piątek, 6 lutego 2015

Sesyjna (tania)jatka - II

Powróćmy ostatniej sesji Rady Powiatu i dyskusji nad utworzeniem Zespołu Szkół, w którym to znaleźć mają się mają Liceum Ogólnokształcące oraz dwujęzyczne Gimnazjum.


Pod koniec czerwca 2014 r., Rada Pedagogiczna LO podjęła uchwałę o utworzenie takiej szkoły. Rzecz jasna nauczyciele z LO nie działali z własnej inicjatywy, bo pomysł posiadał wówczas poparcie członków Zarządu Powiatu. Zarząd Powiatu podjął odpowiednią uchwałę, co było warunkiem niezbędnym do przekucia pomysłu w czyn. Startująca w wyborach samorządowych Platforma, rzekomo Obywatelska również chwaliła się tym pomysłem.

Jednak podczas ostatniej sesji starosta, czyli Wielce Czcigodna Pomyłka, zaczął utyskiwać, że pomysł może nie wypalić i wymyślać przeróżne przyczyny, dla których należy wstrzymać się z realizacją pomysłu. Biedaczek utyskiwał na to, że każdy z przedmiotów, które mają być wykładane w języku angielskim (chemia i biologia) w zwiększonej liczbie godzin, ma tylko jednego nauczyciela. W tej sytuacji starosta zapytywał co będzie, gdy uczący w języku angielskim zachoruje lub zajdzie jakiś inny wypadek losowy. Ponadto starosta obawiał się, że nie zdąży się z naborem, że nie wiadomo czy młodzież zechce zapisać się do gimnazjum. Jednym słowem szukał wygodnego pretekstu, by nie tworzyć nowej oferty edukacyjnej.

Słowom starosty zaprzeczyła nauczycielka LO – Edyta Bretsznaider, która odważnie wyszła na mównicę i powiedziała jak sprawy wyglądają rzeczywiście.

Po pierwsze. Dwa przedmioty nauczane w języku angielskim to w myśl przepisów jest minimum dla tego typu szkół. Z biegiem czasu ofertę można wzbogacić, ale od czegoś trzeba zacząć. Po drugie. Jest rozeznanie wśród uczniów i można mówić o dużym zainteresowaniu tę ofertą edukacyjną. „Dzieciom trzeba dać więcej” – stwierdziła Edyta Bretsznaider. Po trzecie. Do tego gimnazjum trafi młodzież wyselekcjonowana. Nie ma takiej możliwości, by ktoś kto w stopniu niskim znał język angielski stał się uczniem tej placówki.  Wszyscy dowiedzieli się też, że dyrekcja i nauczyciele LO nie zasypywali też „gruszek w popiele”, bo utworzono specjalny zespół, który zajmuje się utworzeniem gimnazjum dwujęzycznego oraz przygotowane są ankiety dla uczniów klas szóstych, w których zawarte jest pytanie o ich gotowość do nauki w gimnazjum dwujęzycznym.

Wypowiedź pani nauczycielki mocna rozświetliła w głowach wszystkim tym, którzy co nieco rozumieją, czyli tak ok. 30% radnych. A ci co nie skumali o co chodzi i tak kiwali głowami na znak, że nie rozumiejąc – coś kumają.

Głos zabrał radny Andrzej Wałęga, który stwierdził: „Zabieramy uczniów gminie Góra a ta sobie na to nie pozwoli. Całe przedsięwzięcie musi być poparte liczbami, ile dzieci, itp.”

Nawet Wielce Czcigodna Pomyła raczyła stwierdzić: „Generalnie ze wszystkim się zgadzam.”

Pomysł poparła radna Mariola Szurynowska: „Pomysł wspaniały. Niech to gimnazjum zacznie funkcjonować.” Zadała tez pytanie: Co z testami poziomującymi?” Radnej – nauczycielce z Sicin chodziło to, by dziecko znało na odpowiednim poziomie język angielski. Odpowiedź jaka otrzymała w pełni ją usatysfakcjonowała.

Zastrzeżenie ponownie zgłosił radny Andrzej Wałęga, którego zainteresowała postawa gminy wobec decyzji ucznia o podjęciu nauki w gimnazjum dwujęzycznym podlegającym powiatowi a nie gminie. Niesie to za sobą utratę subwencji oświatowej, która jest przypisana do każdego ucznia a więc perspektywę zubożenia każdej gminy o spore pieniądze.

Pytanie to spotkało się z odpowiedzią ze strony radnego Mirosława Żłobińskiego, który bardzo zdziwiony zapytał: „Co gminy mają do tego gdzie dziecko będzie się uczyło? To suwerenna decyzja ucznia i jego rodziców. Gminy do tego nic nie mają!

