, który był kadencję w samorządzie gminnym i jest już drugą kadencję w samorządzie powiatowym co razem daje 12 lat kariery zawsze miał podczas tego okresu jedno zdanie do wypowiedzenia na sesji: komisja taka to a taka przyjęła projekt uchwały. Gratuluje panu.”

Radnego „Bananowego Uśmiecha” zahibernowało. Zbladł, sczerwieniał, zbladł ponownie. Myślałem, że oczy mu na orbit wyjdą albo, co byłoby gorzej dla wszystkich obecnych na sali, że nastąpi niekontrolowana dekompresja odbytu radnego. Do końca sesji radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki pozostał w stanie najgłębszej hibernacji.


Krótko mówiąc sesja wyglądała tak, że opozycja pokazała koalicji, gdzie raczki w tym sezonie będą zimować. Zimować będą w ciszy a opozycja będzie te raczki gotować na wiele sposobów. A każdy będzie bardziej wymyślny i bolesny od poprzedniego. 

czwartek, 5 lutego 2015

Świadek na siłę


Bywa w życiu tak, że człowiek może znaleźć się w pewnym miejscu, być tam i zapomnieć że był. Ot, było się i wybyło.

3 września 2013 r. byłem ze swoim serdecznym kolegą w Sądzie Rejonowym w charakterze osoby towarzyszącej. Kolega miał tam jakąś sprawę ze swoją byłą, z którą nigdy być nie powinien. Na sprawę przyjechaliśmy lekko spóźnieni. Dodatkowo kolega zapomniał wezwania i nie mieliśmy pojęcia, o której godzinie będzie miał radość ujrzeć swoją byłą. Podzieliśmy się rolami. On wziął na klatę jeden poziom sądu, a ja drugi. I to w tempie, bo już byliśmy w niedoczasie.

No więc ja lecę po swoim poziomie i oglądam wokandy. Ale tak w pełnym biegu, bo na spacerek czasu nie ma. W pewnym momencie widzę panią radczynię prawną Jolantę Samsel – Hryń, którą znam. Wywiązuje się pomiędzy nami krótki dialog:

- Dzień dobry panie Robercie!
- Dzień dobry pani mecenas!
- Co pan tu robi?
- Przyjechałem z kolegą na jego sprawę!

Pognałem dalej, bo sala rozpraw wciąż nieodnaleziona.

Sprawa kolegi się odbyła. Wróciliśmy do Góry. Zwycięstwo kolegi zostało uczczone. Wydawałoby się, że „koniec polki galopki” i wszystko co tego dnia się wydarzyło raz na zawsze zostało zakończone.

Aliści jakiś rok później – może rok z okładem – otrzymuję wezwanie do sądu w Głogowie. Pomińmy w jakiej sprawie, bo do dzisiaj nie wiem w jakiej. Patrz w to wezwanie, główkuję, kombinuję i za cholerę nie wiem o co chodzi. A tam stoi: sprawa karna i ja jako świadek. Osoba oskarżenia mi zupełnie nieznana. Co jest grane? – pytam sam siebie, ale odpowiedzi w sumieniu swoim nie znajduję. A i pamięć nic nie podpowiada.

Jakoś jesienią ubiegłego roku dowiaduję się, że poszukuje mnie pani radczyni Jolanta Samsel – Hryń, która w pewnym miejscu usiłowała wręczyć moim znajomym jakieś wezwanie. Oczywiście moi znajomi odmówili przyjęcia tego „prezentu”, co zrobili słusznie, bo ja żadnych tego typu „prezentów” od adwokatów czy mecenasów nie oczekują i nie pożądam.

Na jakiś czas zapadła cisza i spokój. Zapomniałem o całej sprawie. Ale któregoś dnia dzwoni do mnie mój bardzo dobry znajomy – nazwijmy go XY - i mówi, że oczekuje u niego  na mnie „pani Hryń”. I pyta mnie czy ja znam ta panią. Zgodnie z prawdą stwierdziłem, że i owszem. Ponieważ akurat wracałem do mojego najpiękniejszego miasta poprosiłem, by chwilę na mnie poczekała u niego.

Doszło do spotkania. Pani radczyni prawna Jolanta Samsel – Hryń poinformowała mnie, że jestem świadkiem w sprawie, na którą otrzymałem wezwanie. Moje zdumienie nie miało granic! Nazwisko oskarżonej nic mi nie mówiło, ale również tez pamięć nie podpowiadała mi niczego istotnego, co stanowiłoby powód do świadkowania.

Pani radczyni zaczęła „odświeżać” moją pamięć. Przypomniała mi dzień 3 września 2014 r., i nasze spotkanie w gmachu sądu w Głogowie. Sam fakt spotkania zapamiętałem. I do tego momentu rozmowa szła nam gładko. Później było już gorzej. Pani radczyni zaczęła mi opowiadać o tym, że byłem świadkiem awantury i wyzwisk w holu sądowym. Wytężałem umysł, wytężałem i za jasną cholerę nie mogłem sobie przypomnieć żadnej awantury i wyzwisk.