Głos zabrała dyrektorka górowskiego LO – Małgorzata Patrzykąt: „Na posiedzeniu Zarządu przedstawiłam sprawę gimnazjum. Być może Państwo nie wszystko zrozumieli. Trzeba sprawdzić jak to wypadnie. 26 czerwca 2014 r. skierowaliśmy pismo do Zarządu w tej sprawie. Odpowiedź otrzymaliśmy w styczniu 2015 r., tuż przed feriami zimowymi.” To był piękny strzał w Zarząd. Rzec można, ze nastąpił nokaut.

Radny Grzegorz Aleksander Trojanek stwierdził: „Nic nie stoi na przeszkodzie, by gimnazjum powstało.

Radny Mirosław Żłobiński zaproponował, by na kolejne posiedzenie komisji oświaty lub sesję, gdy będzie omawiana sprawa powstania gimnazjum zaprosić przedstawicieli Rady Pedagogiczne z LO. Przewodniczący Jan Rewers zapowiedział, że tak się stanie.

Na tym dyskusję na temat utworzenie gimnazjum zakończona i czeka nas wszystkich ciąg dalszy.

Pięknie po nosku dwa razy oberwał podczas sesji radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki. A oto okoliczności, w których doszło do tego potężnego i ze wszech miar pożądanego centralnego pstryczka w nos zbyt zadarty i samozadowolony.

Sytuacja pierwsza.

Siedzi sobie radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki, siedzi, siedzi i słucha obrad sesji. Oczywiście, zgodnie z utarta tradycją nie ma nic do powiedzenia. Ot, po prostu wysiaduje swoją dietę (670 zł dieta + 150 zł dodatku jako szefa komisji bez obowiązku podatkowego).
W pewnym momencie pada pytanie o opinię kierowanej przez Marka „Bananowego Uśmiecha” Biernackiego komisji budżetu i gospodarki na temat budżetu. Ten stwierdza, że tyle a tyle głosów było za, przeciw, wstrzymało się. Dodał również, że na komisji nie było pytań.

Zareagował na to radny Mirosław Żłobiński, który powiedział: „Czy na pewno? Była rozmowa. Trudno nazwać ja dyskusją. Ja zadałem 3 pytania.”

Flagowy sztandar koalicji nieco spurpurowiał a lice jego nieco się nadymało złością.

Sytuacja druga.

Przy omawianiu budżetu, w chwili gdy opozycja ten budżet krytykowała o głos poprosił radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki. Z powagą i pełen przejęcia, jakby błonę dziewiczą przebijał po raz pierwszy w życiu, radny ów rzekł: „Dziwię się, że osoby które nie miały nic do powiedzenia podczas komisji na temat budżetu teraz zabierają głos.”

Riposta była natychmiastowa. Karzącą miecz sprawiedliwości dzierżył w swoich dłoniach radny Marek Zagrobelny. Takimi oto słowami – strzałami przebił on radnego „Bananowego Uśmiecha”:
„Pan, panie radny, który był kadencję w samorządzie gminnym i jest już drugą kadencję w samorządzie powiatowym co razem daje 12 lat kariery zawsze miał podczas tego okresu jedno zdanie do wypowiedzenia na sesji: komisja taka to a taka przyjęła projekt uchwały. Gratuluje panu.”

Radnego „Bananowego Uśmiecha” zahibernowało. Zbladł, sczerwieniał, zbladł ponownie. Myślałem, że oczy mu na orbit wyjdą albo, co byłoby gorzej dla wszystkich obecnych na sali, że nastąpi niekontrolowana dekompresja odbytu radnego. Do końca sesji radny Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki pozostał w stanie najgłębszej hibernacji.


Krótko mówiąc sesja wyglądała tak, że opozycja pokazała koalicji, gdzie raczki w tym sezonie będą zimować. Zimować będą w ciszy a opozycja będzie te raczki gotować na wiele sposobów. A każdy będzie bardziej wymyślny i bolesny od poprzedniego. 

czwartek, 5 lutego 2015

Świadek na siłę


Bywa w życiu tak, że człowiek może znaleźć się w pewnym miejscu, być tam i zapomnieć że był. Ot, było się i wybyło.

3 września 2013 r. byłem ze swoim serdecznym kolegą w Sądzie Rejonowym w charakterze osoby towarzyszącej. Kolega miał tam jakąś sprawę ze swoją byłą, z którą nigdy być nie powinien. Na sprawę przyjechaliśmy lekko spóźnieni. Dodatkowo kolega zapomniał wezwania i nie mieliśmy pojęcia, o której godzinie będzie miał radość ujrzeć swoją byłą. Podzieliśmy się rolami. On wziął na klatę jeden poziom sądu, a ja drugi. I to w tempie, bo już byliśmy w niedoczasie.

No więc ja lecę po swoim poziomie i oglądam wokandy. Ale tak w pełnym biegu, bo na spacerek czasu nie ma. W pewnym momencie widzę panią radczynię prawną Jolantę Samsel – Hryń, którą znam. Wywiązuje się pomiędzy nami krótki dialog:

- Dzień dobry panie Robercie!
- Dzień dobry pani mecenas!
- Co pan tu robi?
- Przyjechałem z kolegą na jego sprawę!

Pognałem dalej, bo sala rozpraw wciąż nieodnaleziona.

Sprawa kolegi się odbyła. Wróciliśmy do Góry. Zwycięstwo kolegi zostało uczczone. Wydawałoby się, że „koniec polki galopki” i wszystko co tego dnia się wydarzyło raz na zawsze zostało zakończone.

Aliści jakiś rok później – może rok z okładem – otrzymuję wezwanie do sądu w Głogowie. Pomińmy w jakiej sprawie, bo do dzisiaj nie wiem w jakiej. Patrz w to wezwanie, główkuję, kombinuję i za cholerę nie wiem o co chodzi. A tam stoi: sprawa karna i ja jako świadek. Osoba oskarżenia mi zupełnie nieznana. Co jest grane? – pytam sam siebie, ale odpowiedzi w sumieniu swoim nie znajduję. A i pamięć nic nie podpowiada.

Jakoś jesienią ubiegłego roku dowiaduję się, że poszukuje mnie pani radczyni Jolanta Samsel – Hryń, która w pewnym miejscu usiłowała wręczyć moim znajomym jakieś wezwanie. Oczywiście moi znajomi odmówili przyjęcia tego „prezentu”, co zrobili słusznie, bo ja żadnych tego typu „prezentów” od adwokatów czy mecenasów nie oczekują i nie pożądam.

Na jakiś czas zapadła cisza i spokój. Zapomniałem o całej sprawie. Ale któregoś dnia dzwoni do mnie mój bardzo dobry znajomy – nazwijmy go XY - i mówi, że oczekuje u niego  na mnie „pani Hryń”. I pyta mnie czy ja znam ta panią. Zgodnie z prawdą stwierdziłem, że i owszem. Ponieważ akurat wracałem do mojego najpiękniejszego miasta poprosiłem, by chwilę na mnie poczekała u niego.

Doszło do spotkania. Pani radczyni prawna Jolanta Samsel – Hryń poinformowała mnie, że jestem świadkiem w sprawie, na którą otrzymałem wezwanie. Moje zdumienie nie miało granic! Nazwisko oskarżonej nic mi nie mówiło, ale również tez pamięć nie podpowiadała mi niczego istotnego, co stanowiłoby powód do świadkowania.

Pani radczyni zaczęła „odświeżać” moją pamięć. Przypomniała mi dzień 3 września 2014 r., i nasze spotkanie w gmachu sądu w Głogowie. Sam fakt spotkania zapamiętałem. I do tego momentu rozmowa szła nam gładko. Później było już gorzej. Pani radczyni zaczęła mi opowiadać o tym, że byłem świadkiem awantury i wyzwisk w holu sądowym. Wytężałem umysł, wytężałem i za jasną cholerę nie mogłem sobie przypomnieć żadnej awantury i wyzwisk.

Przyznam, że byłem mocno skonfundowany słowami pani radczyni, bo kobieta to miła i przykrość bym jej zrobił, gdybym stanowczo powiedział, że nic nie pamiętam i dobra kobieto odczep się ode mnie.

I ten brak chamstwa i prostactwa, wrażliwość na urok kobiecy miał dla mnie fatalne następstwa.

Jak ostatni idiota powiedziałem pani radczyni, że pomyślę nad sprawą. Ona z kolei oświadczyła, że jutro jest rozprawa i zadzwoni do mnie, by dowiedzieć się skąd ma mnie zabrać do sądu. I ja – w tym momencie czysty idiota! – wyraziłem na to zgodę.

Powiedzmy tak. Noc poprzedzająca rozprawę, na którą miałem jechać była bezsenna. Za nic nie mogłem sobie przypomnieć zajścia, którego opis przedstawiła mi pani radczyni prawna Jolanta Samsel – Hryń. Pamiętałem nasz krótki dialog, ale reszta jakoś nie zagnieździła się w mojej pamięci.

Rano ok. 8.00 (nawet nie pamiętam jaki był to miesiąc, ale chyba październik 2014) odebrałem telefon od pani radczyni, która wskazała mi miejsce, w którym na mnie oczekuje. Udałem się tam i powiedziałem, że nigdzie nie jadę, bo nie pamiętam sytuacji, która mi naświetliła dzień wcześniej. Odwróciłem się plecami i odszedłem, by dopić swoja kawę. Wkrótce do budynku weszła pani radczyni i raz jeszcze nalegała na mnie, by jechał, że na pewno pamiętam sytuację. Zdecydowanie odmówiłem.