Przyznam, że byłem mocno skonfundowany słowami pani radczyni, bo kobieta to miła i przykrość bym jej zrobił, gdybym stanowczo powiedział, że nic nie pamiętam i dobra kobieto odczep się ode mnie.

I ten brak chamstwa i prostactwa, wrażliwość na urok kobiecy miał dla mnie fatalne następstwa.

Jak ostatni idiota powiedziałem pani radczyni, że pomyślę nad sprawą. Ona z kolei oświadczyła, że jutro jest rozprawa i zadzwoni do mnie, by dowiedzieć się skąd ma mnie zabrać do sądu. I ja – w tym momencie czysty idiota! – wyraziłem na to zgodę.

Powiedzmy tak. Noc poprzedzająca rozprawę, na którą miałem jechać była bezsenna. Za nic nie mogłem sobie przypomnieć zajścia, którego opis przedstawiła mi pani radczyni prawna Jolanta Samsel – Hryń. Pamiętałem nasz krótki dialog, ale reszta jakoś nie zagnieździła się w mojej pamięci.

Rano ok. 8.00 (nawet nie pamiętam jaki był to miesiąc, ale chyba październik 2014) odebrałem telefon od pani radczyni, która wskazała mi miejsce, w którym na mnie oczekuje. Udałem się tam i powiedziałem, że nigdzie nie jadę, bo nie pamiętam sytuacji, która mi naświetliła dzień wcześniej. Odwróciłem się plecami i odszedłem, by dopić swoja kawę. Wkrótce do budynku weszła pani radczyni i raz jeszcze nalegała na mnie, by jechał, że na pewno pamiętam sytuację. Zdecydowanie odmówiłem.

Coś mnie jednak tknęło i opowiedziałem o całej historii kilku osobom znajdującym się w tym budynku, które zresztą same mnie pytały co się dzieje. Zdziwieni byli wszyscy.

Na drugi dzień mój znajomy, którego nazwałem w tekście XY informuje mnie, że była u niego pani radczyni i prosiła go, by wpłynął on na mnie w ten sposób bym zeznawał w kierunku przez nią wytyczony. Znajomy XY stwierdził, że wygląda na to, że bardzo zależy jej na tym procesie. Oczywiście znajomy ów w żaden sposób nie usiłował wpłynąć na mnie, ale przekazywał mi słowa radczyni prawnej, pani Jolanty Samsel – Hryń.

I tu popełniłem kolejny błąd. Trzeba było natychmiast fakt ten zgłosić do sądu. A ja durny dwukrotnie zaniechałem tej jakże prostej czynności. Znajomy XY poinformował mnie również, że pani radczyni prosiła, by powiedział mi, że sąd za moja nieobecność na sprawie nałożył na mnie grzywnę w kwocie 700 zł., ale jeżeli ja zgodzę się zeznawać to grzywna ta zostanie uchylona.

Zapachniało gnojem.

Przychodzi kolejne wezwanie na rozprawę na 1 grudnia 2014 r. Dzień wcześniej chwytam jakąś bakterię, która powoduje wymioty i gorączkę. Tym razem jestem rozsądniejszy. Wiem, że nie dam rady dojechać do Głogowa. Dzwonię do sądu i tłumaczę swoją sytuację. Pani radzi mi wysłać faks. Tak też robię. Piszę w nim m.in.:

W dniu dzisiejszym czuje się bardzo źle i nie mam możliwości dojechania do Głogowa, żeby zeznawać w tej sprawie, która jest dla mnie kompletnie nieznana i moje zeznania mogą ograniczyć się do jednego zdania: Nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie.

Informuję również sąd, że:

Ponadto Jolanta Samsel – Hryń naciskała na mnie bym zeznawał zgodnie z tym, co ona twierdzi , a czego ja sobie nie przypominam.

A na zakończenie dodałem:

W tej sytuacji proszę Wysoki Sąd o wyłączenie mnie z listy świadków. Proszę również upomnieć Jolantę Samsel – Hryń, by nie sugerowała treści zeznań wydumanym świadkom.

Wydawało mi się, że to było przysłowiowe „cześć pieśni”.


Okazało się, że sąd w Głogowie chce, by jednak solówkę odśpiewał na sali sądowej. Otrzymuję ponownie wezwanie na rozprawę. Data stawienia: 5 lutego. Raz jeszcze podkreślam, że wezwanie odebrałem.

Tym razem jestem wściekły, bo raz, że szkoda mi czasu a dwa, to to, że nadal nie mam pojęcia co to za sprawa i o co w niej chodzi.

Jest 4 lutego, ok. godz. 14,45. Kończę posta o pieskach. Kątem oka widzę wkraczających do biblioteki pedagogicznej funkcjonariuszy policji. Domyśla się o co chodzi. Policjant informuje mnie, że muszę iść z nimi. Kończę. Wstaję. Wychodzimy. Na wszelki wypadek podpisuję pełnomocnictwo dla adwokata, bo jeden z moich znajomych nie wie w czym rzecz. PZU SA Przezorny Zawsze Ubezpieczony Solidnym Adwokatem.