Coś mnie jednak tknęło i opowiedziałem o całej historii kilku osobom znajdującym się w tym budynku, które zresztą same mnie pytały co się dzieje. Zdziwieni byli wszyscy.

Na drugi dzień mój znajomy, którego nazwałem w tekście XY informuje mnie, że była u niego pani radczyni i prosiła go, by wpłynął on na mnie w ten sposób bym zeznawał w kierunku przez nią wytyczony. Znajomy XY stwierdził, że wygląda na to, że bardzo zależy jej na tym procesie. Oczywiście znajomy ów w żaden sposób nie usiłował wpłynąć na mnie, ale przekazywał mi słowa radczyni prawnej, pani Jolanty Samsel – Hryń.

I tu popełniłem kolejny błąd. Trzeba było natychmiast fakt ten zgłosić do sądu. A ja durny dwukrotnie zaniechałem tej jakże prostej czynności. Znajomy XY poinformował mnie również, że pani radczyni prosiła, by powiedział mi, że sąd za moja nieobecność na sprawie nałożył na mnie grzywnę w kwocie 700 zł., ale jeżeli ja zgodzę się zeznawać to grzywna ta zostanie uchylona.

Zapachniało gnojem.

Przychodzi kolejne wezwanie na rozprawę na 1 grudnia 2014 r. Dzień wcześniej chwytam jakąś bakterię, która powoduje wymioty i gorączkę. Tym razem jestem rozsądniejszy. Wiem, że nie dam rady dojechać do Głogowa. Dzwonię do sądu i tłumaczę swoją sytuację. Pani radzi mi wysłać faks. Tak też robię. Piszę w nim m.in.:

W dniu dzisiejszym czuje się bardzo źle i nie mam możliwości dojechania do Głogowa, żeby zeznawać w tej sprawie, która jest dla mnie kompletnie nieznana i moje zeznania mogą ograniczyć się do jednego zdania: Nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie.

Informuję również sąd, że:

Ponadto Jolanta Samsel – Hryń naciskała na mnie bym zeznawał zgodnie z tym, co ona twierdzi , a czego ja sobie nie przypominam.

A na zakończenie dodałem:

W tej sytuacji proszę Wysoki Sąd o wyłączenie mnie z listy świadków. Proszę również upomnieć Jolantę Samsel – Hryń, by nie sugerowała treści zeznań wydumanym świadkom.

Wydawało mi się, że to było przysłowiowe „cześć pieśni”.


Okazało się, że sąd w Głogowie chce, by jednak solówkę odśpiewał na sali sądowej. Otrzymuję ponownie wezwanie na rozprawę. Data stawienia: 5 lutego. Raz jeszcze podkreślam, że wezwanie odebrałem.

Tym razem jestem wściekły, bo raz, że szkoda mi czasu a dwa, to to, że nadal nie mam pojęcia co to za sprawa i o co w niej chodzi.

Jest 4 lutego, ok. godz. 14,45. Kończę posta o pieskach. Kątem oka widzę wkraczających do biblioteki pedagogicznej funkcjonariuszy policji. Domyśla się o co chodzi. Policjant informuje mnie, że muszę iść z nimi. Kończę. Wstaję. Wychodzimy. Na wszelki wypadek podpisuję pełnomocnictwo dla adwokata, bo jeden z moich znajomych nie wie w czym rzecz. PZU SA Przezorny Zawsze Ubezpieczony Solidnym Adwokatem.

Przewożą mnie na komendą policji. Informują, że sąd wydał nakaz doprowadzenia mnie na rozprawę, która ma się odbyć 5 lutego w Głogowie.

Zamykają w celi. Kupa czasu do poranka. Czytam gazetę dostarczoną przez Mirosława Żłobińskiego. Noc jakoś zlatuje. Jadę w towarzystwie policjantów do Głogowa. Sala nr 216. Czekamy na wezwanie na rozprawę. Sędzia wzywa. Policjant - pan Tomek - pyta sędziego czy będą jeszcze potrzebni. Odpowiedź sędziego przecząca. Zeznaję, że w tej sprawie nie mam nic do zeznania. Opowiadam krótko sędziemu, jak wygląda sprawa i o roli jaką odegrała w uwikłaniu mnie w nią pani radczyni Jolanta Samsel – Hryń. Sędzia wyjaśnia, że to jacyś ludzie z sądowego korytarza mnie rozpoznali i stwierdzili, że byłem świadkiem jakichś zajść. Nie komentuję tego. Sędzia poucza mnie, że mam prawo założyć skargę do Okręgowej Izby Radców Prawnych, który to adres – informuje mnie sędzia – mogę uzyskać w sekretariacie. Dziękuję sędziemu i zapewniam że skarga zostanie złożona. Żegnam się i opuszczam salę rozpraw. Wszystko trwało może z 7 minut.


McDonald i wracam z przyjaciółmi do Góry. W głowie rodzi się skarga na radczynię prawną Jolantę Samsel – Hryń. Tego numeru nie popuszczę!

środa, 4 lutego 2015

Bez komentarza

Wszyscy widzimy w naszym mieście wałęsające się psy. Nikt nie wie do kogo należą, ale czasami roi się od nich na ulicach. Wielu mieszkańców boi się ich, przechodzi na druga stronę ulicy lub rezygnuje z obranej drogi i jej nadkłada, by nie paść ofiarą kłów lub kiełków. A przecież kochamy zwierzęta więc nie należy ich się bać! Przecież taka psinka nie zeżre z butami. Capnie, potarga, krwi nieco upuści i już lekarze mają pracę, Sanepid wkracza do akcji a nasza waleczna Straż Miejska ma ręce pełne roboty.

Jeżeli mili Państwo chodzi o naszą dzielną i waleczną Straż Miejską, to w akcji jest ona tylko gdy ma samochód, a jak nie ma samochodu, by takie psy ścigać z rykiem wywołanym gigantyczną mocą ich rajdowego Vito, są bezradni i ślepi niczym dziecię w mgle. Taką informację uzyskała mieszkanka naszego miasta, którego 15. letniego syna pogryzł bezpański pies w styczniu br.

Strażnik Miejski Marek Papmel – bo on to udzielił tej strategicznej informacji nie bacząc na to, że bezsilność strażników miejskich pozbawionych samochodu objęta jest klauzulą najwyższej poufności, postanowił matkę poszkodowanego dziecka wciągnąć do współpracy ze Strażą Miejską. Nakazał pani pilnowanie psa, który pogryzł jej synka. Sam udał się po kości, by … (a nie, pokręciło mi się coś. Nie z tej notatki tekst odczytałem. To słowa ze szkicu wykonanego węglem do posta: „Kość intelektu nie dla radnego Biernackiego”, który jeszcze wygładzam niczym grabarz mogiłę łopatą).

Strażnik (?) Miejski Papmel nakazał matce poszkodowanego chłopca, by ta pilnowała psa do godz. 16.00, gdy Straż Miejska otrzyma samochód. A była godz. 10.00 rano. Z pomocą pani przyszedł policjant pan Tomasz Kłak i podjął interwencję.

A poszkodowana sama szukała psa na ulicach naszego miasta. Wiadomo, co dzikiej się z ofiarą psiej agresji połączonej ze strażniczą obojętnością. W przypadku zniknięcia agresywnego psa dziecko trafiłoby do kliniki, gdzie raczej lodów i słodyczy by mu nie ordynowano.

I cóż mamy w podsumowaniu. Sfory psów wałęsające się po mieście i zanieczyszczających wszystko co pod ogon wpadnie, strach ludzi, ból dziecka, przerażenie matki i strażnika miejskiego, którego to wszystko niewiele obchodzi. To co zademonstrował strażnik (?) Marek Papmel kwalifikuje go do bycia strażnikiem, ale chyba tylko w naszym mieście i przy tej władzy. A Państwo płacicie na jego utrzymanie! I po co?!


Poniżej widzą Państwo zdjęcia z przechowalni dla psów, która mieści się za UMiG. Są to zdjęcia z dzisiejszego poranka. Komentarza nie wymagają.




wtorek, 3 lutego 2015

Sesyjna (tania)jatka

Ciekawa była sesja Rady Powiatu, która odbyła się 29 stycznia. Program sesji przewidywał 10 punktów. Starzy bywalcy sesyjni oceniali, że sesja potrwa do dwóch godzin i będzie „po herbacie.” Wszystkich jednak czekała spora niespodzianka. O niektórych pokrótce.

Już na wstępie radny Jan Przybylski zarzucił rządzącej koalicji, że „nagminnie łamie prawo” oraz wezwał do stosowania się do „przepisów prawa”. Poszło o protokół z sesji, który powinien być publikowany na stronie starostwa na 7 dni przed sesją. Tak się jednak nie dzieje.

Radny Mirosław Żłobiński zadał pytanie: „Kto decyduje o treści protokołu?” I przypomniał, że na jednej z poprzednich sesji mówił o tym, by sesje odbywały się w godzinach popołudniowych. Zapisu swojego wystąpienia nie odnalazł w protokole i stąd jego pytanie. Na sali zapadła głucha cisza. Nikt nie wyjaśnił kto decyduje o tym co będzie a czego nie będzie w protokole. Te niewygodne pytanie pominięto milczeniem. Odważnych w koalicji tradycyjnie nie było.

Na uchybienia prawne wskazał również radny Marek Zagrobelny, który potwierdził, że protokół z poprzedniej sesji powinien był być dostępny 23 stycznia a nie był. Jest to: „naruszenie zapisów statutu” – stwierdził radny.