Przewożą mnie na komendą policji. Informują, że sąd wydał nakaz doprowadzenia mnie na rozprawę, która ma się odbyć 5 lutego w Głogowie.

Zamykają w celi. Kupa czasu do poranka. Czytam gazetę dostarczoną przez Mirosława Żłobińskiego. Noc jakoś zlatuje. Jadę w towarzystwie policjantów do Głogowa. Sala nr 216. Czekamy na wezwanie na rozprawę. Sędzia wzywa. Policjant - pan Tomek - pyta sędziego czy będą jeszcze potrzebni. Odpowiedź sędziego przecząca. Zeznaję, że w tej sprawie nie mam nic do zeznania. Opowiadam krótko sędziemu, jak wygląda sprawa i o roli jaką odegrała w uwikłaniu mnie w nią pani radczyni Jolanta Samsel – Hryń. Sędzia wyjaśnia, że to jacyś ludzie z sądowego korytarza mnie rozpoznali i stwierdzili, że byłem świadkiem jakichś zajść. Nie komentuję tego. Sędzia poucza mnie, że mam prawo założyć skargę do Okręgowej Izby Radców Prawnych, który to adres – informuje mnie sędzia – mogę uzyskać w sekretariacie. Dziękuję sędziemu i zapewniam że skarga zostanie złożona. Żegnam się i opuszczam salę rozpraw. Wszystko trwało może z 7 minut.


McDonald i wracam z przyjaciółmi do Góry. W głowie rodzi się skarga na radczynię prawną Jolantę Samsel – Hryń. Tego numeru nie popuszczę!

środa, 4 lutego 2015

Bez komentarza

Wszyscy widzimy w naszym mieście wałęsające się psy. Nikt nie wie do kogo należą, ale czasami roi się od nich na ulicach. Wielu mieszkańców boi się ich, przechodzi na druga stronę ulicy lub rezygnuje z obranej drogi i jej nadkłada, by nie paść ofiarą kłów lub kiełków. A przecież kochamy zwierzęta więc nie należy ich się bać! Przecież taka psinka nie zeżre z butami. Capnie, potarga, krwi nieco upuści i już lekarze mają pracę, Sanepid wkracza do akcji a nasza waleczna Straż Miejska ma ręce pełne roboty.

Jeżeli mili Państwo chodzi o naszą dzielną i waleczną Straż Miejską, to w akcji jest ona tylko gdy ma samochód, a jak nie ma samochodu, by takie psy ścigać z rykiem wywołanym gigantyczną mocą ich rajdowego Vito, są bezradni i ślepi niczym dziecię w mgle. Taką informację uzyskała mieszkanka naszego miasta, którego 15. letniego syna pogryzł bezpański pies w styczniu br.

Strażnik Miejski Marek Papmel – bo on to udzielił tej strategicznej informacji nie bacząc na to, że bezsilność strażników miejskich pozbawionych samochodu objęta jest klauzulą najwyższej poufności, postanowił matkę poszkodowanego dziecka wciągnąć do współpracy ze Strażą Miejską. Nakazał pani pilnowanie psa, który pogryzł jej synka. Sam udał się po kości, by … (a nie, pokręciło mi się coś. Nie z tej notatki tekst odczytałem. To słowa ze szkicu wykonanego węglem do posta: „Kość intelektu nie dla radnego Biernackiego”, który jeszcze wygładzam niczym grabarz mogiłę łopatą).

Strażnik (?) Miejski Papmel nakazał matce poszkodowanego chłopca, by ta pilnowała psa do godz. 16.00, gdy Straż Miejska otrzyma samochód. A była godz. 10.00 rano. Z pomocą pani przyszedł policjant pan Tomasz Kłak i podjął interwencję.

A poszkodowana sama szukała psa na ulicach naszego miasta. Wiadomo, co dzikiej się z ofiarą psiej agresji połączonej ze strażniczą obojętnością. W przypadku zniknięcia agresywnego psa dziecko trafiłoby do kliniki, gdzie raczej lodów i słodyczy by mu nie ordynowano.

I cóż mamy w podsumowaniu. Sfory psów wałęsające się po mieście i zanieczyszczających wszystko co pod ogon wpadnie, strach ludzi, ból dziecka, przerażenie matki i strażnika miejskiego, którego to wszystko niewiele obchodzi. To co zademonstrował strażnik (?) Marek Papmel kwalifikuje go do bycia strażnikiem, ale chyba tylko w naszym mieście i przy tej władzy. A Państwo płacicie na jego utrzymanie! I po co?!


Poniżej widzą Państwo zdjęcia z przechowalni dla psów, która mieści się za UMiG. Są to zdjęcia z dzisiejszego poranka. Komentarza nie wymagają.