Przewodniczący Rady Powiatu, słaby merytorycznie jak cała koalicja, stwierdził, że „zwróci na to uwagę.”

Swoje pytanie nadal drążył radny Mirosław Żłobiński, który pytał: „Kto ingeruje w treść wypowiedzi i kto usuwa?”

Przewodniczący Jan Rewers stwierdził, że: „Takie rzeczy nie mogą mieć miejsca”. Odważny inaczej cenzor jednak się nie ujawnił.

Głos zabrał starosta – wielce Czcigodna Pomyłka, który coś tam mówił, ale ja jego mowy rzadko notuję, bo wiem o czym będzie ględził a ponadto on strasznie posługuje się nasza mową ojczystą. Po kilku minutach jego ględzenie uszy mnie bolą.

Głos zabrał radny Jan Przybylski, który w dłuższym wywodzie przedstawił swoje obiekcje co do pracy zarządu. Nawiasem mówiąc ten starszy, poczciwy człowiek jeszcze wierzy, że Zarząd w tym składzie osobowym, z tym starostą, wicestarostą i członkami jest w stanie coś zrobić. Duży optymizm prezentuje pan Jan. I to pomimo doświadczenia życiowego.

I tak naiwny Jan Przybylski miał żal o poziom intelektualny odpowiedzi na jego interpelacje. I tak np. domagał się, by w odpowiedzi na interpelację używany był: „zrozumiały język polski.” Ubawił mnie aż do łez tym swoim żądaniem! Radny Jan Przybylski stwierdził, iż złożył 10 interpelacji, „merytorycznych interpelacji”, na które otrzymał odpowiedzi rażąco niekompetentne i pełne nieścisłości.

Radny Grzegorz Aleksander Trojanek niejako potwierdził słowa radnego Jana Przybylskiego mówiąc: „Odpowiedzi są nie takie. Proszę czytać interpelacje ze zrozumieniem.”

Radny Marek Zagrobelny poprosił radnego Marka Biernackiego o przybliżenie przebiegu komisji budżetu i gospodarki, której jest on przewodniczącym. W odpowiedzi radny Marek Biernacki stwierdził, że może jedynie podać wynik głosowania. Pół sali dusiło się ze śmiechu. Fajny samorządowiec z tego Marka „Bananowego Uśmiechu” Biernackiego. Za 820 zł diety to on się wysilał na dłuższą wypowiedź nie będzie. No i tak właśnie wygląda (nie)moc intelektualna tej koalicji. Magister inżynier Marek „Bananowy Uśmiech” Biernacki nie potrafi sklecić kilku zdań na temat przebiegu komisji, której jest przewodniczący, POtwornie przygnębiające!

Rozgorzała dyskusja na temat planu naprawczego dla powiatu górowskiego. Radny Jan Przybylski stwierdzi że: „Komisja budżetu i gospodarki powinna wypracować głębszy program naprawy finansów. A to jest kukułcze jajko.” I kontynuował: „W ubiegłych latach nieźle się bawiliście. Zapaść finansowa kumulowała się przez dłuższy okres czasu. Ten program to jest opowieść do czytania i nic poza tym. Problem rozpoczął się w 2008 r. a nie w 2011 jak to próbujecie nam wmówić. Było nierzetelne podejście do finansów publicznych. Do dzisiaj mamy budowę strażnicy w sądzie.”

Radny Jan Przybylski zaproponował również zmianę w projekcie uchwały, która zobowiązywała by Zarząd Powiatu do składania kwartalnych sprawozdań z wdrażania programu naprawczego. Propozycja ta – bardzo rozsądna – nie spotkała się z uznaniem koalicji, która głosowała w całości przeciwko kwartalnemu sprawdzaniu co Zarząd zrobił w dziele wdrożenia naprawy finansów powiatu. Cała 9 koalicjantów głosowała przeciw.

Radny Jan Przybylski przypomniał, że Ministerstwo Finansów wydało „druzgocącą ocenę” programu naprawczego

Radny Mirosław Żłobiński wskazał na nieścisłości w programie naprawczym związane z negatywną decyzja na temat utworzenia gimnazjum dwujęzycznego. Sprawa polegała na tym, że w programie naprawczym wskazywano, iż powiat chce zmieścić wydatki na oświatę w kwocie przysługującej mu subwencji oświatowej. Trzeba wiedzieć, iż subwencja oświatowa jest niższa niż realne wydatki ponoszone przez powiat na rzecz oświaty. Taki kierunek wskazano w programie naprawczym a jedną dróg dojścia do stanu równowagi było utworzenie dwujęzycznego gimnazjum przy górowskim LO. Wówczas zwiększeniu uległaby część oświatowa subwencji, bo za każdym uczniem idą pieniądze.


C.d.n.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Tzw. "samorząd" koalicyjny

Podczas posiedzenia Komisji Prawa i Porządku Publicznego w dniu 23 stycznia 2015 r. przyjęto plan pracy komisji na rok 2015. Wcześniej poinformowano radnych, by przygotowali swoje propozycje do planu pracy.

Z dużym wysiłkiem przewodniczący komisji – Ryszard Borawski zaczął odczytywać propozycję planu pracy. Propozycja ograniczała się do 10 punktów, które maja być zrealizowane przez komisję w roku 2015 jest to, że żaden z członków tej komisji nie otrzymał propozycji planu pracy a jedynym depozytariuszem wiedzy tam zawartej był Ryszard Borawski.

Ciekawe od kogo on to dostał, bo ja, znając radnego Borawskiego uważam, że nie on był autorem tego dokumentu. Dupa mi się marszczy za śmiechu na sama myśl, że on ten plan pracy wymyślił! No dobra, jechał pies plan pracy!

Radny Adrian Grochowiak potraktował zachętę do zgłaszania propozycji do planu pracy poważnie (młody jest to i naiwny) i usiłował coś tam od siebie dodać. Przewodniczący R. Borawski zaniemówił z wrażenia, poczerwieniał i nieco się zdenerwował. Jako że był niegdyś kierownikiem placowym w górowskiej Cukrowni przywykł do faktu, że składowane tam buraki zawsze milczały. Radny Adrian Grochowiak nie odniósł sukcesu i nie udało mu się wprowadzić żadnej swojej propozycji do planu pracy komisji. Rozpoczął się wybór wiceprzewodniczącego komisji. Przewodniczący R. Borawski zgłosił kandydaturę radnego Bronisław Barny (zwanego pokątnie Bronisław Bardzo Be).

O głos poprosił radny Adrian Grochowiak, który był przeciwny tej kandydaturze. Radny Adrian Grochowiak spytał kandydata B. Barnę dlaczego zaparkował swój samochód przed urzędem na polu wyłączonym z ruchu? Radny Grochowiak stwierdził, że wiceprzewodniczącym Komisji Prawa i Porządku Publicznego nie może być człowiek, który to prawo łamie.




I zaczęła się awantura! Głos zabrał przewodniczący Rady Miejskiej – Jerzy „Chochoł” Kubicki, który zaczął walić w tony biblijne. „Kto z was jest bez grzechu, nich pierwszy rzuci kamieniem” – apelował. W tym momencie gorączkowo zacząłem szukać kamieni na sali obrad, ale niestety przewodniczący Rady Miejskiej Jerzy „Chochoł” Kubicki nie spowodował dostarczenia ich na salę obrad. Żal wielki! A tak okazja się nadarzyła, by coś na lepsze zmienić w Radzie Miejskiej.

Poczułem się jak w szkółce niedzielnej prowadzonej przez misjonarzy dla dzikusów w Afryce. Broniono B. Barnę niczym niepodległości naszego kraju. Przewodniczący Rady Miejskiej Jerzy „Chochoł” Kubicki rozpoczął swój taneczny pląs. Poinformował on radnych, że niegdyś radny B. Barna otrzymał mandat, który – czapki z głów proszę Państwa – uiścił! Mandat ten – pląsał Jerzy „Chchoł” Kubicki budził kontrowersje, bo znak był mało widoczny, co sprawdził on osobiście! Nikt nie zapytał niestety czy zasadność każdego mandatu funkcjonariusz policji Jerzy Kubicki sprawdza osobiście.

Cyrk trwał i oszczędzę Państwu argumentacji używanej podczas tej „dyskusji”. Oszczędzę, bo i tak nie uwierzycie. Ilość bzdur wypowiedzianych w obronie B. Barny przekroczyła zdrowy rozsądek. W końcu zaniechano dyskusji i koalicja z radością, bez krztyny wstydu i rumieńca wstydu, zagłosowała za swoim ukochanym kandydatem. Otrzymał on 6 głosów za, 4 wstrzymujące i 1 przeciw (konsekwentnie radny Adrian Grochowiak).

Poprosiłem o głos w punkcie wolone głosy i wnioski, ale przewodniczący komisji niespodziewanie zamknął posiedzenie, n im ktokolwiek zabrał w tym punkcie głos.

Zaprotestowałem i ponownie wybuchła awantura, bo jak ktoś może chcieć zabrać głos? A o czym on będzie mówił? A czy pytał czy może pytać? A może spytać o coś niewygodnego? A w ogóle to po co pan przyszedłem – dopytywał się radny koalicyjny z Czerniny – nijaki Drozdowski, bo imienia zapomniałem. Musiał się chłopina jebnąć wcześniej w główkę, że tak od rzeczy pierdolił.

I tak wygląda w praktyce „samorząd” w wykonaniu tej koalicji.


Wobec postawy przewodniczącego komisji R. Borawskiego wystosowałem do niego pismo, którego treść zamieszczam. 




Symbol niemożności



Byłem ostatnio u swoich przyjaciół w Łęczycy (gmina Jemielno). Piękna okolica, ale jak wszystko w życiu, również nie pozbawiona pewnych wad. No cóż, nikt i nic na tym świecie nie jest doskonałe.

Od lat dziecinnych integruje mnie historia i wszystko co z nią jest związane. Spacerując sobie pośród pagórków: „Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała” zauważyłem pewną dziwną budowlę. Zrazu pomyślałem, że to szałas pasterski lub skansen jakiś bliżej mi nie znany i w przewodnikach nie opisany. Ponieważ terenu bliżej nie znałem zaostrzyłem sobie kieleckim scyzorykiem kija zamieniając go w dzidę. Do pomocy przywołałem jeża, któremu ariergardzie mnie ubezpieczał. Tak więc ja z dzidą, jeż z kolcami i strach wielki towarzyszył nam w drodze ku dziwnej budowli. Dzielnie przedzieraliśmy się przez krzaki, wysokie trawy, gałęzie, podążając ku tajemniczej budowli. Krok po kroku, metr po metrze, w trudzie i znoju niepomiernym.

W miarę zbliżania się do zagadkowej budowli nabierała ona kształtów. Widać było otwory okienne, ściany, na których widniały tajemnicze napisy. W końcu ja i asekurujący mnie jeż dotarliśmy do celu. Oczom naszym okazał się zabytek. Widać było, że jest to budowla zbudowana została w późnym stylu „geesowskim”, na bazie dykty, kleju wody i dobrej woli budowniczych. Okrutny czas nie oszczędził jednak budowli a i turyści go odwiedzający też raczej do koła miłośników „geesowskiej” architektury nie należeli.

W środku widać był wyraźnie ślady pobytu w budowli miłośników ruin, którzy szczególnie wiosną i latem ukochali sobie ten zakątek. Jak raczył poinformować mnie niebywale kolczasty jeż „latem, to panie tu się dzieje!”. Odmówił jednak podania szczegółów, bo – jak stwierdził: „może to wpłynąć na pogorszenie moralności w narodzie”.

Jeż rozpoczął snucie smutnej a zarazem pouczającej historii na temat budowli. „Panie, jakie tu kiedyś życie tętniło! Był tu panie sklep. Ludziska walili tu od rana. Wesoło było co się zowie. Kwitł pod sklepem handel i życie towarzyskie. Tu robił się interesy, załatwiało różne sprawy. Bywało panie tez i tak, że jeden drugiemu w twarz dał, ale na drugi dzień zgoda pomiędzy zwaśnionymi zapadała, bo żyć trzeba było. A Łęczyca panie, wieś nieduża i jeden drugiego zna. I razem żyć trzeba. Skończyło się to panie, bo nagle sklep zamknęli a i ludzie posmutnieli, rezon stracili. Wieś, niegdyś gwarna, zacichła i zapadła się jakoś w sobie. Smutek panie nastał. A budynek w ruinę popadał, bo chociaż stoi na prywatnym gruncie, to właściciel gruntu nie jest właścicielem budynku. I tak sobie stoi bezpański, wali się i nikt, panie tym się nie interesuje. Strach tu panie przychodzić.”

Mój kolczasty przewodnik po okolicy zamilkł, zesmętniał, ryjek mu się wydłużył i zapadł w milczenie. Ja zaś zacząłem przeglądać notatki dotyczące tego miejsca, które w między czasie przyniosła mi w dzióbku sroczka. I z nich to dowiedziałem się, iż niektórzy mieszkańcy Łęczycy pisali pisma w tej sprawie do wójta, wójt do starostwa, ale nic a nic z tego do dzisiaj nie wynikło. Ludzie boja się, że w okresie letnim, gdy będą upały na zaniedbanej działce, na której stoi ta ruina może wybuchnąć pożar, który dotrze do ich posesji.


Ale jak widać strach niektórych mieszkańców Łęczycy nie jest strachem urzędników. Ci żyją w strachu, że będą musieli coś robić. A przecież nie o to chodzi by coś robić realnie, ale wirtualnie, a więc pisać pisma, z których nic nie wynika. Wymiana pism trwa, a ruina jak stała, tak stoi. Rzec można, że jest ona pomnikiem biurokratycznej niemożności, symbolem ruchów pozorowanych.


Mamy powiat, starostwo a w nim Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego, który takimi niebezpiecznymi ruinami powinien się zajmować. Czy inspektor Edward Adaszyński wie o ruinie? Wie! I co zrobił? Jest częścią tego pomnika biurokratycznej niemożności. A jak dalej tak pójdzie, to stanie się jego twarzą.